Maciej A. Brzozowski: Sztuka bycia i obycia

Po dziś dzień pamiętam, jak w podstawówce moja Najlepsiejsza Pani Od Polskiego przeprowadziła z nami lekcję o savoir-vivrze. Rozwikłała tę zagadkową nazwę, opowiedziała o zawiłościach tej sztuki i chcący-niechcący zainspirowała mnie do wypożyczenia z biblioteki książki na ten temat, bo jakiś taki niedosyt mi towarzyszył po zaledwie 45-minutowej lekcji. Być może te wspomnienia i ówczesne zainteresowania zadziałały, kiedy dostałam propozycję przeczytania Sztuki bycia i obycia. W końcu sporo się zmieniło od pierwszego dziesięciolecia XXI wieku, popkultura już o to zadbała.

Niestety, ekscytacja tytułem nieco zmalała, kiedy znalazł się już w moich rękach. Powiem więcej - do nowej książki Macieja Brzozowskiego żywię uczucia wysoce ambiwalentne. Z jednej strony fajnie jest mieć taki poradnik dobrych manier w wersji współczesnej, uwarunkowanej trendami, które bodajże najszybciej w historii w tak duży sposób zmieniły społeczeństwo. Z drugiej strony musi być jakieś "ale", bo inaczej tej drugiej strony by nawet nie było. Pierwszym problemem jest potraktowanie zagadnień - znikome, lakoniczne i nie do końca wnoszące coś zauważalnego do zasobów mojej wiedzy. Czy to znaczy, że jestem tak światowa i obyta? No niestety, to nie to. Bardziej byłabym skłonna zasugerować, że Sztuka bycia i obycia to tylko muśnięcie problemu, i to w dość niefortunny sposób.

Drugi problem, z punktu widzenia użyteczności książki mniejszy, ale dla mnie już - znaczący. Rozchodzi się o styl, a jakże. Zacząć by należało od tego, że nie jest to typowa książka o savoir-vivrze - znajdziemy tu raczej własny komentarz, dyktowany jakąś subiektywnością i wybiórczością, aniżeli encyklopedyczne czy poradnikowe opracowanie zagadnień. I mogłaby to być zaleta książki, gdyby nie fakt, że ta subiektywna wybiórczość wchodzi w dość ostrą reakcję ze stylem autora. A jaki jest ten styl? W moim odczuciu autor próbuje ironizować pewne zachowania, niejednokrotnie w sposób nieudany, formą nawiązując do PRL-owskich poradników. Nie wiem, czy to ekstremalnie subiektywne złudzenie, czy jest coś na rzeczy (dajcie znać!), ale niestety w moich oczach na tym książka traci. A w połączeniu z wybiórczymi, jakby pofragmentowanymi informacjami, pozostawia dużo większe wrażenie niedosytu niż wspominana tak chętnie przeze mnie podstawówkowa lekcja polskiego.

Co mogę zrobić w tej sytuacji? Chyba tylko zaproponować, żeby pozwolić sobie samemu na szczerą ocenę. Być może ktoś, kto szuka anegdotycznego savoir-vivre'u w wersji kompaktowej, dopatrzy się w tej publikacji jakichś wyższych wartości. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie.