Colleen Hoover: Pułapka uczuć (trylogia)


Za każdym razem, gdy przyjdzie mi recenzować trylogię czy serię, staję przed tym samym problemem - jak omówić kolejne tomy bez posługiwania się spoilerami? Dziś znalazłam cudowne rozwiązanie - zamiast omawiać, można wgryźć się w elementy problematyczne. Zwłaszcza, jak trafi się taki kąsek jak dziś. Przed Wami Pułapka uczuć!

Ukazanie się Pułapki uczuć datuje się na początek kariery Colleen Hoover, która w zasadzie za sprawą tych książek ruszyła do przodu, ku Maybe Someday, z którym miałam styczność parę lat temu i które - mimo swojej cukierkowej otoczki - naprawdę mi się spodobało. I chociaż Hoover związana jest nierozerwalnie ze skojarzeniem autorki "romansideł", ma coś niezwykle cennego - talent do budowania niepowtarzalnego klimatu powieści, który daje nie tylko poczucie autentyczności, ale też wielką chęć przebywania w wykreowanym świecie. Nawet, jeśli romans to nie nasz gatunek. Kierując się tym wspomnieniem, po Maybe Someday postanowiłam zaszaleć i zobaczyć, co z lektury słynnej Pułapki uczuć może wyniknąć. Trylogia była wydana w Polsce dwukrotnie, pierwotnie przez Wydawnictwo W.A.B., a następnie przez YA!, wchodzące w skład tej samej grupy wydawniczej, co W.A.B. Czemu o tym wspominam? Ponieważ jest to zaledwie wznowienie - tłumaczenie pozostaje to samo, co może za chwilę okazać się ważną informacją dla naszych rozważań. Już Wam zdradzam, czemu - ale najpierw parę słów, z jaką materią mamy w ogóle do czynienia.

Pułapka uczuć to na pozór typowa amerykańska powieść obyczajowa dla nastolatków. Na pozór, bo Hoover idzie o krok dalej niż jej koledzy po fachu i rezygnuje z sielanki będącej tłem większości tego typu historii. Stawia natomiast na świat mniej odrealniony - pełen problemów i goryczy, ale też dobra i cennych chwil szczęścia. W świecie tym funkcjonuje główna bohaterka powieści - Layken, która wraz z mamą i młodszym bratem przybywają do stanu Michigan po nieoczekiwanej śmierci ojca. Nie jest tajemnicą, że zostawiając Teksas i bolesne wspomnienia za sobą, Layken wpada wprost w sielankowy pejzaż małej miejscowości, której częścią jest przystojny Will, opiekujący się swoim - również młodszym - bratem po tragicznej śmierci rodziców. Jakże (nie)oczekiwanie, dwoje młodych momentalnie się ze sobą zapoznaje, wpada sobie w oko i przechodzi do randkowania - ot tak, nawet nie z rozdziału na rozdział, ale ze strony na stronę. Tak pospieszne tempo przywodziło mi na myśl lecenie "po łebkach", żeby jak najszybciej wgryźć się w sedno i założony wcześniej przekaz, a nie zostać posądzonym o brak jakiegokolwiek wstępu; szybko się jednak przekonałam, że bardzo się myliłam. Podczas gdy byłam przekonana, że pierwsza randka wydarzyła się niemalże na pierwszych stronach powieści, żeby migusiem otworzyć autorce drogę do opisania romansu bohaterów i co bardziej ekscytujących momentów tej relacji, okazało się, że jest zupełnie odwrotnie - bohaterowie musieli się zapoznać, aby stać się tłem do kolejnych - niekoniecznie szczęśliwych - wydarzeń, które przedziwnie splotły się ze sobą na łamach tej powieści. Niemniej jednak, po lekturze wciąż czułam niedosyt - bo coś poszło nie tak, bo mnóstwo wątków skrócono i spłycono, a spokojnie można by pokusić się o książkę nieco dłuższą, a pełniejszą. I chociaż Pułapka uczuć doczekała się swojej kontynuacji (w postaci dwóch kolejnych tomów), nie dopełnia ona historii, a jedynie ją wydłuża, również pobieżnie. Ciekawa rzecz dzieje się w przypadku tomu trzeciego - jeśli spodziewacie się ciągu dalszego historii Layken i Willa, dostaniecie go. O łącznej objętości... paru stron. Jak to jest możliwe? Autorka dokonała bowiem czegoś, w czym zaczęła się w późniejszym czasie specjalizować (v. Hopeless i Losing Hope) - pokusiła się o odwrócenie perspektywy i ponownie dopuściła do głosu Willa. Jednak tym razem nie do końca wprowadzał on czytelników do nowego świata; schemat jest tu prosty: Layken i Will znajdują się na wspólnym wyjeździe, podczas którego wspominają to, jak się poznali. Proporcja wygląda natomiast następująco - 1:10, z czego 1 to akcja tocząca się w czasie teraźniejszym dla powieści, a 10 to retrospekcje (w większości wracamy do wątków, które już widzieliśmy oczami Layken). Taki zabieg, z pewnością wydający się autorce ciekawym, w rzeczywistości jest bardzo ryzykowny; oczywiście ma szansę się sprawdzić, ale tylko w dwóch sytuacjach: kiedy historia bohaterów urzeka do tego stopnia, że każdy nowy szczegół jest na wagę złota i taka publikacja pozwala nam wejść raz jeszcze do ukochanego przez nas świata. Drugim przypadkiem jest sytuacja, w której autor/autorka rozbuduje powieść do należytych rozmiarów, a później pokusi się o jej parafrazę, tak, żeby uzyskać studium postrzegania świata w zależności od płci, przeżyć i bagażu doświadczeń. W przypadku This girl (czyli tomu trzeciego) natomiast żadna z tych możliwości nie stała się faktem.

Dobrze jednak, że dotarliśmy do tego problemu - bo oto idealny pretekst, aby przejść do sedna, czyli tłumaczeniowych kwiatków. Jeśli zajrzymy na pierwsze strony kolejnych tomów - niezależnie od tego, czy sięgniemy po wydanie nowe, czy stare - zorientujemy się, że coś tu się nie zgadza. Tom pierwszy został przetłumaczony przez Katarzynę Puścian, natomiast dwa kolejne - przez Jarosława Mikosa. Długo można by dywagować o tym, na ile rozsądne jest zmienianie tłumacza w obrębie ściśle związanej ze sobą serii - zwłaszcza, gdzie tom trzeci jest swoistym powieleniem tomu pierwszego. Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy, zwłaszcza czytając tomy w niewielkim odstępie czasowym, na pewno zauważą rozbieżności między dialogami występującymi w Slammed oraz This girl - choćby dlatego, że są ewidentnie skopiowane z pierwszej części, a figurują w części trzeciej pod zupełnie odmienioną postacią. Zdradzają je widoczne zmiany w obrębie stosowania synonimów oraz konstrukcji zdania, a co za tym idzie - brak dbałości o szczegóły. I choć jest to raczej poważna wpadka, bez znajomości oryginału niestosowne byłyby dywagacje na temat tego, jakie i ile zmian wnosi tłumaczenie do treści oraz czy przewaga pierwszego tomu nad pozostałymi wynika z działań autorki czy dwóch rozbieżnych stylów tłumaczenia.

W kwestii dokonanych tłumaczeń - podczas lektury odnotowałam sobie w głowie dwie ważne dla mnie kwestie. Najważniejsza jest tu dla mnie kwestia tytułów - podczas gdy w przypadku pierwszego tomu przyklasnęłam pomysłowi pozostawienia tytułu oryginalnego (wieloznaczność w języku angielskim, odniesienia vs. nieprzekładalność), tak kolejne tytuły to po prostu wierne - lub mniej - przekłady tytułu wyjściowego (Point of retreat a Nieprzekraczalna granicaThis girl a Ta dziewczyna), których jedyną funkcją jest utrzymanie spójności z tomem pierwszym. Drugim ważnym dla mnie wątkiem jest pojawiająca się w części pierwszej poezja. Niezależnie od jej jakości i stopnia zawoalowania pewnych spraw środkami stylistycznymi, przekład poezji zawsze jest szalenie trudnym zadaniem dla tłumacza (o czym świadczyć może chociażby sięganie do powstałych wcześniej tłumaczeń w przypadku cytowania utworów istniejących). Jaki los spotkał utwory Hoover? Ponownie - trudno jednoznacznie to stwierdzić, nie mając możliwości przeczytania tekstów oryginalnych. Zauważyłam natomiast pewne tendencje w moim osobistym odbiorze cytowanych wierszy - większość wydawała mi się po prostu słaba (co przypisałam autorce) do momentu, w którym w jednych z wierszy pokazał się przypis, bo gra słów była zwyczajnie nieprzekładalna. Czy zatem jest nadzieja, że oryginalne utwory naprawdę są wartościowymi tekstami? To pytanie zostawiam dla czytających w oryginale - oni mają to szczęście cieszyć się pierwszym zamysłem i smaczkami, których w przekładzie niestety uchwycić się nie da.

W obrębie tematów oscylujących na pograniczu odpowiedzialności autora i odpowiedzialności tłumacza można zadawać sobie jeszcze mnóstwo pytań, na które bardzo często nie ma jasnych odpowiedzi. Klarownie można natomiast postawić zarzuty autorce - są to zarzuty dotyczące tych elementów, które, choć pewnie też zmodyfikowane w tłumaczeniu, siłą rzeczy pozostają w bliskim oryginałowi kształcie. Nawet po dziesiątym tłumaczeniu wykonywanym na bazie innego tłumaczenia. W przypadku Pułapki uczuć najbardziej zapadły mi w pamięć następujące kwestie:

Nie potrafię wyobrazić sobie Layken. Nie mam wrażenia, że mogłaby być obok mnie i przeżywać to, co przeżywa; nie potrafię też stworzyć jej obrazu - ani fizycznego, ani psychologicznego. Paradoksalnie, chociaż jest to powieść obyczajowa, nie mam silnego wrażenia, że postaci umiejscowione są w znanej mi codzienności.

Powieść napisana jest dość ogólnikowo, bez zagłębiania się w dłuższe analizy uczuć bohaterów. Można by stąd wnioskować, że przeznaczona jest dla młodszego czytelnika, który ceni raczej akcję, aniżeli egzystencjalne tyrady na kilka stron. Jednak niepokojące jest zinfaltynianie postaci - bohaterowie nie są przecież dziećmi, a momentami zdają się tak zachowywać i tak być ukazywane. Tendencja do spłycania bohaterów, aby dostosować treść do wieku czytelnika modelowego, jest niewłaściwa i szkodliwa, przede wszystkim dla rozwoju gustu czytelniczego i oczekiwań literackich.

No i wreszcie pytanie, które zadawałam sobie co chwilę, zwłaszcza przy lekturze drugiego tomu. Jak oni zarabiają na życie?! Layken i Will, a także ich młodsi bracia co rusz zamawiają jedzenie do domu czy oddają się innym rozrywkom, choć tylko Will ma jako taką pracę. Nie to, że komuś żałuję ;-), ale czy naprawdę warunkiem szczęścia bohaterów jest życie w świecie, który nie istnieje? Tak, jak obecność problemów i trosk codziennych i niecodziennych dodawała tej serii jakiegoś pierwiastka ludzkiego, tak infantylność postaci i nierealna codzienność wyrównują tę szalę.

Gdybym miała w jednym zdaniu podsumować trylogię Pułapka uczuć, byłoby to zdanie na tyle długie, żeby poważnie narazić się stylistyce języka polskiego. Z jednej strony zaczynamy od powieści obiecującej i po prostu niezłej, żeby za chwilę się przekonać, że została ona nieumiejętnie zubożona i zabrano nam to, co mogłoby być najbardziej wartościowe. Z nadzieją na coś więcej sięgamy po drugi tom, który jest po prostu przeciętny, żeby zamknąć przygodę z tomem trzecim, który wreszcie dawał nadzieję na uzupełnienie historii. Uzupełnienie, które nigdy się nie wydarzyło.

Czy zatem warto? Można, na deszczowy dzień albo podróż komunikacją miejską. Typowy lekki umilacz czasu, mimo treści niekoniecznie optymistycznych. Sprawdźcie sami - i dajcie znać!