W. Bruce Cameron: Był sobie pies

Jest mały, gapciowaty, ale wcale nie taki najsłabszy z rodzeństwa. Lubi wykwintne zapachy domowych odpadów i chłód betonu w kanale. Chociaż jego mamie nie podobają się ludzie, jemu jawią się w kolorowych barwach. Poznajcie Baileya, optymistycznego czteronoga.

Kiedy pewnego dnia kilka sekund zawahania zmienia całe jego życie, jest jeszcze szczeniakiem. Wraz z rodzeństwem i mamą zostają wypatrzeni przez ludzi i zabrani do schroniska – a tam to jest istny raj! Mnóstwo piesków i suczek, wielkie michy karmy i przesympatyczna Pani Człowiek. Jest wszystko. Ale… Ale to dopiero początek przygód. Jak potoczą się losy małego wędrownika? Na kogo przeleje całą swoją miłość w każdym ze swoich psich żyć? Przekonajcie się sami! Od początku miesiąca Był sobie pies gości w księgarniach, a od dziś do kin wchodzi film pod tym samym tytułem. Wiem, nie sposób się oprzeć. Nawet nie próbujcie.

O książce mogłabym mówić długo. Wręcz chciałabym mówić długo, dobra książka zawsze zasługuje na dobrą recenzję. Ale cóż mogę stworzyć w obliczu opisu wydawcy: ciepła jak nagrzany brzuszek szczeniaczka? Pozostaje mi tylko potwierdzić – książka jest pełna ciepła i serdeczności, wręcz wylewa miód na serce czytelnika. Ale nie jest przesłodzona – jest po prostu miła, puchata i bardzo psia. I w dodatku dla każdego, bez względu na wiek i zainteresowania.

Bardzo psi jest też bohater, Bailey. Pełen psiej inteligencji, wierności i oddania. Miłości. Mogłabym jeszcze długo mnożyć zachwyty, ale może będzie rozsądniej, jeśli zostawię Wam tę przyjemność? No przecież wiem, że przeczytacie. Obok takiej książki nie przechodzi się obojętnie.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję grupie Business&Culture oraz Wydawnictwu Kobiecemu.