Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień

Ona - perfekcyjna pani domu, piękna żona, troskliwa mama. On - człowiek sukcesu, kochający mężczyzna trzymający wszystko w ryzach. Ale... czy na pewno? Oto pytanie, które w ostatnim czasie bardzo chętnie stawia czytelnikom literatura - zwłaszcza ta akcji. Ale nie dajmy się zwieść - Ten jeden dzień nie ma w sobie nic z dotychczasowych bestsellerów.

Choć powieść Roudy jeszcze dobrze nie weszła na polskie półki, już zaczęły pojawiać się głosy, że do złudzenia przypomina niedawny hit wydawniczy, Za zamkniętymi drzwiami (B.A.Paris). I choć rzeczywiście opis powieści zdaje się to sugerować, pozwolę sobie na stwierdzenie, że to na nim zatrzymali się najgorliwsi orędownicy takich opinii. Już od pierwszych stron ogarnia czytelnika powiew świeżości: wbrew wszelkim oczekiwaniom i przyzwyczajeniom, do których doprowadziła nas powtarzalność wydawnicza, pałeczkę narratora (pierwszoosobowego!) przejmuje niemalże na wyłączność mężczyzna. Ów człowiek, Paul, jest głową rodziny: ma dwójkę synów, których chce wychować na prawdziwych mężczyzn oraz żonę - piękną, zdolną Mię, którą z powodzeniem postanowił uwieść w chwili, w której tylko ją zobaczył. A idealna rodzina oznacza idealne życie - i takie też jest: prestiżowa praca, bogactwo, wystawne domy. Do tego perfekcyjnego życia zaglądamy o poranku, akurat w dniu, gdy Paul odwozi swoich synów do szkoły, a następnie zabiera żonę na romantyczny weekend do domku letniskowego nad jeziorem.

I choć perfekcja aż zionie z każdego skrawka powieści, jest to ten rodzaj idealności, w którym od razu wyczuwa się powierzchowność. A może to po prostu złe przeczucia biorą górę? Bo te zdecydowanie trzeba mieć - i to wcale nie ze względu na intrygujący opis powieści, ale na niezwykłą umiejętność autorki do przenoszenia emocji na papier (w tym miejscu ogromne brawa dla tłumaczki!). Gwarantuję, że już od pierwszych zdań będziecie czuć, że coś jest nie tak - a później rozwinie się napięcie, które nie opuści Was prawie do końca. Jednak to wszystko jest możliwe pod jednym warunkiem - że nie będziecie oczekiwać od Tego jednego dnia, że będzie thrillerem. Bo, wbrew zapowiedziom, wcale nim nie jest.

Czytając tę powieść w kluczu thrillera, można się w pewnym momencie akcji zdziwić - żeby nie powiedzieć: rozczarować. Owszem, historia trzyma w napięciu, a wydarzenia nieubłaganie prowadzą ku podejrzanemu finałowi - ale nie jest to ani ten rodzaj napięcia, jakiego należy oczekiwać po thrillerze, ani nie są to wydarzenia, które zapewniłyby historii dynamikę powieści akcji, ani nawet finał nie szykuje brawurowego twista. Po części to wina wydawcy, po części autorki - z jednej strony opis okładkowy sugeruje jeszcze jeden wydawniczy smaczek dla fanów napięcia i błyskotliwych pomysłów, z drugiej zaś sama autorka nie do końca udanie oscyluje między dramatem psychologicznym a thrillerem. Czuć, że powieść ma potencjał, a i Rouda ma ambicję, aby prowadzić do czegoś intensywniejszego i barwniejszego niż dramat obyczajowy - ale nie ma na tyle odwagi, żeby z historii z tłem zaburzeń osobowościowych pójść o krok dalej i uwić konkretną intrygę. I tak Mia i Paul wiszą poniekąd zawieszeni w próżni - zbyt przerysowani, by być odzwierciedleniem realnych życiowych dramatów, ale zbyt życiowi, żeby być bohaterami zapierającego dech w piersiach thrillera. I choć powieść sama w sobie jest dobra, a styl autorki zachwycający, "niedorysowani" bohaterowie (a może niezdecydowanie ich twórczyni?) pozostawiają niedosyt i wrażenie odrealnienia, niezależnie od tego, jak potraktujemy powieść.

Czy zatem warto? Oczywiście, pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, czego oczekujemy - a w tym przypadku należy oczekiwać dobrej powieści psychologicznej z suspensem. Jeśli pozwolimy sobie na "wkręcenie się" w opowieść Paula i jego codzienność, jeśli damy się zaniepokoić doskonałemu doborowi słów i podszeptom między wierszami, i jeśli będziemy odbierać historię przez pryzmat samych siebie - ludzi z krwi i kości żyjących w realnym świecie - zamiast widzów zapierających dech w piersiach wydarzeń, Ten jeden dzień na pewno trafi do naszej wrażliwości. Nie jako książka wyjątkowa i nie jako coś niepowtarzalnego, ale zdecydowanie jako kawałek niezłej literatury z ogromnym potencjałem pisarki. Miejmy nadzieję, że przy następnej okazji posłuży on czemuś jeszcze lepszemu.

Książka ukaże się 30 stycznia 2019 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Katarzyna Berenika Miszczuk: seria "Kwiat Paproci" ("Szeptucha", "Noc Kupały", "Żerca")


Po wampirach i wilkołakach przyszła nowa moda: moda na mitologię - polską, lepiej lub gorzej, ale jednak każdemu znaną, "namacalną". I choć jest to dobry kierunek zainteresowań, a sama mitologia słowiańska to bardzo szerokie pole do popisu, seria Kwiat Paproci jakoś nie dała rady porwać mnie tak, jak porwała wielu innych czytelników.

Być może problem tkwi już u podstaw powieści - w koncepcji, a w zasadzie jej interpretacji, niechrześcijańskiej Polski. Takiej, co nigdy nie przyjęła chrztu i dalej czci pogańskie bóśtwa. Takiej, w której lekarze odbywają praktyki u szeptuch, a na duchowe rozterki pomóc może jedynie kapłan, też pogański. O ile jestem w stanie sobie wyobrazić kraj ateistyczny (takich przecież nie brakuje), tak kraj pogański funkcjonujący z powodzeniem w świecie XXI wieku, wyglądającym zupełnie jak ten nam znany (smartfony, internet i wszystkie inne dogodności technologiczno-komunikacyjne są tam na porządku dziennym), wydaje mi się być raczej abstraktem w swojej najbardziej abstrakcyjnej odmianie. Ale nic to, niezrażona zabrnęłam dalej, aby poznać Gosławę (tak, imiona też nam zostały staropolskie), główną bohaterkę serii i z pewnością właścicielkę pięknego warkocza, który widnieje na przepięknie zaprojektowanej okładce pierwszego tomu. Gosława - tudzież Gosia - skończyła medycynę i musi teraz odbyć swoją praktykę zawodową w środku wsi, pod czujnym okiem lokalnej szeptuchy, wobec czego (na szczęście dla powieści!) jest sceptyczna w podobnym stopniu, co i ja. Niestety, sceptyzm ten nie trwa długo, kiedy wkracza w świat tajemnic natury, poznając przy tym nie takiego całkiem plebejskiego kandydata na kapłana i podpadając kilku absolutnie niemiłosiernym bogom. To tu zaczyna się niebezpieczna historia, która towarzyszy czytelnikowi przez cztery tomy serii.

Trzeba uczciwie przyznać, że seria skomponowana jest dobrze: opowiada przemyślaną historię i ma dobrze poprowadzoną linię fabularną, wykorzystuje naszą rodzimą mitologię i skomponowana jest całkiem nieźle. Wielu czytelników ma szansę ją docenić zarówno za walory czysto literackie, jak i za samą opowieść; ja niestety nie znajduję się w tym gronie. Już pierwszy tom wydał mi się przeciętny, historia na tyle nieprawdopodobna, że nie dałam się jej wciągnąć, a rozwój wypadków mało dynamiczny. Za dużo natomiast było prasłowiańskiej magii i fizyczności, która sygnalizowana była do znudzenia, a tak naprawdę nigdy nie została wyrażona "po słowiańsku". Wobec takich odczuć nigdy nie dobrnęłam do tomu czwartego ("Przesilenie"), a samej serii na pewno nie zarekomenduję. Proponuję jednak zrobić podejście do lektury - zwłaszcza wszystkim osobom lubującym się w tych klimatach. A nuż Wy odbierzecie ją inaczej, dojrzycie coś więcej niż ja? Dajcie znać, jak wyglądała Wasza przygoda z tą serią :)

Egzemplarze recenzenckie dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.
Lubimy Czytać: "Szeptucha"
Szeptucha [Katarzyna Berenika Miszczuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Abbi Glines: Kocham cię bez słów + Jesteś moim światłem

Kiedy dotarła do mnie powieść Jesteś moim światłem i moim oczom ukazała się bardzo estetyczna okładka, uśmiech szybko zgasł: okazało się, że oto mam przed sobą drugą część serii The Field Party, o czym wcześniej nie wiedziałam. Zaintrygowana zawartością tomu, pobiegłam szybko do biblioteki, żeby nadrobić braki. Jednak szybko się okazało, że niepotrzebnie. Czemu? Już opowiadam.

Kocham cię bez słów to pełna ciepła opowieść dla nastolatków o problemach małych i dużych, o wszystkim tym, co jest wpisane w ich codzienność - niezależnie od tego, czy dobrą, czy nie najlepszą. To taka powieść, którą chce się czytać - z życia wzięta, przystępnie napisana, wypełniona niepowtarzalną atmosferą. Krótko mówiąc: aż żal odkładać. Przekonana, że Jesteś moim światłem będzie kontynuacją losów bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić w czasie lektury pierwszej części, szybko zabrałam się do jej lektury. I chociaż rzeczywiście powieść toczy się w tym samym świecie, co Kocham cię bez słów, na pierwszym planie pokazują się inne, po części nowe, postaci (struktura sagi przywodzi tu na myśl raczej koncepcję Jeżycjady) - a znajomość poprzedniej historii nie jest niezbędna, żeby cieszyć się lekturą. Nie byłoby w tym nic złego (choć zawsze witam takie relacje niezadowoleniem ;)), gdyby nie fakt, że drugi tom całkowicie niszczy wrażenie pozostawione przez tom pierwszy. Paradoksalnie, jestem przekonana, że to samo powiedziałabym o tomie pierwszym, gdybym zaczęła lekturę od drugiego. Dlaczego?

Dlatego, że autorce zdaje się wydawać, że tworzenie serii polega na wpisaniu nowych danych w ujednolicony schemat. Nie trzeba nawet specjalnie analizować tych powieści, aby zauważyć punkty wspólne: zagubiona nastolatka z problemami, przybywająca do nowego miejsca, stopniowo adaptująca się do sytuacji, wspomagana przez pomocnego przystojniaka w końcu dociera do punktu zwrotnego w swoim życiu, który rozgania dotychczas kłębiące się nad nią chmury. I choć koncepcja sama w sobie jest zupełnie w porządku, a wykonanie jeszcze lepsze, czytanie obydwu części jedna po drugiej prowadzi wyłącznie do zrujnowania początkowego dobrego wrażenia. I chociaż szczerze polecam obie powieści (mój faworyt to jednak Kocham cię bez słów), dobrze radzę: rozłóżcie je sobie w czasie. Wtedy będzie miło i tak, jak w powieściach być powinno. Bo Abbi Glines okazuje się być dobrą autorką, do której chętnie wrócę, jeśli znów nadarzy się ku temu literacka okazja. Mimo wszystko mam nadzieję, że do tego czasu problem schematu zniknie z prozy Abbi.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pascal.
Kocham Cię bez słów [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jesteś moim światłem [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Katarzyna Musiołek: Ktoś ci się przygląda

Ktoś ci się przygląda to książka, która powstała na fali mody na thrillery. I wyjaśnijmy to sobie od razu: nie mówię tak tylko dlatego, że to kolejna powieść w ramach tego gatunku, która trafiła niedawno na półki. Niestety, w historii widać dwa wyraźne wpływy: wspomnianej już mody i, tym samym, zapotrzebowania na kolejne warianty zagłębiania się w skomplikowane historie, oraz sukcesu Magdy Stachuli, który otworzył nowy rozdział dla polskich autorów, zwłaszcza tych specjalizujących się w "ciemnych" gatunkach. 

Tego "niestety" może i nikt by nie wypowiedział, gdyby była to inspiracja służąca stworzeniu czegoś nowego, lepszego, ciekawszego. Jednak w tym konkretnym przypadku zabrakło wielu ważnych dla sukcesu i poczytności czynników: książka jest dość przewidywalna, schematyczna i zdradza wyraźnie, gdzie i jaki rodzaj inspiracji został zaczerpnięty przez autorkę. Jednocześnie warto pochwalić sposób prowadzenia narracji - choć nie wyróżnia się on na tle pozostałych współczesnych powieści, jest na tyle dobry, że skutecznie wciągnął mnie w przeciętną historię. Gdyby nie jego literaccy poprzednicy, Ktoś ci się przygląda byłby niezłym prekursorem gatunku. Te czasy mamy jednak dawno za sobą, warto więc rozejrzeć się za czymś konkretniejszym. 

Ci, którzy zdecydują się na lekturę, raczej nie stracą bez sensu czasu - czyta się lekko i przyjemnie, mimo wszystko powieść ma w sobie "coś", co powoduje, że chcemy czytać dalej. Ci, co się wahają, mogą przejść do następnej pozycji z listy czytelniczej. I chyba ani jedni, ani drudzy nic przez swoje czytelnicze wybory nie stracą.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.
Ktoś ci się przygląda [Katarzyna Misiołek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

W. Bruce Cameron: Był sobie szczeniak. Ellie

Jest taka kategoria - czy to książek, zdjęć, filmów,... - która zawsze jest atrakcyjna i nie sposób ją poddać jakiejkolwiek rzetelnej ocenie. Czemu? To proste - uroczość zawsze zwycięża nad naszym krytycznym odbiorem. Czy to możliwe? Oczywiście! Wystarczy pokazać człowiekowi... szczeniaczki.

W taki właśnie sposób, kiedy tylko dowiedziałam się o książce Był sobie szczeniak. Ellie, już byłam w niej zakochana. Nie dość, że temat przemiły (i przepuchaty!), to jeszcze związany z cudownym Był sobie pies, który osiągnął niemały sukces nie tylko literacki, ale i kinowy. Mimo tych oczywistych zachwytów, postaram się mówić rzeczowo i obiektywnie :)

Głównym bohaterem powieści jest suczka, znana nam już z bestsellowego Był sobie pies - Ellie. Choć pracuje jako psi ratownik, tak naprawdę przyjdzie jej zmierzyć się z zupełnie innym rodzajem zagubienia - z zagubieniem emocjonalnym swoich ukochanych opiekunów. Czy jest to odpowiednie zajęcie dla psa? Czy to możliwe, że czworonogi radzą sobie z ludzkimi problemami przynajmniej tak dobrze, jak my sami? Na te i inne pytania odpowiada kolejna już "psia" historia W. Bruce'a Camerona.

Biorąc pod uwagę skupienie autora na świecie zwierząt, łatwo stanąć przed pytaniem: czy te książki aby nie będą powtarzalne? Takie obawy, choć ewidentnie są słuszne (daleko szukać nie trzeba, nawet w "ludzkich" światach przedstawionych!), tutaj się nie sprawdzą - każda z książek Camerona porusza inny temat i ukazuje świat nieco inaczej. Warto też dodać, że pozycja Był sobie szczeniak przeznaczona jest dla najmłodszych czytelników - i bardzo łatwo to przeznaczenie odczuć w sposobie pisania i wydźwięku powieści. Nie stoi to jednak na przeszkodzie, żeby miło spędzić wieczór przy pełnej ciepła lekturze, a przy okazji podsunąć ją najmłodszym. Mam przeczucie, że będzie to świetny prezent dla naszych najmłodszych członków rodziny.

Powieść prosta, lekka i przyjemna - i nic dziwnego, biorąc pod uwagę docelową grupę odbiorców. I przeuroczą bohaterkę powieści, oczywiście! Dla każdego, bez względu na wiek i zainteresowania - może nie jako dzieło literatury i absorbująca powieść, ale z pewnością jako źródło emocji i wzruszeń. Miłej lektury! 

[PRZEDPREMIEROWO] Karen Cleveland: Muszę to wiedzieć

Masz wszystko: dobrą pracę, troskliwego męża, szczęśliwe dzieci. Jeżeli czegoś jeszcze chcesz od losu, to może jedynie paru dodatkowych chwil dla rodziny, bo tę widujesz tylko wieczorami. Być może jest to duży problem - ale za moment okaże się, że w obliczu tego, co nadchodzi, jest zupełnie błahy. Co czujesz?

Muszę to wiedzieć to jeden z tych thrillerów, które powoli zakładają sidła - a kiedy uśpią Twoją czujność, błyskawicznie się zacieśniają i nie puszczają do ostatniej strony. No, prawie ostatniej. Bo z Muszę to wiedzieć mam też kilka problemów, które niestety przyćmiewają potencjał historii. Ale może od początku.

Vivian Miller, główna bohaterka książki, pracuje jako analityczna CIA w sekcji rosyjskiej. Poznajemy ją w dniu, kiedy po latach pracy wreszcie ma szansę wcielić w życie swój autorski projekt i tym samym dotrzeć do jednego z doskonale strzeżonych rosyjskich łączników. W tej emocjonującej chwili, kiedy Vivian już wita się ze zwycięstwem, jak grom z jasnego nieba uderza szokująca informacja, która zmienia dosłownie wszystko, na czym opierał się jej świat. I choć nie wolno mi powiedzieć, co to za informacja, bo spoilerów nikt nie lubi, gwarantuję Wam, że błyskawicznie się zorientujecie. Oto jedna z wad marketingu: choć robi dużo szumu, siłą rzeczy zdradza też częściowo fabułę. Coś, co mogłoby być wielkim BUM już na początku książki, a stało się wzruszeniem ramion okraszonym "łeee, jakie przewidywalne". A szkoda.

Niemniej jednak kiedy wybaczymy tę wpadkę i ruszymy dalej, robi się ciekawiej - zawiłe kłamstwa, trudne do rozwikłania powiązania, zmienne plany i spontaniczne działania. W miarę rozwoju akcji powstaje rasowy, mocny thriller psychologiczny - czyli to, na co wszyscy czekamy z każdą gatunkową nowością. I na tym z radością bym poprzestała, ale niestety wcale nie mamy do czynienia z takim ideałem, z jakim wydaje się nam po zapoznaniu z konstrukcją i "wkręceniu" w intrygę. Przykro mi, muszę Wam to zepsuć.

Choć Muszę to wiedzieć jest wręcz naszpikowany nieoczekiwanymi spin-offami, niestety maksimum napięcia potrafi momentalnie spaść przy okazji wrzucenia do historii elementu superoczywistego - a tych kilka się przytrafiło. Niestety, powieść wpadła też w sidła własnego gatunku - propozycja Karen Cleveland, głęboko zanurzona w nurt thrillera psychologicznego, siłą rzeczy jest też naszpikowana skrajnościami i nagłymi zwrotami akcji. Co ciekawe, z nimi też można przesadzić. I chociaż wiem, jak brzmi to w przypadku tego typu powieści, autorce się to udało - pewne "łaaaaaał momenty", kiedy się nimi przeładuje konstrukcje tekstu, zamiast szokować, zaczynają sprawiać wrażenie, że opowieść jest nieco naciągana i przekombinowana. A szkoda, bo do pewnego momentu naprawdę się wciągnęłam.

- UWAGA! Ta część zawiera spoilery konstrukcyjne, nie zdradza jednak treści zakończenia! -

Do którego dokładnie? Mniej więcej do rozwiązania akcji - które, niestety, nie rozegrało się na kilku ostatnich stronach, ale na kilku końcowych scenach. W czym problem? Ano w tym, że po punkcie kulminacyjnym autorka błyskawicznie rusza ku rozwiązaniu akcji, rozwlekając je na długo i szeroko, żebyśmy zyskali pewność, że będzie happy end i nic nie pozostanie niedopowiedziane. W niektórych przypadkach takie szczęśliwe zakończenia są wręcz nieodzowne dla historii - i Muszę to wiedzieć spokojnie można by zaliczyć do takiej grupy: ze względu na sposób poprowadzenia opowieści, jej klimat i sposób przedstawienia dzieci, które przecież na taki happy end zasługują. I tyle byłoby wystarczająco - parę słów o tym, że skończyło się dobrze i zamknięcie historii, bo w tym przypadku wcale nie zniszczyłoby efektu thrillera. Ale autorka postanowiła inaczej.

Jak zatem kończy się powieść? Tego też Wam nie zdradzę bo okazuje się, że nie wszystko złoto, co się świeci, i nie wszystko sielanka, co jest przesłodzone i przedłużane. Okazuje się, że ten przerost formy nad treścią w ostatniej sekcji książki to nie błąd pisarski, ale przygotowanie gruntu na jeszcze jeden, finałowy już, spin-off. Czy uratuje to końcowy odbiór powieści? To pozostawiam Waszej ocenie. Dla mnie to nadal przesadzone rozbudowanie zakończenia i wykorzystanie zaskoczenia czytelnika do wprowadzenia jeszcze jednego spin-offa, który - obawiam się - może zostać odebrany jako przegadanie całej powieści. Gdyby jednak posłużyć się nim nieco ostrożniej, efekt zostałby uzyskany.

- koniec spoilerów -

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak tylko ogłosić Karen Cleveland dobrą autorką i polecić Muszę to wiedzieć Waszej uwadze. Co prawda z pewnymi "ale" i na własną odpowiedzialność, ale mimo wszystko na plus. Miłej lektury!

PREMIERA już 6 czerwca 2018 roku!


Więcej o kulturze: KLIK * Instagram: KLIK * Za przedpremierowe udostępnienie powieści dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Oliver Burkeman: Szczęście. Poradnik dla pesymistów

Czy szczęście można opisać? I tak, i nie - ale już na pewno nie da się przygotować specjalnego przepisu na nie, choć dzisiejszy motywatorzy (pardon, kołcze) zdają się tym nie przejmować. Co na ten temat ma do powiedzenia autor książki, Oliver Burkeman?

Zacząć należy chyba od kwestii, że na pewno nie ma do powiedzenia tego, co sugeruje polski tytuł. Nie wiem, czym naraziło się angielskie The Antidote, ale z jakiegoś powodu uznano, że poradnik dla pesymistów to właśnie kwintesencja też książki. Być może miało być to ironiczne nawiązanie do kołczowania wszystkim nie nastrojonym optymistycznie do życia, ale jak dla mnie ironia jest nieczytelna. Książka, którą wam właśnie prezentuję, to nic innego, jak podróż przed historię i filozofię szczęścia. To właśnie to tytułowe antidotum na cały ten pozytywny bełkot, który nas otacza.

Oliver Burke zaczyna swoją opowieść od dnia, kiedy udał się na spotkanie motywacyjne z pewnym guru w swojej, powiedzmy, "branży". Świetnie zdawał sobie sprawę, że to takie gadanie o niczym, a kołcz-mowa nie jest w stanie dać szczęścia (jak ja bym chciała z tego powodu przybić z nim piątkę!). Jeśli myślisz inaczej, cieszę się, że potrafisz z tego czerpać inspirację. Ja nie potrafię, a każde super-hiper-optymistyczne teksty pod publikę działają na mnie jak płachta na byka - i chyba właśnie z tego powodu Szczęście. Poradnik dla pesymistów tak bardzo przypadł mi do gustu.

Tak jak wspomniałam, jest to przegląd koncepcji szczęścia - dość skrótowy, ale jednak skupiony na różnych interpretacjach. Studentom filozofii pewnie by się nie przydał, ale nam, laikom, daje bardzo fajny, przekrojowy pogląd na to, co było, zanim nastał kołczing i optymizm na pokaz. Do plusów zdecydowanie trzeba zaliczyć pomysł i odmienność poglądów od dzisiejszych trendów oraz sięgnięcie do historii filozofii - nie przesadne, a właśnie takie przystępne dla każdego. Minusy? Na pewno język - momentami ciężki, zdradzający bazowanie na źródłach, które - rzecz jasna - pisane są zupełnie inaczej niż zaserwowana nam konwencja popularnonaukowa. I zbyt duża wybiórczość zagadnień, z jednoczesnym rozwlekaniem tych wybranych.

Nie byłabym sobą, gdybym oprócz autora nie winiła wydawców. Choć treść jest całkiem przyzwoita, tytuł i okładka absolutnie nie robią roboty. I chociaż po okładce oceniać się nie powinno, nie zatrzymałabym się w sklepie, widząc kompilację: "szczęście" + "poradnik" + "pesymiści" + ten wściekle różowopomarańczowy kolor i grafika nie sugerująca absolutnie nic. I choć perła jest w muszli, a dusza wewnątrz ciała, w tym przypadku muszę dać się porwać pierwszemu wrażeniu. Albo mile się zaskoczyć, odkrywając zawartość niepozornej książki. Ale zdecydowanie jako odbiorca nie powinnam myśleć, że to kolejny błyskotliwy kołczing, co z pewnością by mi się przydarzyło, gdybym nie przeczytała opisu przed obejrzeniem okładki. Dlatego apeluję - tym razem z ta okładką to szczera prawda. Zresztą - sprawdźcie sami.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza.

Dan Harris: Szczęśliwszy o 10%

Absolutnie nie jestem fanką poradników, slow life ani pisania o sztuce życia. I choć żadna z tych rzeczy nie jest zła sama w sobie, zazwyczaj pisze się o niej w takim tonie, że z góry odmawiam sobie tej (wątpliwej) przyjemności. Jak zatem doszło do tego, że w moich rękach znalazła się książka o medytacji i stawaniu się szczęśliwszym?

No, na pewno nie przekonała mnie medytacja sama w sobie. Zwłaszcza, że nie jest to temat podjęty przez specjalistę, a przez laika. A może właśnie dlatego mnie zaciekawił?

Dan Harris, dziennikarz, podsumowuje swoje dotychczasowe życie zawodowe (i nie tylko). Wychodzi od wpadki na wizji, która zapoczątkowała jego starania o opanowanie napadów paniki. Ale czy na pewno? W gruncie rzeczy pod płaszczykiem ataku paniki, który przecież zawodowcowi zdarzyć się nie powinien, schowane są inne wydarzenia, sięgające głęboko w przeszłość Harrisa – przeszłość głównie związaną z pracą, ale mającą daleko idące konsekwencje. Kiedy Dan postanowił coś zmienić i znalazł na siebie sposób, podzielił się nim z czytelnikami.

Zapytacie – co w tym takiego fascynującego? Dla mnie, z pozoru, nic. Nie jestem fanką ani książek o rozwoju, ani książek biograficznych. Z dziennikarstwem jestem związana, ale o milion leveli niżej. Skąd zatem moje zainteresowanie?

Moje zainteresowanie nie jest zainteresowaniem medytacją. Nie piszę, żeby polecić Wam książkę o rozwoju, poprawie sposobu życia, wsłuchania się w swój wewnętrzny głos. Przeczytałam tę książkę jako historię człowieka takiego, jakim jest każdy z nas – odczuwającego, podatnego na zranienie, podejmującego różne decyzje – i te dobre, i złe. Ale przede wszystkim cenię tę książkę za sposób, w jaki jest napisania – Harris już w pierwszym zdaniu sygnalizuje, że nie tylko ma nienaganny styl, ale też niezły żart. Urzeczona jego sposobem pisania oraz świetna pracą tłumacza, nie mogłam sobie odmówić tej lektury.

Jeśli zatem szukasz czegoś, co rozwinie Twoją wiedzę o samorozwoju i jego technikach, nie mam pojęcia, czy znajdziesz to, czego potrzebujesz, nigdy nie rozmyślałam o tej książce w takich kategoriach. Ale jeśli masz ochotę przeczytać coś życiowego, w dodatku napisanego nienagannym stylem i lekkim żartem – spróbuj.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Edgard.

C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld: Tajemny ogień

Miała być dobra fantastyka, trzymająca w napięciu przygodówka. Jak wyszło?

Na Sashy ciąży klątwa, Taylor posiada nadprzyrodzone moce. Powiedzmy to wprost: jak się wkurzy, to przedmioty furgają, a sprzęty elektroniczne szlag trafia. On jest we Francji. Ona w Anglii. Niby nie tak daleko, ale weź tu się odnaleź w średniej wielkości mieście. A co dopiero po drugiej stronie kanału! Ale muszą. Muszą, bo Sashy grozi śmierć, a światu pochłonięcie przez ogień. Tylko czy się uda? Czas jest bezlitosny dla dwójki bohaterów.

Tajemny ogień to typowa powieść akcji: mamy dwóch rozdzielonych bohaterów, wspólny cel i tę nieznośną odległość. O presji czasu nie wspominając. Są emocje, jest napięcie, jest ostre zabarwienie fantastyką. Ale jest też ale. Moim ale jest do bólu prosty, niewymagający język. Proste prowadzenie fabuły. Może nawet lekka infantylność formy? Mówię to z pełną świadomością adresatów tej powieści; mówię to z pełną świadomością, że aby powieść zaciekawiła dzieci i młodzież, nie może być skomplikowana, wielowątkowa, niejasna. Sama byłam nastolatką i zachwycałam się prostymi historiami, bo były tak po prostu dobre i mnie ujmowały. Wiem też, że pewnie gdybym sięgnęła teraz po Harry'ego Pottera, ekscytacja nie byłaby tak duża jak kiedyś. ALE jednocześnie wiem też, że książki, które niegdyś czytałam, rozbudowywały moje słownictwo i mój odbiór tekstu. Tutaj tego nie znalazłam, ale podkreślam - nie jestem w grupie docelowej, moje odczucia mogą się mieć nijak do zadowolonych młodszych czytelników, dla których przecież jest ta książka.

Jak mogę to podsumować? Uważam, że jest to powieść warta przeczytania, lekka, prosta i przyjemna. Nie jest wymagająca, ale przy tym nie jest zła - po prostu dostarczy więcej rozrywki młodszym czytelnikom, z tymi dorosłymi może już być różnie. Mimo to nie odradzam, jest potencjał.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Moondrive.

Tahereh Mafi: Dotyk Julii

Julia, Julia... W nowym wydaniu przynajmniej okładka zachwyca ;-)

A tak całkiem poważnie to po dłuuuugim zabieraniu się za tę serię z przykrością stwierdzam, że liczyłam na coś więcej. Nie jest źle - jest pomysł, nawet nie najgorsze jego wykonanie. Są zwroty akcji, czasami nawet ciut niepewności. Ale... zawsze jest jakieś ale. A jak nie ma to znak, że o książce będę gadać latami. 

Zachwycił mnie świat przedstawiony. No, może nie do końca zachwycił - ciężko uznać za urocze coś tak bliskiego destrukcji. Ziemia staje się jałowa, zwierzęta i rośliny znikają, jedzenie to modyfikowana - Bóg jeden raczy wiedzieć, w jaki sposób - papka. Ludzkość chyli się ku upadkowi, a Komitet Odnowy, choć twierdzi, że ma plan na dalsze losy świata, nie jawi się jako cudowny wybawiciel. No, przynajmniej nie czytelnikowi. Tak więc świat przedstawiony w Dotyku Julii zapowiada się intrygująco i fascynująco, choć to fascynacja raczej ponura. Niestety, sformułowania "świat przedstawiony" użyłam tylko dlatego, że nie funkcjonuje w literaturoznawstwie pojęcie synonimiczne, które opisywałoby marną namiastkę. Zdaję sobie sprawę, że to, co dobre, jest dawkowane. Ale krajobraz z takim potencjałem ograniczony do kilku zdań w przeszło trzystustronnicowej książce to zwykłe marnotrawstwo. 

Ale spokojnie! Są też zalety! ;-) Wszystkie moje za i przeciw zdradzam Wam w najnowszej wideorecenzji. Miłego oglądania!
I nie zapomnijcie zajrzeć do Dziewczyn, które postanowiły Wam zaprezentować swoje opinie na temat Dotyku Julii. Linki pod filmikiem! :)


O tej książce z innej perspektywy...

Lauren Oliver: [delirium opowiadania]

Od wczoraj w księgarniach można zakupić tomik opowiadań uzupełniających trylogię [delirium]. Oczywiście, jako naczelna fanka, pobiegłam do księgarni, a zaraz po powrocie do domu zaczęłam czytać. Co się okazało? "Wchodzi" równie dobrze, co główne tomy serii, jednak spodziewałam się czegoś innego. Ważniejszych faktów? Przeniesienia w czasy "sprzed" albo w krajobraz tuż po finałowych wydarzeniach z 3. tomu? Jest dobrze, ale marzy mi się solidny prequel i sequel, a nie taka ociupinka ;-) Dziś zostawiam Was ze spontanicznie nagraną wideorecenzją, w której szerzej opowiadam o świeżutkim tomiku i o wszystkich "za" i "przeciw". Skusicie się?



Sandy Hall: Musimy coś zmienić [przedpremierowo!]

Oto klasyczna historia: ona zauroczona, on oczarowany. I choć oboje mają się ku sobie, nic z tego nie wychodzi, bo na drodze stają im ich własne słabości – a to, oczywiście, prowadzi do wielu nieporozumień. A jednak jest coś, co sprawia, że historia Lei i Gabe’a jest wyjątkowa. W czym rzecz?

Mimo że znajomość tych dwojga jest raczej trudna, a oboje zmagają się z problemami podobnymi do problemów tysięcy nastolatków – i setek bohaterów literackich – Musimy coś zmienić jest historią absolutnie oryginalną, a co najważniejsze – ciepłą i całkiem zabawną. Całą opowieść, począwszy od tego, jak Lea i Gabe się poznają, a skończywszy na tym, że powoli zaczynają przełamywać lody, relacjonują czytelnikowi ludzie z ich otoczenia: rodzina, przyjaciele, a nawet obcy ludzie, zwierzęta i… elementy wystroju. Ich znajomość, powoli nabierająca rumieńców, ale i nie wolna od nieporozumień, rozwija się w ciągu dziewięciu miesięcy ich nauki w collegu – a my obserwujemy ją dokładnie tak, jakbyśmy byli uczestnikami tej historii! Dzięki takiemu oryginalnemu zabiegowi, jakim jest oddanie głosu bohaterom drugoplanowym, nie tylko poznajemy historię z wielu różnych punktów widzenia, ale też sama opowieść zyskuje na realności: poznajemy skrawek rzeczywistości w takiej formie, jak w życiu codziennym – choć obserwujemy sytuacje, rozmawiamy z ludźmi i odbieramy bodźce, nigdy nie odbierzemy idealnie myśli drugiej osoby, nie spojrzymy jej oczami na relacjonowaną sytuację. I w przypadku historii, w której pojawia się dwóch nieśmiałych bohaterów, o odmiennych charakterach i całkiem różnych losach, taki zabieg doskonale obrazuje, jak oni i ich postępowanie są postrzegani w społeczeństwie. Jest to obraz niezmącony subiektywnymi przemyśleniami głównych bohaterów – i co prawda pozbawia nas to wiedzy, jaką zapewnia wypowiedź narratora wszechwiedzącego, ale za to mamy wrażenie, że obraz sytuacji jest bardzo realny, a sami czujemy się uczestnikami wydarzeń.

Niestety, mimo że pomysł na budowę historii jest świetny, ma on swoje wady. Jak już wspomniałam, historia znajomości dwójki młodych ludzi relacjonowana jest przez rozmaite postaci: pojawia się między innymi brat Gabe’a, przyjaciele Lei, wykładowczyni kreatywnego pisania, baristka ze Starbucksa, inni studenci, kierowca autobusu,… Długo by wymieniać. Jest nawet przesympatyczna wiewiórka-entuzjastka orzechów i ławka, której przemyślenia o świetnym tyłku Gabe’a naprawdę mnie rozbawiły. Ale w pewnym momencie lektury zaczęłam zastanawiać się nad realnością tych historii. Bezdyskusyjnie jestem w stanie zgodzić się, że postać wykładowczyni, która uwielbia swatać swoich uczniów, ma prawo istnieć w realnym świecie – jest to osoba nietuzinkowa, a jej hobby jest wprost szalone, ale ma swój urok i bez żadnego „ale” akceptuję jej obecność. Natomiast jej rozmowy ze swoim asystentem, w których analizują postęp w znajomości Lei i Gabe’a, jest absurdalny i wydaje się być sztuczny, co psuje klimat historii. Podobnie jest na przykład z kierowcą autobusu – sposób, w jaki opowiada o tej parze i fakt, że jego żona uwielbia o niej słuchać, zdaje się być naciągany. Nie chcę przez to powiedzieć, że są to sytuacje niemożliwe, w końcu nasze myśli często skupiają się na przypadkowo spotkanych osobach i bywają abstrakcyjne; odnoszę jednak wrażenie, że zbyt wiele przypadkowych postaci angażuje się emocjonalnie w znajomość Lei i Gabe’a, którzy – nie oszukujmy się – są zwykłymi, niczym nie wyróżniającymi się ludźmi, a ich znajomość rozwija się raczej powoli i bez fajerwerków.

Kolejnym problemem (i zarazem zaletą!) jest długość wątków – są to wręcz miniatury, które, owszem, czyta się świetnie, ale pozbawiają czytelnika możliwości bliższego poznania bohaterów. Analizując Musimy coś zmienić jako całość, otrzymujemy sporą dawkę wiedzy zarówno na temat Lei i Gabe’a, jak i ludzi komentujących ich znajomość. Brakowało mi jednak rozwinięcia wątków pod kątem życia tych konkretnych narratorów – mało wiarygodne jest to, że myślą oni tylko o głównych bohaterach i sprawach z nimi związanych.

Chciałabym jednak zwrócić uwagę, że Musimy coś zmienić to powieść dla młodzieży – i w tym kontekście uważam, że należy ją pochwalić: w raczej średniej objętości zawiera sporo treści, pokazuje, że zwykłą historię można przedstawić w inny, ciekawy sposób i uczy kreatywnych rozwiązań. Choć czytałam tę powieść ze świadomością jej niewielkich mankamentów, z przyjemnością wciągnęłam się w historię, aż wreszcie poczułam się członkiem świata stworzonego przez Sandy Hall. Oto doskonały przykład tego, że ciekawym zabiegiem stylistycznym można stworzyć zupełnie nową jakość. To taka lekka i przyjemna, ale przy tym inteligentnie skonstruowana odskocznia od życia codziennego. Polecam!

_________________
premiera: 13 maja 2015r.
za przedpremierowe udostępnienie egzemplarza dziękuję serdecznie


Danny Wallace: Charlotte Street

Charlotte Street [Danny Wallace]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
W życiu można wybierać różnie. Jason akurat wybrał kiepsko: rzucił posadę nauczyciela i zaczął pracować jako recenzent w podrzędnej gazecie. Na domiar złego rzuciła go dziewczyna, która, jak gdyby nigdy nic, zdaje się wieść szczęśliwe życie w ramionach innego faceta. Ale jest też dobra wiadomość: Jason spotyka pewną piękną kobietę na Charlotte Street!

Od razu jednak chcę rozwiać wszelkie wątpliwości: Charlotte Street to nie jest typowy romans, w którym mężczyzna, mimo przeciwności losu, wreszcie poznaje niesamowitą kobietę i biega za nią z kwiatami i zarzuca czułymi słówkami, aby ją zdobić i stopić tym samym nasze serca. Rzeczywiście wskazuje na to opis okładkowy, a i mnie ciężko jest uciec od stworzenia takiego wrażenia, skoro mówię o tym, co się w życiu Jasona dzieje. Na szczęście jednak to tylko pozory.

Jason to facet jakich wiele – pracuje, przeżywa swoje rozstanie, stara się pozbierać. No i trafia na piękną kobietę, która go fascynuje. Ale tutaj kończą się schematy. Jason ma bardzo specyficzny styl bycia i nie stroni od pokazywania go w swojej opowieści – co wychodzi na dobre, bo, choć na początku może drażnić czytelnika, szybko zmienia się w powód, dla którego go uwielbiamy i nie możemy oderwać się od lektury. Z właściwą sobie ironią i dystansem patrzy na świat i rozlicza się ze swoimi sprawami: przyjmuje kolejne wieści o życiu byłej dziewczyny z lepszym lub gorszym skutkiem, dochodzi do siebie po bolesnym rozstaniu (tak, tak, doskonale pokazuje, że faceci też cierpią, tylko okazują to inaczej!), popełnia błędy. Ale też natrafia na tajemniczą nieznajomą, która go intryguje i o której postanawia dowiedzieć się czegoś więcej.

Na szczęście w Charlotte Street jedynie pojawia się wątek romantyczny, i to nieszczególnie wyeksponowany. Ta powieść to przede wszystkim obyczajówka, wycinek z życia ludzkiego – tym razem przedstawiony oczami faceta, co jest dobrą przeciwwagą do niezliczonych wersji kobiecych wariacji na temat życia. Jason zalicza wzloty i upadki, coś traci i coś zyskuje, momentami jest zabawny i uroczy, momentami – absolutnie nie do zniesienia. Charlotte Street to taka proza życia z innej perspektywy – co by nam, paniom, nie wydawało się, że mężczyźni nie odczuwają.

Sam język powieści, wskutek tego, że narracja została przekazana samemu Jasonowi, jest bardzo specyficzny: ma swój odrębny, niecodzienny styl, sporo w nim ironii, typowych dla Jasona komentarzy. Może być to ciężkie doświadczenie na początku lektury, bo sprawia, że zastanawiamy się, czy to nie jest taki „luz na siłę” i czy sam Jason, mówiąc kolokwialnie, nie jest przypadkiem zwykłym dupkiem. Jednak w tej powieści dzieje się coś niesamowitego: mamy okazję stopniowo poznawać głównego bohatera, od powierzchownych obserwacji wchodzić głębiej w jego psychikę, charakter i zwyczaje, i – po konfrontacji z jego prawdziwym „ja” – zaczynamy go lubić, wręcz mu kibicujemy, a narracja zaczyna być dla nas niezwykle atrakcyjna i błyskotliwa. Dlatego apeluję, dajmy Jasonowi szansę!

Oczywiście jest to lekka literatura, w sam raz na wieczorny relaks z książką; trzeba przyznać, że w swojej klasie stoi na naprawdę wysokim poziomie. Zatem Charlotte Street polecam wszystkim paniom, które chciałyby zajrzeć do męskiego umysłu – a także panom, którzy chcieliby odnaleźć bratnią duszę w chaosie uczuć. Przyjemnej lektury!


Zoe Sugg: Girl Online [przedpremierowo!]

Girl Online [Zoe Sugg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Poznajcie Penny: oto nastolatka, która żyje w kochającej rodzinie, ma najlepszego przyjaciela tuż za ścianą i uwielbia fotografować. Ma też sekret: pisze anonimowego bloga, który staje się coraz bardziej znany i uwielbiany. Ale kiedy przyjdzie wyjechać jej do Ameryki, wszystko się zmieni…

Kiedy w życiu niezdarnej Penny przydarza się coś, co staje się pożywką dla całej szkoły, a ją samą pogrąża w niemałej rozpaczy, przychodzi pora na punkt zwrotny: oto rodzice dziewczyny, którzy prowadzą firmę zajmującą się organizacją wesel, dostają ogromne zlecenie – i to za oceanem. W perspektywie dziewczyna ma spędzenie kilku dni w Nowym Jorku – i choć lot ją przeraża, postanawia pokonać własne słabości i lęki i przeżyć przygodę swojego życia. Dzięki temu wiele zyska… ale też coś straci. Jak potoczy się dalej życie nastoletniej Penny? Jakie czekają na nią przygody?

Girl Online to debiutancka powieść Zoe Sugg, czyli znanej vlogerki Zoelli. Biorąc pod uwagę, że jest to jej pierwsza książka, a sama autorka swoje filmy poświęca innej tematyce niż literatura, jest to historia nad wyraz udana. Owszem, powieść jest przy tym przewidywalna aż do bólu, ale za to jej klimat został zbudowany bezbłędnie – razem z Penny się śmiejemy, smucimy i denerwujemy, a czytając sceny w rodzinnym domu, wręcz czujemy emanujące stamtąd ciepło. I za to wielkie brawa dla autorki, bo umiejętność takiego budowania słowem jest bardzo cenna.

Jeśli zaś chodzi o kwestie mniej udane, nie sposób nie zauważyć pewnego rozdźwięku między wiekiem a zachowaniem głównej bohaterki. Niby jest to już uczennica liceum, jednak jej zachowania są typowe raczej dla młodszych dziewczyn – podobnie jak i jej problemy i rozważania. Nie chcę w żaden sposób dyskredytować tego, jak i kiedy nastolatki przeżywają określone sytuacje i emocje, bo to jeden z najlepszych momentów w życiu – chodzi mi jedynie o to, że Girl Online najbardziej przypadnie do gustu czytelniczkom młodszym, niż sama bohaterka. I właśnie tym czytelniczkom (a może i czytelnikom?) z całego serca polecam tę historię: jest naprawdę ciepła i barwna, a w dodatku tak umiejętnie napisana, że nie jedna dziewczyna z łatwością zidentyfikuje się z Penny. I właśnie to mi się tak podoba w powieści Zoelli – stanowi ona zbiór typowych dla nastolatek problemów (no, może nie każda dziewczyna jest sławna, ale za to każda przechodzi przez płacz nad kompleksami i przez pierwsze miłości), a przy okazji daje inspirację do rozwiązywania ich. Dlatego też lekturę Girl Online bez wahania polecam dziewczynom w wieku 11-14 lat, a wszystkie starsze czytelniczki zapewniam, że choć powieść jest boleśnie schematyczna, w stu procentach nadrabia swoim urokiem. I jak porywa!

Odnosząc ją do innych powieści dla młodzieży, nie sposób nabrać do Girl Online stosunku raczej ambiwalentnego: z jednej strony buduje plastyczny, atrakcyjny dla czytelnika świat, co jest sztuką bardzo trudną, a jednocześnie bardzo pożądaną. Z drugiej zaś główna bohaterka miewa momenty, kiedy zachowuje się jak typowa amerykańska szalona nastolatka z typowo amerykańskiego, przesłodzonego serialu dla młodzieży. Na szczęście jest ich niewiele, co pozwoliło mi wreszcie polubić Penny i jej przygody. Kiedy zamykałam książkę po skończeniu lektury, nadal nie wiedziałam, jak tak naprawdę oceniam tę historię – niektóre kwestie związane z budową fabuły i postaci są rażące, ale z drugiej strony też nie były w stanie przyćmić atmosfery wręcz wylewającej się z każdej strony powieści. Dla czytelniczek dojrzewających zarówno życiowo, jak i literacko, jest ona w sam raz; dlatego też jestem na tak, choć obeszło się bez fajerwerków – to raczej lektura na jeden raz.


_______________________________________
za przysłanie egzemplarza recenzenckiego dziękuję

Susan Ee: Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata

Angelfall [Susan Ee]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Światem zatrzęsła anielska apokalipsa. I choć wielu ludziom udało się przeżyć, nowa rzeczywistość niewiele ma wspólnego z prawdziwym życiem: zdobywanie jakiegokolwiek pokarmu za wszelką cenę, tułaczka, szukanie schronienia choć na jedną noc, ukrywanie się przed gangami i samymi aniołami. Tak wygląda teraz codzienność.

Gdyby tego było mało, mała, bezbronna siostrzyczka Penryn zostaje porwana. Do czego ludzie są zdolni posunąć się w imię miłości i walki o przetrwanie? Odpowiedź jest jednocześnie piękna i przerażająca, tak jak i reakcje są skrajne: od nad wyraz szlachetnych po iście zwierzęce.

Penryn poznajemy, gdy wraz z niepełnosprawną siostrzyczką i chorą psychicznie matką postanawiają opuścić dotychczasowe schronienie. W czasie ucieczki niespodziewanie natykają się na grupę aniołów, która całą uwagę poświęca własnym porachunkom. Kiedy jeden z aniołów zostaje pozbawiony skrzydeł przez swoich braci, kobiety zostają zauważone. I choć Penryn nakazuje im uciekać, a sama wystawia się na widok anioła, wszystko się komplikuje: matka ucieka, a dziewczynka poruszająca się na wózku inwalidzkim jest zdana sama na siebie. Już po chwili zostaje schwytana przez wrogie anioły. Co ma zrobić Penryn? Jedynym możliwym wyjściem jest pomoc zranionemu aniołowi. Czy ta istota jest zdolna do współczucia? Wdzięczności? Czy plan Penryn się powiedzie?

Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata to bardzo dobra powieść postapokaliptyczna. Nie brak w niej dynamiki, zwrotów akcji i ciekawego poprowadzenia wątków, ale niestety nie można też powiedzieć, że pozbawiona jest wad. Zasadniczym problemem, który „uwierał” mnie w zasadzie od początku lektury, było rzucenie czytelnika na głęboką wodę: doszło do apokalipsy, anioły zstąpiły na ziemię, panuje popłoch, terror i zniszczenie. I choć krajobraz i sytuacja ludzi odmalowana została bardzo szczegółowo i nad wyraz przejmująco, tak naprawdę zmuszeni jesteśmy kurczowo trzymać się bieżących wydarzeń. Czytelnik, zagłębiając się w przygody młodej Penryn, tak naprawdę nie ma pojęcia o genezie apokalipsy, o tym, co było przed, o tym, co wywołało taką sytuację, o tym, jak przebiegała, czy przynajmniej o tym, jakie w ogóle są zamiary aniołów. Nie wiadomo nic, a to w moim odczuciu znacząco zuboża świat przedstawiony. Mam wielką nadzieję, że druga część, czyli Angelfall. Penryn i świat Po przyniesie mi odpowiedzi na te nurtujące, i przy tym oczywiste pytania. Nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek książka fantasy (i nie tylko) tak bardzo stroniła od rozbudowy świata przedstawionego i szczerze liczę na to, że Angelfall jako trylogia będzie spójną, świetnie wykreowaną historią, solidnie osadzoną w zrozumiałym dla czytelnika świecie. 


Niestety teraz, po lekturze zaledwie jednego tomu, mam dosyć ambiwalentny stosunek do tej serii – choć na zdecydowany jej plus działa wartka akcja, realne (aż zanadto!) i często brutalne opisy, które są nieodłączne, jeśli chcemy opowiadać historię upadku, terroru i walki. Czy mogę polecić tę powieść? Oczywiście, choć cały czas będę żyć nadzieją, że trylogia jako całość zmieni moją ocenę tej historii na lepsze. 


Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkim zwycięstwem jest przeżycie kolejnego dnia



Haruki Murakami: Norwegian Wood [+wideorecenzja!]

Norwegian Wood [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Miłość, strata, przyjaźń, rozpacz, nadzieja, strach. Jest w nich cały przekrój sprzecznych emocji, każdy z nich ma swoje demony. Jednak każde z nich wydaje się je inaczej odbierać i inaczej przysposabiać je do życia. Jak poradzić sobie ze stratą, kiedy wszystko wokół wydaje się tracić sens?

Toru Watanabe jest zwykłym młodym mężczyzną, który wyjechał do Tokio, aby rozpocząć studia i życie na własną rękę. Monotonny bieg nieszczególnie radosnej, ale za to bezpiecznej rzeczywistości odmienia się, kiedy chłopak niespodziewanie wpada na Naoko, znajomą z dawnych lat. Nie jest to jednak zwykła znajoma – Naoko to była dziewczyna jego najlepszego przyjaciela, który całkiem niedawno popełnił samobójstwo. Choć Naoko i Watanabe nigdy nie spędzali czasu we dwójkę, coś się pomiędzy nimi zmienia i rozwija – coś, co podświadomie kojarzą z bolesną dla nich śmiercią ich wspólnego przyjaciela i co prowadzi do wielu pytań bez odpowiedzi. Delikatna dziewczyna zamyka się w sobie i znika z życia Watanabe, natomiast on żyje dalej w Tokio, wplątując się w kolejne znajomości. Jedną z nich jest Midori, całkowite przeciwieństwo Naoko. Jak potoczy się życie każdego z nich?

K.A. Tucker: Dziesięć płytkich oddechów

Dziesięć płytkich oddechów [K.A. Tucker]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jeden moment. Nagłe szarpnięcie i głucha cisza. Jeszcze tak naprawdę nie wiadomo, co się wydarzyło, ale poczucie, że jest to coś strasznego, wzmaga się z każdą sekundą. Dotyk chłodniejącej dłoni. Odgłos ostatniego oddechu…

Traumatyczne zdarzenie wywraca do góry nogami życie Kacey i jej siostry Livie. Nieuśmierzony nigdy ból oraz późniejsze zdarzenia powodują, że dziewczyna podejmuje decyzję – zabiera młodszą siostrę do Miami, by zacząć życie na własną rękę. Wybór ten nie oznacza jednak dramatycznej próby rozpoczęcia nowego rozdziału wolnego od zmartwień – Kacey tonie w swoich problemach i nie łudzi się, że zmiana otoczenia zmieni jej życie; robi to jedynie dla Livie. Niespodziewanie jednak przez pancerz ochronny starszej z sióstr Cleary zaczynają przebijać się kolejne życzliwe osoby – sąsiadka Storm, jej mała córeczka Mia, a wreszcie przystojny sąsiad z mieszkania 1D. Livie się uczy, Kacey pracuje i nieźle zarabia – słowem: wszystko zaczyna się układać. Niestety nie wszystko jest takie, na jakie wygląda…

Łukasz Orbitowski: Zapiski Nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki

Żywe trupy. 3. Upadek Gubernatora cz.2 [Robert Kirkman, Jay Bonansinga]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Afryka. Kontynent odległy, nieznany, po dziś dzień owiany nutą tajemnicy. Nieuchwytny dla pisarskiego pióra, wydaje się wymykać nam z rąk przy każdej próbie odmalowania go słowami. Czy Łukaszowi Orbitowskiemu, autorowi Zapisków Nosorożca, udało się choć trochę wyostrzyć obraz Afryki?

I tak, i nie. Orbitowski celowo zaprowadził taki oto zabieg stylistyczny, że podróżniczą relację zamienił na gawędę. Suche fakty i wystylizowane anegdoty zastąpił szczerym, osobistym dziennikiem podróży, z pozoru skupiającym się na przebiegu kolejnych dni. Z pozoru, ponieważ pod płaszczykiem opisu podróży i atrakcji wszelakich, autor zgrabnie przemyca swoje odczucia i, co ciekawsze, miejscowe legendy. To wszystko zostało okraszone lekkim sfabularyzowaniem relacji, w wyniku czego czytelnik otrzymał niebanalną publikację z pogranicza całkowicie różnych gatunków literackich.

W przypadku tego typu literatury ciężko jest oceniać fabułę – przede wszystkim dlatego, że jest to swoista próba zebrania myśli po absolutnie prawdziwej i niejednokrotnie emocjonującej podróży. Ale w przypadku Zapisków Nosorożca jest coś jeszcze – autor, już na wstępie porzucając ton podróżnika wykładającego obce czytelnikowi rzeczy, staje się gawędziarzem, zapraszając czytelnika do rozmowy. Wiąże się z tym duża odpowiedzialność, ponieważ w takiej sytuacji już nie tylko twórczość literacka wystawiana jest na ocenę, ale też sposób bycia, naturalny sposób opowiadania i w pewnym stopniu osobowość autora zaangażowana w tę historię. Przedzierając się przez kolejne rozdziały, często odnosi się wrażenie, że autor jest tuż obok – i przywodzi to raczej na myśl pogawędkę z kumplem, aniżeli wykład czy skrupulatnie dopracowywaną opowieść, jak to często bywa. Niemniej jednak nie staram się przez to powiedzieć, że wykryłam jakieś rażące braki czy poczułam niedosyt – raczej mam ochotę przyklasnąć i zaproponować więcej książek pisanych w takiej konwencji.

Klaudia Kopiasz: W głąb lawendowych uliczek

W głąb lawendowych uliczek [Klaudia Kopiasz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Zamknij oczy i wyobraź sobie stół zastawiony specjałami włoskiej kuchni. Poczuj woń lawendy i bazylii, pozwól się muskać ciepłym promieniom południowego słońca. Przyjemnie? No to ruszamy na wyprawę śladami Olivera, głównego bohatera powieści W głąb lawendowych uliczek, który doznał podobnej inspiracji…

Już pisząc powyższe słowa, zrodził się we mnie swoisty niepokój. Otóż Oliver, wiedziony chęcią przeczytania dobrej powieści, trafia do księgarni prowadzonej przez Włocha. Właściciel ów stawia sobie za punkt honoru pokazać Amerykaninowi, jak piękne są jego okolice – tylko zaraz, dlaczego, skoro Oliver wybiera się do Francji?

Powszechnie wiele kwestii kulturowych i krajobrazowych łączy Włochy i Francję – zamiłowanie do winiarstwa, nieprzebrane pola lawendy, pastelowe krainy, kulinaria, rodzina językowa. Dzieli ich natomiast cały wachlarz rozmaitości – położenie geograficzne, klimat, temperament, atmosfera,… Co zatem powodowało Włochem, że zaczął zachwalać obcokrajowcowi Francję, a nie własną ojczyznę? Tego nie wiem, ale jego charyzma i sięgająca głębi ludzkiej duszy powieść tajemniczej autorki są siła napędową Olivera, który postanawia w trybie natychmiastowym zakupić bilet do Francji. Czy mężczyzna porzuci wszystko i wyruszy w nieznane? Jak skończy się jego wyprawa w poszukiwaniu prawdziwej miłości?

M.A. Trzeciak: Inframundo

Inframundo [M.A.  Trzeciak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czy w życiu codziennym, w obecności wszechogarniającej rzeczywistości, jest miejsce na marzenia, wspomnienia i nutkę magii? Ależ oczywiście! Żywym dowodem na to jest Greta – pracownica starego kina, które – wraz z partnerem i przyjaciółką – obejmuje w posiadanie po śmierci poprzedniej właścicielki. Ale czy to po prostu stare kino z tradycjami?
W momencie, w którym czytelnik poznaje Gretę, ta ma wiele na głowie – trafiamy w bardzo intensywny okres w życiu kobiety, w czasie którego wiele się dzieje, rozgrywają się wzloty i zdarzają się upadki. Choć podobnie jest też w życiu Emila – partnera kobiety oraz Erwiny, ich przyjaciółki, a czytelnik towarzyszy im na każdym kroku, szybko można odnieść wrażenie, że zdarzenia te nie wywierają na odbiorcy wielkiego wpływu. To nie tak, że wydarzenia wyprane są z emocji, a czytelnik modelowy pozbawiony empatii. Jednak jest coś, co przyćmiewa całą tę doczesność, a powieści nadaje klimatu – a chodzi oczywiście o cały kalejdoskop nierzeczywistych zdarzeń, które otulają bohaterów, nadają im kolorów i sensu. W ten sposób na kartach powieści goszczą gwiazdy starego kina, nawiązując rozmowy z Gretą, a także dając jej rady i ostrzegając przed przyszłością. Jest też nienarodzone jeszcze dziecko, nazywane Małym Stworzonkiem, które to nocami Greta odwiedza we własnym łonie. Mimo tych wszystkich nieprawdopodobnych wątków, książka nie trąci absurdem czy śmiesznością, a raczej emanuje tajemniczą, bardzo specyficzną aurą. Jest też stary, klasyczny wygląd kina Inframundo i ptak-symbol, czyli kruk Corvus, którego rola – choć nie do końca jasna – była zwieńczeniem tego ładunku nierealności.