Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

Abby Jimenez: To tylko przyjaciel

Słodko-gorzka, niebanalna, romantyczna, zabawna, życiowa... Podejrzewam, że dla wielu tak prezentuje się opis idealnej książki. Jeśli tak właśnie jest, myślę, że mam coś, co poprawi Wam czytelniczy humor - "To tylko przyjaciel" Abby Jimenez nie tylko spełnia te wszystkie kryteria, ale też wbija się szturmem na szczyty literackich notowań!

Na pierwszy rzut oka, Jimenez napisała schematyczny romans: ona i on, wpadają na siebie w sytuacji doprowadzającej ich do czegoś między furią i omdlewaniem z wrażenia. Żeby tego było mało, za chwilę znów się spotykają i - zgadnijcie co! - okazuje się, że los splata ich życiowe drogi. On chce, ona nie może. Ona może, ale nie chce. Pojawiają się niedomówienia, tajemnice, problemy... Ot, klasyka gatunku. Nie pomaga też szablonowy wręcz tytuł i okładka, a także fakt, że za granicą "The Friend Zone" rozrosło się już do rozmiarów serii (niestety, rzadko kiedy to kończy się uznaniem dla całości). Jak to się zatem stało, że "To tylko przyjaciel" stał się tak popularny, a ja, recenzent z uczuleniem na nadmiar lukru, namawia do sięgnięcia po taką powieść? Już tłumaczę.

Chyba najważniejsze to powiedzieć sobie na wstępie, że wspomnianego lukru nie ma aż tak dużo, jak można by się spodziewać, słysząc "romans". Zamiast tego są solidnie zbudowane wątki komediowe, rozważnie poprowadzona linia "wątków smutnych", która tonuje tematykę powieści i powoduje, że traktujemy ją z większą powagą niż historie typowo romansowe. Pojawia się też wątek choroby, która jest istotnym, ale często stygmatyzowanym tematem w dzisiejszym świecie. Wszystko to sprawia, że "To tylko przyjaciel" staje się w odbiorze życiową, realistyczną historią, z którą nie trzeba się identyfikować, żeby ją poczuć i przeżyć. I chociaż nie jest skrojona idealnie, ta życiowość jest na tyle silnym atutem, że przyćmiewa większość potknięć.

Ale jeśli już o potknięciach mowa, niestety parę rzeczy wprost prosi się o wytknięcie. Największym zgrzytem, który powracał kilkakrotnie i to w najmniej oczekiwanym momencie, jest pomysł na Josha, a konkretniej na jego zrozumienie kobiecych tematów. Jeżeli jakakolwiek opowieść bazuje na ważnym zagadnieniu (w tym przypadku zaburzeń funkcjonowania narządów rozrodczych i gospodarki hormonalnej, ważny temat!), obowiązkiem autora jest zrobić wszystko, żeby historia była realistyczna i naturalna dla czytelnika, bo to prowadzi do uwrażliwienia na poruszany temat. W tym przypadku z posłowia autorki wiemy, że bazowała na sytuacji swojej znajomej, a tymczasem w swojej powieści każe głównemu bohaterowi każde zaobserwowane zaburzenie kwitować "aaa, tak, wiem, bo moja siostra coś tam". Nie zrozumcie mnie źle - fajnie, jeśli faceci mają wiedzę na tematy typowo kobiece, a skąd ją mają czerpać, jeśli nie z życia pod jednym dachem z kobietami właśnie? Problem jest jednak gdzie indziej. 

(to jest taki dziwny moment w recenzjach współczesnych książek, że trzeba się odnieść do stanów fizjologicznych i innych spraw intymnych, bo dla pełnej oceny książki nie można tego przemilczeć. Jeśli nie masz ochoty na tego typu opowieści, które faktycznie nie są standardowym contentem w krytyce literackiej ;), opuść poniższy akapit)

Niestety powtarzanie kwestii i sprowadzanie wszystkiego do rozmyślań w stylu "wiem, że ma obfite miesiączki, bo kupuje wytrzymałe podpaski, które też kupowała jedna z moich sióstr" brzmi sztucznie, nieco żenująco i, no cóż, jak usilna próba usprawiedliwienia, czemu bohater męski ma tego typu wiedzę. Niestety nie miałam okazji przekartkować oryginału, więc nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że to na pewno jest problem budowy tekstu, a nie tłumaczenia - być może w oryginale jest to na tyle neutralnie przemycone, że czytelnik pomyśli sobie "aha, okej" i po prostu ruszy dalej. Natomiast mogę z całą pewnością powiedzieć, że po polsku wyszło to bardzo niezgrabnie i zwyczajnie wytrąca czytelnika z rytmu powieści i wrażenia, że czyta coś naprawdę dobrego i na pewnych płaszczyznach ważnego.

Będąc przy pomyśle na Josha, warto też przemyśleć jego postawę: facet nie tyle skłonny, co wręcz palący się do wielkich gestów, praktycznie nie użalający się na swój los mimo odtrącenia, sprawiający wrażenie, że ilekroć by skamlał, nigdy nie warknie. I chociaż nie ulega wątpliwości, że i taki typ osobowości można spotkać w realnym świecie, mimo wszystko nieco tę historię odrealnia i popycha do myślenia o nim jako o "facecie z romansu". Ale w zasadzie czy paniom to przeszkadza...? :)

Drugim zarzutem jest nierówność w budowie fabuły: mamy solidną pierwszą połowę (mimo że mocno osadzoną w schemacie gatunku), później spowolnienie i kręcenie się po raz już wykorzystanym schemacie. I chociaż chwilową monotonię przerywa naprawdę nieoczekiwany plot twist, który był potrzebny, żeby uniknąć szablonowego zakończenia, za chwilę czytelnik odkrywa, że autorka nadbudowała nad ten plot... kolejny plot. Czy to dobrze, czy źle - to już oceńcie sami. Jedno jest pewne: powieść Abby Jimenez obfituje we wrażenia i zwroty akcji. I chociaż pozwoliłam sobie skupić się przede wszystkim na minusach kompozycyjnych, w dalszym ciągu podkreślam, że mamy do czynienia z całkiem dobrą powieścią. Mamy tu romans, sporo życiowych sytuacji, trochę słodyczy, trochę goryczy i przyjemny w odbiorze styl autorki, dzięki któremu przez powieść się płynie. Jeśli więc lubicie z jednej strony lekkie, ale ważne i niepowierzchowne historie, "To tylko przyjaciel" to pozycja obowiązkowa tego lata.

Alice Vincent: Mowa roślin

Czy betonowe dżungle bez duszy to nasza przyszłość? Czy przywykliśmy już do tego, że nocą nie słyszymy cykania świerszczy i nie zauważamy, że z miast zniknęło wiele gatunków roślin? Czy współczesny styl życia wyklucza symbiozę z przyrodą? To chyba były moje pierwsze pytania, kiedy pojawiła się u mnie refleksja nad naszą kondycją jako elementów natury. Refleksję tę z kolei zawdzięczam "Mowie roślin" Alice Vincent, choć sama lektura nie ujęła mnie w sposób, a jaki oczekiwałam. Dziś zdradzam, dlaczego.

Wydana niedawno "Mowa roślin" to swego rodzaju opowieść o odejściu i powrocie do natury. O przeproszeniu się z zapomnianymi elementami niegdysiejszej, nie tak odległej od naszej codzienności i potrzebie cofnięcia się o kilka lat ku pełniejszemu życiu. Przy okazji, a może szczególnie, to też opowieść o poszukiwaniu siebie i swojego sposobu na przeżycie życia, o znajdywaniu i tworzeniu swojego miejsca na Ziemi. To w końcu zapis przemyśleń i przeżyć ze świata, który wyraźnie idzie w niewłaściwym kierunku i zatraca się we wszystkim co od natury stroni, czy wręcz ją niszczy. Alice Vincent jest wyraźnie zainspirowana powrotem do korzeni w sensie dosłownym, ale też można się pokusić o przypisanie jej chęci - a może potrzeby, zważywszy na temat? - wpisania się w popularny niedawno nurt, w którym przyroda grała pierwsze skrzypce ("Sekretne życie pszczół" i "Błękit" Mai Lunde czy wachlarz publikacji o duchowości roślin i zwierząt). Czy zatem jest to ważny głos w świetle obecnej kondycji ludzkości?

I tak, i nie. Zdecydowanie na plus trzeba tu zaliczyć wątek zamiłowania do roślin i ich sadzenia, pomimo mieszkania w mieszkaniu w środku miasta - to taka miła odmiana od tego, co widujemy na co dzień i w pewnym stopniu inspiracja do szerzenia trendu miejskiej dżungli (ale zielonej dżungli wbrew miastu, a nie metaforycznej dżungli z betonu!). Trzeba też oddać autorce niesamowitą lekkość pióra - po przeczytaniu pierwszych stron już miałam przed oczami sceny z własnego dzieciństwa: barwne wiejskie pola z wakacyjnych wyjazdów, plecenie wianków, fuzja zapachów, łapanie i wypuszczanie koników polnych. Już kilka pierwszych stron wystarczyło, żebym się zauroczyła i uświadomiła sobie, ile z normalnych niegdyś elementów otaczającego mnie świata nie jest już obecnych w moim życiu.

Niestety, to co zaliczyłam na poczet kwiecistości języka, muszę też zaliczyć do grupy potencjalnych problemów z odbiorem. Otóż cała powieść napisana jest w podobny sposób, przy czym nie zawsze są to opisy malujące przed czytelnikiem znane mu, sielskie obrazy. Często są to opisy życia, stanów i przeżyć, które oczywiście stanowią duszę tej książki, ale jednocześnie mogą być dla niektórych odbiorców nużące. Jeżeli wrażliwość autorki nie pokryje się z wrażliwością odbiorcy, niektóre rozdziały mogą okazać się zastojem nie do przezwyciężenia; nie pomaga też fakt, że w książce praktycznie nie istnieją dialogi. I chociaż po stokroć muszę podkreślić, że mamy tu do czynienia z niezwykłą plastycznością języka, osobiście bardziej interesowało mnie samo sedno tej opowieści ukryte za słowami niż same słowa. Tak, jak czasami czytanie jest przyjemnością samą w sobie, tutaj przyjemność sprawia raczej odkrywanie pewnego przekazu niż sam jego kanał.

Być może jest to mylne wrażenie, ale w czasie lektury wydawało mi się, że jest to raczej historia, którą czujesz całą sobą, jeśli ją przeżywasz, ale niekoniecznie porwie ona tłumy, stając się uniwersalną lekturą dla każdego. Ze swojej strony polecam spróbować polubić się z "Mową roślin", bo o ile trafi we wrażliwość odbiorcy, jest wartościową historią. Po prostu nie dla każdego.

Kai Strittmatter: Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura

Wow. Wow, wow, wow. To była NAPRAWDĘ dobra książka!

Nawet nie wiem od czego zacząć, tyle mam różnych myśli i emocji po lekturze "Chin 5.0". Może należałoby zacząć od tego, co wiemy o Chinach. Mówiąc "my", mam na myśli statystycznego Europejczyka, który nieponadprzeciętnie interesuje się polityką czy nowymi technologiami. Moje pierwsze "chińskie" skojarzenia to: przeludnienie, mikroskopijne mieszkania, opowieści o obowiązku posiadania maksymalnie jednego dziecka, kotki machające łapką i tanie, plastikowe rzeczy, które zalały nas parę dekad temu i dalej mają się doskonale (bo jak inaczej wytłumaczyć sukces AliExpress?). I tak na gorąco wyliczając to by było na tyle - czyli mało, i to w bardzo krzywdzącym kluczu. Bo Chiny to przecież bogata kultura, szereg wspaniałych cech przypisywanych ogółowi narodu chińskiego, długowieczna tradycja. Ale też piętrzące się problemy i zagadnienia, które we współczesnej Europie mogą jawić się dość abstrakcyjnie. Kai Strittmatter postawił jednak na wątek bardzo ciekawy - coraz bardziej obecny w codzienności, i zatrważający. Technologia w komunistycznej praktyce. 

Chiny to przede wszystkim bardzo rozwojowe państwo. A przy tym komunistyczne, co jest mieszanką dalece niebezpieczną. I właśnie o tym są "Chiny 5.0" - o postępie, umiejętności zaimplementowania go do codziennego funkcjonowania państwa i zagrożenia, jakie to za sobą niesie. Przyznacie - państwa europejskie dalekie są do dogonienia rozwoju świata wirtualnego: począwszy od  regulacji prawnych a skończywszy na korzystaniu z dostępnych rozwiązań. I o tyle, o ile jest to złe, jest też i dobre. Czemu? Chiny są odpowiedzią. Wszechobecna inwigilacja czy kamery z systemem rozpoznawania twarzy to tylko szczyt góry lodowej. I nie będę tu nic więcej zdradzać - mam nadzieję, że będzie to zajawka, która popchnie Was do lektury książki Strittmattera. I że przeczytacie ją z takimi wypiekami na twarzy, jakie miałam ja.

Niestety bardzo rzadko były to wypieki ekscytacji - bo większość poruszonych zagadnień raczej napawa negatywnymi myślami. Ale czytało się to wybornie, a ja sama często łapałam się na tym, że mam wrażenie, że czytam fikcję literacką. To uczucie dotychczas było zarezerwowane dla publikacji o Korei Północnej - a tu proszę, niespodzianka. Z tych mało przyjemnych.

Gdybym miała wskazać minusy, przyczepiłabym się do tej technologii - jeśli liczycie na to, że dokładnie zrozumiecie technologie, które królują w Chinach, może czekać Was rozczarowanie. Nacisk jest raczej na warstwę społeczno-polityczną, technologia jest kontekstem, ale nie jest rozłożona na czynniki pierwsze. Co w żaden sposób książce nie ujmuje - ot, sygnalizuję, że to nie jest do końca "geekowa" publikacja.

Szczerze polecam, każdemu - książka jest przystępna dla osób z niewielką wiedzą o Chinach, ale też nie znudzi osoby lepiej obeznanej z tematem. Zjawisko wciąż się rozwija, i "Chiny 5.0" to dobry punkt zaczepienia, żeby je zrozumieć i móc obserwować w przyszłości. Chociaż temat przygnębia, lektura jest wyborna. Dawno nie czytałam tak dobrej książki!

E.G.Scott: Nic o mnie nie wiesz

Ale to było dobre! Oto jeden z tych nielicznych thrillerów, które nie tylko wciągają, ale też pozostają w pamięci. Już na wstępie zdradzę: warto czytać ;)

Tak na dobrą sprawę, nawet nie wiem, co było tu czynnikiem decydującym. Powieść, jakich wiele, każda z nich poprawna, płynnie budująca napięcie, taka, o której nigdy nie wiem co napisać - nie dlatego, że nie mam zdania, ale dlatego, że to zdanie zawsze jest podobne. Thrillery to chyba najbardziej narażony na powtarzalność gatunek: ważne są tu pewne elementy, na to nakładają się trendy, w które większość autorów chce się wpisać, i w rezultacie czytelnik otrzymuje (zazwyczaj) doskonałą rozrywkę, o której za chwilę zapomni. Bo te same problemy, te same schematy, podobne rozwiązania. Bo worek z możliwościami jest ograniczony, choćby nie wiem, jak bujna była wyobraźnia pisarza. 

Co zatem mnie urzekło w "Nic o mnie nie wiesz"? Doskonałe pytanie, bo ja naprawdę nie wiem. Może było to oddanie relacji głównych bohaterów, Rebeki i Paula? Może to codzienność, która zamiast być piękna, lub chociaż znajoma, okazała się niszczycielska? A może ta gra pozorów i splot pomyłek, w wyniku których nastaje chaos? Nie wiem, ale ta powieść miała wszystkie te elementy. Rebecca jest uzależniona i zostaje zwolniona z pracy. Paul traci firmę - i, figuratywnie, żonę. Więc postanawia odreagować to w ramionach innej kobiety, bo przecież thriller nie byłby thrillerem, gdyby nie było tej trzeciej. Ale uwaga! To wcale nie jest tak, że tylko "ta trzecia" namąci, jak to w gatunku zwykle bywa. Namąci też żona, a małe, drobne wydarzenia zaczną splatać się w wielką kulę śnieżną, która w miarę rozwijającej się fabuły nabiera prędkości - i pędzi wprost na naszych bohaterów. Tak, chyba właśnie znalazłam i zdefiniowałam czynnik przyciągający tej powieści.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym trochę nie pokrytykowała. Tym razem nie samą historię, a notkę wydawniczą, ostatnie jej zdanie: "Ten intensywny i szokujący thriller jest opowieścią o tym, że nawet idealne małżeństwa skrywają mroczne sekrety". Serio? Opis z tyłu okładki ma przyciągać, przekonać czytelnika do sięgnięcia po lekturę. OK, mamy obietnicę intrygi, może nawet jazdy bez trzymanki. Zapewniony jest czytelnikowi każdy jeden z decydujących czynników: jest tajemnica, jest mrok, jest zaskoczenie na końcu. Ale czy czytelnik chce identyfikować siebie lub swoich znajomych z mrocznymi postaciami z powieści noir? Czy chce myśleć, że KAŻDE MAŁŻEŃSTWO, w tym JEGO OSOBISTE, musi skrywać mroczne sekrety? Pozwolę sobie wątpić. Może to i moja wrodzona czepliwość, ale po kilku nieudanych reklamach powieści mam nieskrywaną alergię na słowa, którymi operujemy w ramach reklamy, czyli wywarcia na kogoś wpływu. Apeluję, pozwólcie nam być zwykłymi ludźmi bez mrocznych sekretów - dajcie nam historie o mrocznych sekretach, które rozpalą wypieki na naszych policzkach, a nie poczucie, że jesteśmy inni niż ludzie, o których czytamy. Rozumiecie? Nikt nie chce utożsamiać się z mrocznymi charakterami, ale też nikt nie chce czuć, że nie pasuje do świata, który eksploruje. Dziękuję, pozdrawiam, książkę polecam.

Bartosz Szczygielski: Krok trzeci

Bartosz Szczygielski, podobnie jak kilka lat temu Magda Stachula, to moje nowe olśnienie na polskim rynku wydawniczym. A na naszym literackim podwórku nie olśniewa mnie zbyt często.

Przede wszystkim jestem Wam winna wyjaśnienie: to nie jest tak, że dyskredytuję polski rynek wydawniczy. Nie jest też tak, że jestem jego zagorzałą przeciwniczką, która z góry i na wszelki wypadek mówi mu stanowcze nie. Byłoby to nawet niewykonalne przy moim zapalonym kibicowaniu młodym autorom i własnych próbach literackich. Widzicie, chodzi o coś, co potrafię nazwać tylko nieprofesjonalnym językiem: polska literatura ma w sobie pewną specyficzną naleciałość. Coś nieuchwytnego, co czai się gdzieś na pół drogi między historią, tradycją i współczesnym pragnieniem bycia zachodnim. Coś, co odrzuca mnie na dobre.

„Krok trzeci” taki nie jest. Bartosz Szczygielski serwuje czytelnikom solidną dawkę napięcia powtykanego w każdą stronę jego rasowego, mocnego thrillera przez wielkie T. No bo czego my tam nie mamy: jest tajemnica, jest napięcie, jest i podskórny strach, że coś jest nie tak, i że zaraz na pewno coś się posypie. Mamy doskonale napisaną bohaterkę, co do której pozycji jednocześnie jesteśmy pewni i coś każe nam myśleć, że jest to złudna pewność, która wywiedzie nas na manowce. Wreszcie dostajemy doskonałe podejście do suspensu, stopniowe dawkowanie odpowiedzi i plot twist, który nie bazuje na szokowaniu za wszelką cenę, ale wybrzmiewa elegancko, bo jako konsekwencja misternie budowanej fabuły. Czy można chcieć czegoś więcej? Chyba nie. W każdym razie ja nie chcę.

Znawcy gatunku na pewno dopatrzyli by się schematów typowych dla thrillera – ale nie oszukujmy się, jest to rodzaj, którego sensem istnienia jest bazowanie na pewnych rozwiązaniach. Mimo to „Krok trzeci” nie jest naszpikowany wzorami i wzorcami, bazuje na tym, na czym bazować musi, żeby osiągnąć stabilną konstrukcję literacką, a dalej płynie własnym, porządnie przemyślanym tokiem. Jak dla mnie 10/10, polecam!

Zoë Folbigg: Stacja Miłość

"Książka, o której mówią wszyscy" - tak wydawca reklamuje tę książkę. A ja jeszcze przed lekturą zachodziłam w głowę, czemu. W zasadzie, dalej zachodzę.

W zasadzie to jest mi trochę przykro. Bo widzicie, to jest romans. Ot, zwykła historia o dziewczynie, która pewnego dnia zauważa, że w pociągu jadącym do Londynu pojawia się nowy pasażer. I to nie byle jaki - czarujący, wspaniały mężczyzna, który szybko zyskuje status "Tego Jedynego". Maya kombinuje, co zrobić, aż w końcu wręcza mu liścik z zaproszeniem na randkę. I tak zaczyna się opowieść o perypetiach losu, przyciąganiu i odpychaniu oraz o odnajdywaniu siebie w najmniej oczekiwanych momentach. I tu nie mam żadnych zastrzeżeń, temat dobry, pomysł dobry. Więc teraz wytłumaczę się Wam z tego mojego odczuwania przykrości.

Kiedy zajrzymy do opisu na okładce, oprócz tego, że dowiemy się, że o tej powieści mówią "wszyscy" (wcale nie), poinformuje nas również, że jest to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. I tutaj zaczyna się mój problem. Ogólnie nie przeszkadzają mi elementy non-fiction czy wzorowanie się na prawdziwych wydarzeniach, to superpomysłowe i dodaje iskry każdej opowieści. ALE. Czytając tę historię czuję, że dla ludzi, którzy ją przeżyli, była magiczna i ponadprzeciętna. I to wcale nie dlatego, że dotyczyła właśnie ICH, ale dlatego, że ma w sobie sporo nietypowych zdarzeń. Wierzę, że była dla nich jednym z ważniejszych wydarzeń w ich życiach i że była magiczna, aż prosiła się, żeby podzielić się nią ze światem. I to właśnie mnie martwi. Bo słowa nie potrafią oddać wszystkiego - zwłaszcza, jeśli nie jest się wirtuozem pióra. Można opisywać rzeczy po milion razy, i czuć frustrację, że ani o milimetr nie zbliżają się do tego, jak było naprawdę. Albo można przelać historię na papier, uda się to całkiem nieźle - a potem pojawi się czytelnik, przepuści to przez swój filtr i poczuje tę historię zupełnie inaczej, odbierając jej szczególność, która w niej żyła. W obydwu przypadkach historia przestaje być Historią - a staje się jedynie odwzorowaniem przeżytych przez kogoś wydarzeń. I właśnie dlatego czułam się kiepsko za każdym razem, kiedy książka mnie irytowała (a zdarzało się) - bo jest napisana tak, że mi po prostu nie odpowiadała. A kim jestem, żeby oceniać czyjąś życiową opowieść? No właśnie.

Przekartkujcie, przeczytajcie z rozdział-dwa, może poczujecie iskrę. Ja nie poczułam, i bardzo, bardzo mi żal. Pozostaje mi pamiętać, że gdzieś na świecie są ludzie, którzy doświadczyli tej historii na własnej skórze i jest ona dla nich wszystkim.

Rob Hart: Magazyn

Książki typu Magazyn Roba Harta to publikacje, na które zawsze czekam z niecierpliwością. Nuta dystopii, szczypta poczucia realności, przeczucie spisku... Zdecydowanie brzmi jak coś dla mnie. Jednak oczekiwania bardzo łatwo wywindować - a jak poszło ich spełnianie?

Wszelkie dystopie i antyutopie są atrakcyjne przede wszystkim dlatego, że sprawiają wrażenie realności; że  m o g ą  stać się realne, jeśli coś pójdzie bardzo, bardzo źle. I choć to wizja mało możliwa i przerażająca, to jednak w pewien sposób intrygująca. Jeśli czujesz dreszcz, poznając czyjąś wizję przyszłości, jest to wizja bardzo sugestywnie zaprojektowana, a w konsekwencji - jest to dobra książka. Spodziewałam się, że Magazyn będzie tego doskonałym przykładem - ale niestety na dobrych chęciach się skończyło. Bogata, potężna korporacja, świat przyszłości złamany zapowiadanymi dziś klęskami naturalnymi, trzej skrajnie różni bohaterowie: właściciel światowego giganta, szpieg korporacyjny i zwykły pionek - co mogło pójść źle?

Przede wszystkim niewykorzystany potencjał. Realistycznie rozplanowany świat, zakrojony z rozmachem, uwzględniający jego rozmaite elementy, a nie tylko podstawy niezbędne do rozegrania zaplanowanej akcji (tu brawa za wyważenie opisów, których zwykle jest za mało albo za dużo; szkoda tylko, że skupiły się na samej korporacji i w niewielkiej części na ogólnym zarysie świata w bliżej nieokreślonej przyszłości, który powinien być tu punktem wyjścia, który pozwoli czytelnikowi zidentyfikować się z opowiadaną historią) został całkowicie pogrzebany przez bardzo słaby pomysł na fabułę, prześlizgiwanie się po kolejnych punktach w planie wydarzeń, nieumiejętne zarysowanie postaci. Można by się długo rozwodzić nad wadami tej książki, zmarnowanymi szansami i możliwymi rozwiązaniami fabularnymi, ale tak naprawdę, jak to poprawnie zrobić, nie mając żadnego punktu odniesienia? Opowieść jest, potencjał jest, historyjka na teraz i nigdy więcej - jest. Ale jeśli oczekujecie czegoś ponad niezbędne dla dystopijnych thrillerów minimum - ekscytacji, strachu, dociekań, wątpliwości - odradzam. Jeśli jednak zdecydujecie się na lekturę, dajcie proszę znać, co myślicie o próbie plot twista pod koniec powieści. Możecie też dać znać, jak tam hamburgery, bo mnie tylko zażenowały. Nie polecam.


Katherine Center: Milion nowych chwil

„Piękna i pełna mocy opowieść o przetrwaniu” – głosi zajawka na okładce, a moje oczy przewracają się z hukiem, dokładnie tak jak na tym memie „I’m sorry, did I roll my eyes out loud?”. Powiewa ckliwym romantyzmem i druzgocącymi truizmami. Osacza mnie strach, że zniszczę ściany od ciskania w nie książką. A jednak zaczynam czytać i przepadam.

„Milion nowych chwil” to powieść, o której można wiele powiedzieć. Ale chciałabym zacząć od tego, że jest doskonałym przykładem na to, że nie można kierować się stereotypami nawet przy czymś tak zwykłym jak wybór książki. Nawet nie chodzi o ocenianie książki po okładce, ani nawet nie o myślenie szablonowe o pewnych nurtach literatury, ale o odporność na pewne rzeczy, które wywołują w nas alergię. Bo, drodzy Państwo, zbyt często zapominamy o tym, że zajawki i opisy tworzone są przez wydawnictwa, a nie przez autora.

Oto pierwsza lekcja, jaka płynie dla mnie z lektury tej książki. Już tak wiele, a nie doszliśmy nawet do fabuły. Zatem jaka jest fabuła? Co ciekawe, dość prosta, w pewnych elementach nawet schematyczna. Dziewczyna ulega poważnemu wypadkowi spowodowanemu przez jej faceta. Trafia do szpitala w ciężkim stanie, obarczona wątpliwościami, czy kiedykolwiek będzie w stanie wrócić do dawnej sprawności. Oprócz niewątpliwego ciężaru wieści „fizycznych”, musi mierzyć się z ciężarami psychicznymi, bo jak to w takich sytuacjach bywa, uszczerbek na zdrowiu to dopiero wierzchołek góry lodowej. Nie chciałabym zdradzać dalszych wydarzeń, ale jestem pewna, że to, co podpowiada Wam czytelniczy rozum, pokrywa się z dalszą fabułą.

Dlaczego zatem zrezygnowałam z teatralnych gestów zniesmaczenia i wręcz twierdzę, że „Milion nowych chwil” mi się spodobało? Tajemnica tkwi nie w tym „co”, ale w tym, „w jaki sposób”. Chociaż sama historia nie zaskakuje i nie wspina się na szczyty oryginalności, sprawia wrażenie, że Katherine Center usiadła pewnego dnia i powiedziała „OK, przepiszmy to tak, żeby było strawialne”. I to się jej udało, bo w basicową historię tchnęła tyle emocji, że nawet ja, wystraszona możliwością pojawienia się kliszy, dałam się wciągnąć. Autorka otwiera przed nami duszę głównej bohaterki, pozwala nam dojrzeć całe spektrum emocji i zrozumieć je nie tylko głową, ale też sercem. Jest beznadzieja, smutek, strach, rezygnacja, ale jest też odradzająca się nadzieja, szczęście, radość. Jest upadek i jest wzlot, i chociaż on wcale nie dziwi w warstwie zdarzeń, może zaskoczyć, jak dobrze zaczynamy rozumieć wszystkich bohaterów podobnych historii.

Reasumując, „Milion nowych chwil” odbiera się nie przez pryzmat zdarzeń, ale wewnętrznej przemiany bohatera. A taka podróż jest jeszcze cenniejsza niż dryfowanie między wydarzeniami. Polecam, zwłaszcza takim sceptykom, jakim sama bywam. 

Sheryl Browne: Opiekunka

Powiem krótko: "Opiekunka" to klasyczny thriller, nie różniący się w kompozycji i historii niczym od wykwitających jak kwiaty po deszczu - pardon, jak książki po "Zaginionej dziewczynie" - podobnych sobie historii. Jest solidnie napisany, czyta się go dobrze - pod warunkiem, że to Twój pierwszy thriller, albo uwielbiasz gatunek na tyle, że musisz poznać każdą nową książkę. Dla takiej mniej, usytuowanej gdzieś po środku, to po prostu dobra powieść, której fabułę szybko zapomnę, bo nałoży się na kilka innych, które zapamiętałam. Ale do rzeczy.

W "Opiekunce", a jakże, mamy kilka perspektyw: pojawia się opowieść Jade, Marka, Melissy, Lisy, przewija się też Dylan... O kimś zapomniałam? Na sto procent. Te kilka perspektyw ma opowiedzieć nam tajemniczą, pełną napięcia historię o małżeństwie, które przygarnęło pod swój dach sąsiadkę, która z dnia na dzień została bez domu. Sąsiadka ta, Jade, jest pomocą przy dzieciach sąsiadów, która jest nieoceniona dla rodziny. Jak to jednak w takich historiach bywa, w życiu Melissy i Marka zaczyna coś zgrzytać, żeby w odpowiednim momencie powieści rozpaść się na kawałki. Co się stanie? Jak to się stanie? Czy to wina Jade? Oczywiście, że Wam nie powiem ;)

Co dostajemy od Sheryl Browne? Wątki z przeszłości ciasno posplatane z bieżącymi losami bohaterów. Tematykę rodzinną, w tym więzów - emocjonalnych, nie tylko krwi. Siłę bliskości, stratę drugiej osoby, problemów ze zdrowiem psychicznym. Jak widzicie, przekrój tematyczny jest nie tylko bardzo gatunkowy, ale przede wszystkim poważny. Tak, Autorka sięga do tematów niełatwych i bardzo ważnych, sprawnie i wyważenie między nimi lawirując. I z tej perspektywy uważam, że "Opiekunka" jest na solidną piątkę. Gdyby dobrać jej nieco bardziej oryginalną fabułę, a może nawet i całą szatę gatunkową, wybiłaby się mocniej na rynku wydawniczym.

Czy polecam? Tak, to dobry, solidny thriller. Jeśli czytacie ich dużo, istnieje ryzyko, że nie zapamiętacie go na długo - naprawdę zdradza wiele klisz gatunkowych, naszpikowany jest nieuniknionymi podobieństwami. Ale jeżeli macie wybrać sobie kilka powieści w nurcie, niech "Opiekunka" znajdzie się na Waszej półce, bo naprawdę na to zasługuje.

Sophie Collins: Co wie twój pies?

Kochasz psy? Jesteś posiadaczem uroczego czworonoga, a może po prostu interesujesz się życiem tych niezwykłych istot? Niezależnie, co łączy Cię z psami, pozycja "Co wie twój pies?" na pewno przypadnie Ci do gustu. Garść wiedzy w lekkiej, przyjemnej formie, okraszona pięknymi ilustracjami. Nic, tylko czytać.

Chociaż prosta forma i w zasadzie niewielka objętość tekstu powoduje, że nie jest to publikacja dla znawców i osób "łykających" każdą książkę skupiającą się na tym temacie, każdy inny czytelnik na pewno będzie zadowolony z lektury. Na pierwszy plan trzeba tu oczywiście wysunąć bardzo ciekawe zagadnienie, czyli podejście do psa jako do istoty maksymalnie wykorzystującej zmysły dane mu przez naturę. Odpowiada na powszechnie znane pytania i rzuca światło na rzeczy, o których wielu jeszcze nie słyszało. To jedna z tych książek, która rzuca ciekawostkami jak z rękawa, przy okazji robiąc to w sposób przystępny i umilający czas. Dodatkowym plusem jest strona graficzna książki: wysokiej jakości papier i twarda, urocza okładka, duże, rozczulające zdjęcia i przystępne dla młodszych czytelników formatowanie tekstu. To wszystko sprawia, że "Co wie twój pies" może cieszyć czytelnika w każdym wieku, nawet jeśli ten ma minimalną znajomość zagadnień związanych z czworonogami.

Oczywiście na rynku są dostępne książki popularnonaukowe, które szerzej i szczegółowiej opisują zagadnienie psiej psychiki i wykorzystywania zmysłów przez popularne czworonogi. Jednak "Co wie twój pies?" świetnie sprawdzi się w roli "startera", pozycji wprowadzającej do zagadnienia i rozbudzającej ciekawość tego rozległego, wciąż do końca nie zbadanego tematu. Warto, w ramach ciekawostki.

[przedpremierowo!] Sanjida Kay: Skradzione dziecko

"Skradzione dziecko" to taka nieoczywista książka, że aż miło czytać! Zatem zacznijmy od najważniejszego: jeśli nie lubisz historii o dramatach rodzinnych i porwaniach dzieci (ja nie znoszę!), nie skreślaj tej książki. Jeśli odrzucają Cię wszystko sugerujące tytuły, nie omijaj tej powieści. Jeśli masz już dość schematycznych thrillerów, nie wrzucaj tej publikacji do tego worka. Wbrew tytułowi i opisowi, w "Skradzionym dziecku" dzieje się ciekawie - nie tylko pod względem fabularnym, ale też narracyjnym i językowym. Jest dobrze!

Z pozoru "Skradzione dziecko" to taka typowa dla literatury opowieść - adoptowane dziecko, które po latach jest odnajdywane przez biologicznych rodziców, wzajemne oskarżenia, mamienie Bogu ducha winnego malucha, próby porwania, niekończąca się walka. Skłamałabym mówiąc, że w powieści Sanjidy Kay tych wątków w ogóle nie ma - przecież są nierozłączne z tematyką, którą podjęła autorka. Niemniej jednak w tym przypadku schematy są tak dalekie od treści, jak tylko się da.

To, co od razu mi się spodobało, to fabularne rozplanowanie powieści - chociaż zawirowania wokół rodziców Evie, córeczki głównej bohaterki, są głównym tematem, czytelnik nie został rzucony na głęboką wodę, prosto w wir walki i "zamieszania" wokół dziewczynki. Akcja rozwija się stosunkowo powoli (ale nie nudno!), jako czytelnicy mamy okazję dobrze poznać nie tylko Evie, ale i jej bliskich, środowisko, w którym żyje i świat, po którym poruszają się bohaterowie. Wchodząc w świat powieści, znajdujemy się w konstrukcji typowej dla powieści obyczajowej, i to bardzo sprawnie napisanej - poznajemy osoby, które będą nam towarzyszyć w czasie lektury (i trzeba przyznać, że są to dobrze wykreowane postaci!), zanurzamy się w klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja (pięknie oddana małomiasteczkowość i cudowny klimat jesiennego, nieco mrocznego wrzosowiska), utożsamiamy się z akcją na tyle, żeby uczestniczyć w niej jako obserwator będący częścią społeczności wykreowanej przez Kay. W ten sposób otrzymujemy nie tylko właściwe proporcje powieści, które dodatkowo pomagają nam się zżyć z bohaterami, ale też doskonałą powieść obyczajową. Powieść, która szybko rozwija się w thriller, nie tracąc przy tym samym swojej doskonałej narracji. Nie ma tu kurczowego trzymania się głównego wątku, tło tworzą wątki poboczne, ale wcale nie mniej ważne niż ten wiodący. Co ciekawe, jest to chyba pierwsza książka, która miała na tyle dobrze napisane postaci, że najwięcej uwagi (i sympatii!) poświęciłam nie tyle głównej bohaterce czy bohaterom bezpośrednio rozpisanym w głównej akcji, ale małemu chłopcu, który jest przeuroczą postacią.

Czy wobec tego książka ma jakieś wady? No jasne, każdy i wszystko ma swoje wady. Chociaż tempo fabularne i rozpisanie historii jest niemalże doskonałe, ta iluzja dosłownie runęła pod koniec powieści, w punkcie kulminacyjnym i zamknięciu konfliktu. I chociaż ze względu na specyfikę opowiedzianej historii zakończenie jest słuszne i kompozycyjnie właściwe, wydaje się trochę przegadane. Konstrukcja epilogu, właściwego raczej powieściom obyczajowym, uspokaja i wycisza akcję, pozostawiając wrażenie niedosytu, że w ostatnich zdaniach nie było efektu "wow". A szkoda, bo sama zagadka, kto stoi po "ciemnej stronie" powieści, była nieprzewidywalna i mnie zaskoczyła.

Podsumowując - warto, mimo drobnych potknięć. Zarówno dla miłośników thrillerów, jak i obyczajówek i dramatów. Wszystkiego tu po trochu, i wszystko jest bardzo dobre w ramach gatunków. Polecam!

Rebecca Fleet: Zamiana

Carolina i Francis, małżeństwo po przejściach, wyjeżdża na tydzień za miasto, żeby odpocząć od problemów i dać sobie kolejną szansę. Jako destynację wybierają podmiejski domek, w zamian oddając swoje mieszkanie do dyspozycji lokatorom z przedmieść. Szybko jednak okazuje się, że  nadchodzący tydzień będzie daleki od beztroski, a niewinna wymiana domami z nieznajomymi kryje w sobie drugie dno.

Tak jak brzmi, tym też jest - przedstawiam Wam jeszcze jeden thriller, i to całkiem niezły. I choć daleko mu formą do bestsellerów patrzących na nas z niemalże każdej księgarnianej półki, w tym tkwi jego siła - ma coś swojego, oryginalnego, niepowtarzalnego. I chociaż - jak w wielu innych powieściach w tym nurcie - króluje w nim zagadka i niepewność, retrospekcje pełne bólu i rozpaczliwe próby zrozumienia, dlaczego, w "Zamianie" jest coś jeszcze. Są to uczucia: pewnie, konkretnie zarysowane, wypełniające bohaterów i ich działania, a nie tylko zasygnalizowane gdzieś "obok", jakby mimochodem, żeby atmosfera była podsycana czymś nienamacalnym. Tutaj króluje całe spektrum odczuć i wrażeń, a także liczne wątki, które powodują, że aż chce się to podkreślić: ta książka jest niesamowicie seksowna. I to wcale nie chodzi o to, że są w niej wątki erotyczne czy miłosne. Nie, że ktoś kogoś pragnie i o tym rozmyśla. Nie. To jest seksowność w czystej postaci. A konkretniej w postaci nieopisywalnego napięcia wplecionego gdzieś między wersy, dobrze oddana atmosfera potrzeby drugiej osoby, a dopiero na końcu - seks sam w sobie. Jest to tak rzadkie zjawisko - zwłaszcza w tak dobrej formie! - że aż prosi się, żeby o tym powiedzieć. Bo mam wrażenie, że ta idealnie oddana zmysłowość jest tu wręcz większym atutem niż sama thrillerowa konstrukcja. Choć i ta nie ma się specjalnie czego wstydzić.

Jeśli chodzi o zarzuty, to tu (niezmiennie!) będzie to zakończenie. Za zwykłe, zbyt przegadane, zostawiające wrażenie niweczenia tego, co autorka tak starannie budowała na kolejnych stronach powieści. To tyle z punktu widzenia thrillera. Z punktu widzenia powieści obyczajowej, może nawet trochę psychologicznej, zabrakło mi tu czegoś innego - skoro już nie kończymy mocno, gatunkowo, to może chociaż byśmy zamknęli temat jeszcze jednym ładnym, zmysłowym obrazkiem? Jednak tak też się nie dzieje, co prowadzi do wniosku, że zamknięcie całej historii wychodzi poza kompozycję i obniża wartość całej powieści. Mimo to uważam, że "Zamianę" warto znać - trochę z powodu opowiedzianej historii, a trochę z powodu, w jaki autorka przemyca emocje i jak prawdziwie one wyglądają. A taka umiejętność jest bezcenna.

Araminta Hall: Okrutne pragnienie

Powiedzmy to sobie na wstępie - "Okrutne pragnienie" to taka powieść, która pewnie nie przyciągnie tłumów od samego leżenia we właściwym miejscu księgarni. Tytuł jakiś taki niezdecydowany, co właściwie reprezentuje, okładka też tak jakby pozbawiona przekazu - no, błądzimy na oślep. Może jakiś kryminał? A może erotyk? Może jego zawartość będzie równie "płaska" jak opakowanie? Jasne, wszyscy wiemy, że książki po okładce się nie ocenia. Ale też dzisiejszy marketing - i ceny książek również - przyzwyczaiły nas do tego, że jednak wrażenia estetyczne też są mile połechtane (albo całkowicie zdeptane, ale to już temat na zupełnie inną historię). A tu proszę - książka tajemnica, i to wcale nie taka hipnotycznie przyciągająca ku sobie. ALE. Ja tę książkę dostałam po zapoznaniu się z jej opisem - i niezależnie od tego, jak łatwo prześlizguje się po niej wzrok w księgarni pełnej kolorów, jak przypomnicie sobie jej tytuł to ją kupcie, wypożyczcie, wybłagajcie koleżankę, żeby się podzieliła, albo przyjdźcie do mnie. Słowem - przeczytajcie ją!

Dlaczego mi tak na tym zależy? Bo czym więcej thrillerów czytam, tym więcej słabych bestsellerów udaje mi się wyłowić. Trudno kogokolwiek za to winić - żaden gatunek nie jest z gumy, nawet najbardziej płodny pisarz-entuzjasta innowacji w pewnym momencie jest skazany na powielanie schematów, a przynajmniej przetartych szlaków. A w "Okrutnym pragnieniu" niby tak nie jest? - zapytacie. Ano nie do końca. Bo chociaż niektóre elementy wprost muszą się pokrywać z tym, co już kiedyś zostało napisane, samo spojrzenie na historię jest dla mnie powiewem świeżości. Nie mówiąc już o mistrzowskim piórze i bardzo dobrym przekładzie, co niezmiennie dodaje wartości historiom.

Głównych bohaterów, Mike'a i Verity, poznajemy w samym środku wspomnienia o ich nietypowej grze miłosnej, której lubili oddawać się bez reszty. Verity, piękna, zmysłowa kobieta, wchodziła do baru i czekała (jak się domyślacie, nieszczególnie długo), aż jakiś zainteresowany nią mężczyzna podejdzie poflirtować. Wszystko z boku obserwował Mike, jednocześnie czekając na znak ukochanej, po którym wkraczał do akcji i przemocą tłumaczył delikwentowi, gdzie jego miejsce. Odgrywana po stokroć scena za każdym razem działała na kochanków jak afrodyzjak - i prowadziła ich do toalety lub tuż za drzwi lokalu, gdzie dawali upust emocjom. I chociaż sam wstęp raczej sugerowałby rasowy erotyk, albo przynajmniej powieść z pikantnymi wątkami, tak naprawdę warto postawić sobie pytanie, jak ta scena wygląda z perspektywy psychologicznej? Może i to dziwne pytanie, ale wierzcie mi, zadacie je sobie jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt razy. A dopiero jesteśmy na początku lektury.

"Okrutne pragnienie" jest w gruncie rzeczy opowieścią o miłości i namiętności, ale też zawiłościach ludzkiej psychiki, zranieniu i wyborach. Jest thrillerem psychologicznym z górnej półki, choć wcale czas zamknięty na kartach powieści nie galopuje w tempie typowym dla tego gatunku. "Okrutne pragnienie", choć być może ma mocno nietrafiony tytuł, tak naprawdę jest pokazem fantastycznego pióra autorki - opowiedziana historia jednocześnie wywołuje tyle sprzecznych uczuć, że najpierw czytelnik się dezorientuje, a później chce więcej. Powieść jest seksowna, niepokojąca, zastanawiająca. Potrafi sympatię do bohatera przemienić na niechęć, strach, a później spowodować, że będzie nam tej samej postaci żal. Potrafi spowodować, że nie będziemy umieli wybrać stron, a podział na czarne i białe definitywnie przestanie istnieć.

Jeśli czegoś mi żal, to konstrukcji ostatniej części. Tempo trochę zwolniło, opowieść odkrywała pominięte wątki dość po macoszemu, jakby z powinności. I zakończenie - to rzadko kiedy się udaje, a tak dobrze napisana powieść na pewno na nie zasługuje. W tym przypadku niestety też się nie udało. Jednak mimo tych mankamentów muszę przyznać, że jestem zauroczona piórem Araminty Hall, a budową powieści autorka udowodniła, że wciąż zostało wystarczająco przestrzeni w literaturze, żeby ukazać coś w nowatorski sposób. Polecam!

Christina Dalcher: Vox

Zaczęło się prozaicznie - mimochodem redukowane pozycje reprezentacyjne zajmowane przez kobiety, tłumienie protestów, indoktrynacja dzieci pod płaszczykiem edukacji. Może i niezbyt zdrowe obrazki, ale na pewno znane z historii, nawet tej najnowszej. Kiedy jednak wybory wygrały "właściwe" osoby, cicha polityka przemieniła się w otwartą agresję: kobietom założono na nadgarstki liczniki słów, z dnia na dzień pozbawiono ich pracy, zamknięto w domowych kieratach bez wolności i godności. Brzmi przerysowanie? No jasne. Ale wypadło całkiem wiarygodnie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o powieści "Vox", miałam mocno mieszane uczucia. Zamknięcie kobiecych ust siłą, rozgrywające się w skali państwowej? Bransoletki rażące prądem za przekroczenie limitu 100 słów? Zaprowadzenie absurdalnego wręcz terroru w  A m e r y c e , najbardziej wyzwolonym miejscu na Ziemi? No, nie wiem. Zwłaszcza, jeśli promocja publikacji aż ociekała dyskursem feministycznym, który - nie oszukujmy się - w ostatnich czasach wywędrował zdecydowanie za daleko od swojej pierwotnej idei. Dlatego też do powieści podeszłam dość sceptycznie, gotowa na idee, o których wcale nie chcę czytać.

Ale, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, powieść okazała się być całkiem dobrym thrillerem. Wbrew reklamie, wcale nie ociekała feminizmem ani postulatami - ani dobrymi, ani złymi. Jak już, to była popisem rasowego szowinizmu, ale tego akurat należało się spodziewać, skoro autorka zamierzała uzyskać efekt państwa zdominowanego przez mężczyzn. Mamy więc neutralne dla świata realnego, ale bardzo barwne dla warunków powieściowych zarysowanie świata. Mamy ciekawych bohaterów, niebanalną fabułę (choć taki gatunek wręcz musi zahaczyć o obowiązkowe "punkty programu", pomiędzy nimi autorka bardzo ładnie przemyciła kilka niebanalnych wątków towarzyszących) i lekkie pióro. Do tego stopnia lekkie, że świat, o którym zaledwie kilka zdań wcześniej napisałam, że jest przerysowany, stał się miejscem ciekawym i dosyć realnym (choć tylko na potrzeby powieści, bo nakładając jej obraz na nasze życie, możemy tylko uśmiechnąć się z pobłażaniem). I chociaż można by wyliczyć kilka mankamentów, a już z całą pewnością zarzucić pośpieszne, niechlujne wręcz zakończenie tak misternie witej historii, "Vox" samo w sobie jest poprawną, dobrą pozycją do poduszki.

Jak to jednak w dzisiejszych czasach bywa, reklama dźwignią handlu - i reklama źródłem nieszczęść. Jak dla mnie, w tym przypadku skłaniałabym się raczej ku stwierdzeniu, że polski marketing (zakładam, że na wzór marketingu rodzimego dla autorki) zrobił "Voxowi" krzywdę. OK, osoby intensywnie funkcjonujące w dzisiejszym kształcie nurtu feministycznego na pewno kupiły tę powieść w ciemno - ale cała reszta społeczeństwa? Czy reklamowanie powieści oderwanej od rzeczywistości (bo to jest, proszę Państwa, klasyczna antyutopia, nie zapominajmy proszę o tym!) hasłami "ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet", "niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze" lub "czy to tylko zatrważająca dystopia?", jest na pewno w porządku?

Tak, dzisiejszy świat (i nie tylko dzisiejszy!) jest pełen podziałów i dyskryminacji. Tak, kobietom wciąż odmawia się pewnych rzeczy, zwłaszcza w mniej rozwiniętych rejonach świata. Tak, powieściowe zakucie w kajdany można traktować jak metaforę - a jej przerysowanie jak znak, że i my, jako gatunek ludzki, zaczynamy przekraczać niewłaściwe granice. To wszystko jest prawdą, ale jednak nie nazwałabym "Vox" manifestem. A tym bardziej byłabym ostrożna w zacieraniu linii, która w tym przypadku dość stabilnie oddziela nas od świata przedstawionego, mimo że przebiega ona po płaszczyźnie tematyki bardzo aktualnej w realnym życiu.

Czy zatem mogę polecić powieść Christiny Dalcher? Oczywiście. Nie jest to genialna praca, ale z pewnością jest poprawna i przyjemna dla czytelnika. Prowokuje do myślenia i analizy świata, który otacza nas na co dzień. Mimo to zachęcam do pozostawienia jej tam, gdzie jej miejsce - w sferze literatury. I nie powołujmy się tu na Huxleya i Orwella, bo to - niestety - trochę nie ta półka.

Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska: Inna Kobieta

Oto smutna klasyka gatunku: ona, on... i jeszcze jedna ona, oraz trójkąt miłosny. To tak z wierzchu. A pod spodem? Ano o tym dziś porozmawiamy.

Karolina Głogowska i Katarzyna Troszczyńska stworzyły powieść o tematyce niełatwej, za to szalenie popularnej - nie tylko w literaturze, ale przede wszystkich w życiu. Powieść, która zawsze będzie trzymać przy sobie czytelnika, bo bazuje na specyficznym mechanizmie: przedstawia różne perspektywy i zmusza nas do poczucia chociaż cienia sympatii to osób z założenia negatywnych. Czy też raczej postępujących w tej konkretnej historii źle, nie jestem fanką dwuwymiarowego oceniania ludzi, nawet tych fikcyjnych. Czy zatem "Inna Kobieta" to bezsprzeczny sukces literacki, a my możemy zamykać dyskusję?

Co to, to nie. Ale zaczniemy od plusów. Takich jak na przykład życiowy temat i życiowe podejście do niego. Realny układ i realne jego konsekwencje, bez przekoloryzowania i pompowania sztucznego szoku. Klasyczne podejście, nie poddane na siłę modnym dziś nurtom - wszak pośredni trójkąt miłosny wypada dziś blado na tle jak najbardziej bezpośredniego trójkąta, zazwyczaj nie tyle miłosno-, co seksualnego. Tak, może i w kwestii szokowania wypada blado, ale tu mnie cieszy sięgnięcie do klasyki - bo to, co w wielkich produkcjach powoli staje się passe, wciąż jest naszym udziałem. Udziałem zdradzanych kobiet, ale też zdradzających mężczyzn i kobiet "pomagającym" im w tym. To są ludzkie problemy.

Na plus chciałabym też zaliczyć poprowadzenie duetu pisarskiego. Idea sama w sobie jest dla mnie jednocześnie ciekawa i nieosiągalna, bo wiem, jak trudno jest skleić opowieść w pojedynkę, a co dopiero w zderzeniu dwóch wizji. Nie wiem, jak Panie pracowały, mam przypuszczenia - może jedna z nich próbowała oddać emocje żony, druga kochanki? Może weszły w ustalone role, a na końcu wzajemnie skonfrontowały swoje stanowiska? Może powstały dwie indywidualne wersje i zostały połączone najatrakcyjniejszymi czytelniczo punktami? Nie wiem, ale podoba mi się jednolitość: nie rzuca się w oczy, że pisały to dwie pisarki, nie jest to widoczne z kosmosu, a jednak można wyczuć w narracji pewną indywidualność. To sobie bardzo cenię, bo nie jest ani zbyt kontrastowo, ani zbyt "płasko".

To na deser minusy. Dobrą chwilę się zastanawiałam, jak ująć moje wątpliwości, żeby ich tło było dla Was jasne, a żeby nikogo nie urazić. Autorki zdecydowały się w powieści na jedną konkretną historię - i wiadomym jest, że żeby powieść miała sens, musi się na tej historii skupiać, a nie referować do innych możliwych przypadków: a to młodsze panie, a to starsze panie, a to inaczej wywiązał się romans, a to inaczej wszyscy na niego reagują,... No, nie. Mamy tutaj konkretną reprezentację i jej się trzymamy. Ale mimo to nie potrafię pozbyć się wrażenia, jakby powieść była przesiąknięta stereotypową "polską kobitką zasiedziałą w chybionym małżeństwie": rezygnacja, niskie poczucie własnej wartości, ociężałe tempo fabuły; a z drugiej strony wyrachowanie i niby-zachodnia pewność siebie. Słuchajcie, ja zdaję sobie sprawę, że jak ktoś jest zdradzany, to czuje się źle. Może być zrezygnowany, a nawet myśleć o wszystkich, o sobie (!) zresztą też, źle. Ale osoba zdradzana (zdradzająca też!) ma cały szereg cech, lepszych i gorszych, które czynią ją człowiekiem; zdrada i jej pochodne to nie jest całe jestestwo osób wplątanych w romans. Rozumiecie, o co mi chodzi? Tam gdzieś po drodze, w miarę jak trójkąt się zacieśniał, a panie Autorki pracowały nad ciekawą fabułą, bohaterowie zaczynali tracić swoje ja - była tylko zdrada, szarość, burość i beznadzieja. Szalenie mnie interesuje, czy ktoś odniósł podobne wrażenie - porozmawiajmy! :)

A tymczasem zostawiam Was z oceną neutralną. Garstka plusów, garstka minusów, w sumie składających się na przyzwoitą polską powieść współczesną. Można przeczytać, zwłaszcza jeśli się ma zamiłowanie do gatunku, ale absolutnie nie trzeba. Z drugiej strony jak wejdziecie z nią do tramwaju to też wstydu nie będzie. Dobrej lektury!

[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień

Ona - perfekcyjna pani domu, piękna żona, troskliwa mama. On - człowiek sukcesu, kochający mężczyzna trzymający wszystko w ryzach. Ale... czy na pewno? Oto pytanie, które w ostatnim czasie bardzo chętnie stawia czytelnikom literatura - zwłaszcza ta akcji. Ale nie dajmy się zwieść - Ten jeden dzień nie ma w sobie nic z dotychczasowych bestsellerów.

Choć powieść Roudy jeszcze dobrze nie weszła na polskie półki, już zaczęły pojawiać się głosy, że do złudzenia przypomina niedawny hit wydawniczy, Za zamkniętymi drzwiami (B.A.Paris). I choć rzeczywiście opis powieści zdaje się to sugerować, pozwolę sobie na stwierdzenie, że to na nim zatrzymali się najgorliwsi orędownicy takich opinii. Już od pierwszych stron ogarnia czytelnika powiew świeżości: wbrew wszelkim oczekiwaniom i przyzwyczajeniom, do których doprowadziła nas powtarzalność wydawnicza, pałeczkę narratora (pierwszoosobowego!) przejmuje niemalże na wyłączność mężczyzna. Ów człowiek, Paul, jest głową rodziny: ma dwójkę synów, których chce wychować na prawdziwych mężczyzn oraz żonę - piękną, zdolną Mię, którą z powodzeniem postanowił uwieść w chwili, w której tylko ją zobaczył. A idealna rodzina oznacza idealne życie - i takie też jest: prestiżowa praca, bogactwo, wystawne domy. Do tego perfekcyjnego życia zaglądamy o poranku, akurat w dniu, gdy Paul odwozi swoich synów do szkoły, a następnie zabiera żonę na romantyczny weekend do domku letniskowego nad jeziorem.

I choć perfekcja aż zionie z każdego skrawka powieści, jest to ten rodzaj idealności, w którym od razu wyczuwa się powierzchowność. A może to po prostu złe przeczucia biorą górę? Bo te zdecydowanie trzeba mieć - i to wcale nie ze względu na intrygujący opis powieści, ale na niezwykłą umiejętność autorki do przenoszenia emocji na papier (w tym miejscu ogromne brawa dla tłumaczki!). Gwarantuję, że już od pierwszych zdań będziecie czuć, że coś jest nie tak - a później rozwinie się napięcie, które nie opuści Was prawie do końca. Jednak to wszystko jest możliwe pod jednym warunkiem - że nie będziecie oczekiwać od Tego jednego dnia, że będzie thrillerem. Bo, wbrew zapowiedziom, wcale nim nie jest.

Czytając tę powieść w kluczu thrillera, można się w pewnym momencie akcji zdziwić - żeby nie powiedzieć: rozczarować. Owszem, historia trzyma w napięciu, a wydarzenia nieubłaganie prowadzą ku podejrzanemu finałowi - ale nie jest to ani ten rodzaj napięcia, jakiego należy oczekiwać po thrillerze, ani nie są to wydarzenia, które zapewniłyby historii dynamikę powieści akcji, ani nawet finał nie szykuje brawurowego twista. Po części to wina wydawcy, po części autorki - z jednej strony opis okładkowy sugeruje jeszcze jeden wydawniczy smaczek dla fanów napięcia i błyskotliwych pomysłów, z drugiej zaś sama autorka nie do końca udanie oscyluje między dramatem psychologicznym a thrillerem. Czuć, że powieść ma potencjał, a i Rouda ma ambicję, aby prowadzić do czegoś intensywniejszego i barwniejszego niż dramat obyczajowy - ale nie ma na tyle odwagi, żeby z historii z tłem zaburzeń osobowościowych pójść o krok dalej i uwić konkretną intrygę. I tak Mia i Paul wiszą poniekąd zawieszeni w próżni - zbyt przerysowani, by być odzwierciedleniem realnych życiowych dramatów, ale zbyt życiowi, żeby być bohaterami zapierającego dech w piersiach thrillera. I choć powieść sama w sobie jest dobra, a styl autorki zachwycający, "niedorysowani" bohaterowie (a może niezdecydowanie ich twórczyni?) pozostawiają niedosyt i wrażenie odrealnienia, niezależnie od tego, jak potraktujemy powieść.

Czy zatem warto? Oczywiście, pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, czego oczekujemy - a w tym przypadku należy oczekiwać dobrej powieści psychologicznej z suspensem. Jeśli pozwolimy sobie na "wkręcenie się" w opowieść Paula i jego codzienność, jeśli damy się zaniepokoić doskonałemu doborowi słów i podszeptom między wierszami, i jeśli będziemy odbierać historię przez pryzmat samych siebie - ludzi z krwi i kości żyjących w realnym świecie - zamiast widzów zapierających dech w piersiach wydarzeń, Ten jeden dzień na pewno trafi do naszej wrażliwości. Nie jako książka wyjątkowa i nie jako coś niepowtarzalnego, ale zdecydowanie jako kawałek niezłej literatury z ogromnym potencjałem pisarki. Miejmy nadzieję, że przy następnej okazji posłuży on czemuś jeszcze lepszemu.

Książka ukaże się 30 stycznia 2019 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Sofia Lundberg: Czerwony notes

Oto książka inna niż to, co zazwyczaj czytam: powieść obyczajowa, ale ukryta we wspomnieniach staruszki Doris. Kiedy Doris była mała, tata podarował jej tytułowy czerwony notes - a dziewczyna zapisywała w nim numery i adresy osób, z którymi się znała. Z biegiem czasu strony się zapełniały, a od pewnego momentu życia kobiety kolejne pozycje były wykreślane wraz ze śmiercią jej dawnych znajomych. Przy okazji wertowania skórzanego notesu i rozmów z jej jedyną krewną, poznajemy świat i przeszłość Doris.

A ta była barwna: Doris była światowa, nie zawsze z wyboru, bardziej z konieczności, ale jednak świata widziała. Pracowała w Szwecji i Francji; była paryżanką, żyła w Nowym Jorku... Długo by zliczać. Jest to niewątpliwie bogata opowieść, zwłaszcza w ustach staruszki - zwłaszcza, że działa się od lat 20./30. XX wieku, a więc w czasach znacząco mniej dostępnych komunikacyjnie niż współczesne. Opowieść jest wielowątkowa, życie Doris nie wieje nudą... Ale.

Ale nudą wieje narracja. Rzadko spotykam się z aż takim dysonansem: z jednej strony mamy naprawdę ciekawie wymyśloną, pełną wydarzeń historię, a z drugiej TAK statyczne jej przekazanie. Czytałam o różnych przygodach Doris, niektórych bardzo poruszających, i jednocześnie byłam ciekawa, jak to się skończy oraz kiedy to się skończy, bo narracja mnie usypiała. Nie ma co ukrywać: nie skończyłam czytać tej powieści. Być może na końcu wydarzyło się coś, co by zmieniło całe moje podejście do niej (pozwolę sobie w to jednak wątpić), ale najzwyczajniej w świecie nie dałam rady. A ja raczej kończę zaczęte książki.

Nie jest też tak, że stanowczo Wam ją będę odradzać. Po pierwsze dlatego, że nie dobrnęłam do ostatniej kropki, a po drugie dlatego, że mam w planach dać jej jeszcze jedną szansę. Może to nie był ten moment życia? Może zmieni się moja wrażliwość? Nie wiem. Na dzień dzisiejszy wiem, że Sofia Lundberg serwuje nam wzruszającą, piękną historię uroczej staruszki, która miała niełatwe, ale fascynujące życie - i robi to narracją zupełnie nieprzystającą do opowieści: wolną, żmudną, nużącą. Być może chciała w ten sposób oddać wiek głównej bohaterki? Ależ halo, proszę pani, liczy się wiek duszy!

Edit: czytałam drugi raz. Nadal narracja jest monotonna jak pociąg stukający leniwie o szyny. Podtrzymuję swoje stanowisko, że życie Doris jest wzruszające i barwnie wymyślone, ale do tego skarbu trzeba się dokopać. Jeśli liczycie na powieść z lekką narracją, przez którą się płynie, to chyba nie do końca ten adres. Ale jest w niej szereg pięknych rzeczy, które warto odkryć. Jeżeli lubicie takie niespieszne narracje, to coś dla Was. Teraz już z całą stanowczością: to nie jest książka, do której będę wracać, ale ma niewątpliwe walory literackie. Nie jest dla każdego, ale jeśli ujmie akurat Ciebie, nie przestaniesz czytać aż nie zderzysz się z plecami okładki ;)

Adam Abler: Trzecia księga

Nie będę owijać w bawełnę: nie podobało mi się. Odpowiedzialność ponosi za to najprawdopodobniej wypadkowa mieszanki gatunków i stylu pisania, które to nadały ciężkości powieści. Już spieszę z wyjaśnieniami.

Na początku warto podkreślić, że mamy tu do czynienia z ostatnio bardzo gloryfikowaną narracją dwutorową. Z tym, że nie ma tu utartego już podziału na dwie czy więcej perspektyw na tej samej osi wydarzeń, ale mamy miks międzyepokowy: nasze czasy reprezentuje pisarz (i w dużej mierze także jego asystentka), przeniesienie o stulecia wstecz przeżywamy z zakonnicą Teresą. Jaki jest związek? Tego to akurat Wam nie powiem, a nuż Was wciągnie bardziej niż mnie ;-)

No dobrze, skąd zatem lista skarg i zażaleń? Ano właśnie poniekąd z tych czasowych rozbieżności. Mamy zakonnicę i jej wątek, który można by opisać jako duchowy, może nieco romantyczny. Przy okazji mamy do czynienia z czasami zupełnie innymi niż nasze, więc ta linia czasowa wymagała większego researchu, precyzji, odtwórczości. Z drugiej strony mamy pisarza i jego asystentkę, którzy teoretycznie mieli robić za oś thrilleru (bo ta książka to, jeśli wierzyć opisowi, "więcej niż thriller"), a w praktyce otrzymujemy tu sporo erotyki i mieszanki tych "rasowych" cech thrilleru. Cała powieść aspiruje do bycia filozoficzną, dużo w niej takowych zagadnień. Jest to mocno celowe, bo nawet rytm powieści, deklarowanej jako thriller, jest bardzo powolny, rozważny, filozoficzny właśnie. Wszystko okraszone stylem pisania, który - choć mi nie przypadł do gustu - bardzo dobrze rezonuje z wykorzystanymi gatunkami i zamysłem.

Reasumując, nie jest to książka zła - widać w niej wiele wpływów, połączenie różnych styli, wykonanie researchu. I mam nadzieję, że książka dzięki tej solidnie wykonanej robocie znajdzie swoich amatorów. Niestety nie będę to ja - nie moja tematyka, nie mój gatunek, nie moja relacja między opisem a tym, co otrzymujemy. Dlatego pozostawiam Was bez jednoznacznej oceny - dajmy "Trzeciej księdze" szansę, żeby ktoś ją odkrył.

Katarzyna Berenika Miszczuk: seria "Kwiat Paproci" ("Szeptucha", "Noc Kupały", "Żerca")


Po wampirach i wilkołakach przyszła nowa moda: moda na mitologię - polską, lepiej lub gorzej, ale jednak każdemu znaną, "namacalną". I choć jest to dobry kierunek zainteresowań, a sama mitologia słowiańska to bardzo szerokie pole do popisu, seria Kwiat Paproci jakoś nie dała rady porwać mnie tak, jak porwała wielu innych czytelników.

Być może problem tkwi już u podstaw powieści - w koncepcji, a w zasadzie jej interpretacji, niechrześcijańskiej Polski. Takiej, co nigdy nie przyjęła chrztu i dalej czci pogańskie bóśtwa. Takiej, w której lekarze odbywają praktyki u szeptuch, a na duchowe rozterki pomóc może jedynie kapłan, też pogański. O ile jestem w stanie sobie wyobrazić kraj ateistyczny (takich przecież nie brakuje), tak kraj pogański funkcjonujący z powodzeniem w świecie XXI wieku, wyglądającym zupełnie jak ten nam znany (smartfony, internet i wszystkie inne dogodności technologiczno-komunikacyjne są tam na porządku dziennym), wydaje mi się być raczej abstraktem w swojej najbardziej abstrakcyjnej odmianie. Ale nic to, niezrażona zabrnęłam dalej, aby poznać Gosławę (tak, imiona też nam zostały staropolskie), główną bohaterkę serii i z pewnością właścicielkę pięknego warkocza, który widnieje na przepięknie zaprojektowanej okładce pierwszego tomu. Gosława - tudzież Gosia - skończyła medycynę i musi teraz odbyć swoją praktykę zawodową w środku wsi, pod czujnym okiem lokalnej szeptuchy, wobec czego (na szczęście dla powieści!) jest sceptyczna w podobnym stopniu, co i ja. Niestety, sceptyzm ten nie trwa długo, kiedy wkracza w świat tajemnic natury, poznając przy tym nie takiego całkiem plebejskiego kandydata na kapłana i podpadając kilku absolutnie niemiłosiernym bogom. To tu zaczyna się niebezpieczna historia, która towarzyszy czytelnikowi przez cztery tomy serii.

Trzeba uczciwie przyznać, że seria skomponowana jest dobrze: opowiada przemyślaną historię i ma dobrze poprowadzoną linię fabularną, wykorzystuje naszą rodzimą mitologię i skomponowana jest całkiem nieźle. Wielu czytelników ma szansę ją docenić zarówno za walory czysto literackie, jak i za samą opowieść; ja niestety nie znajduję się w tym gronie. Już pierwszy tom wydał mi się przeciętny, historia na tyle nieprawdopodobna, że nie dałam się jej wciągnąć, a rozwój wypadków mało dynamiczny. Za dużo natomiast było prasłowiańskiej magii i fizyczności, która sygnalizowana była do znudzenia, a tak naprawdę nigdy nie została wyrażona "po słowiańsku". Wobec takich odczuć nigdy nie dobrnęłam do tomu czwartego ("Przesilenie"), a samej serii na pewno nie zarekomenduję. Proponuję jednak zrobić podejście do lektury - zwłaszcza wszystkim osobom lubującym się w tych klimatach. A nuż Wy odbierzecie ją inaczej, dojrzycie coś więcej niż ja? Dajcie znać, jak wyglądała Wasza przygoda z tą serią :)

Egzemplarze recenzenckie dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.
Lubimy Czytać: "Szeptucha"
Szeptucha [Katarzyna Berenika Miszczuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Abbi Glines: Kocham cię bez słów + Jesteś moim światłem

Kiedy dotarła do mnie powieść Jesteś moim światłem i moim oczom ukazała się bardzo estetyczna okładka, uśmiech szybko zgasł: okazało się, że oto mam przed sobą drugą część serii The Field Party, o czym wcześniej nie wiedziałam. Zaintrygowana zawartością tomu, pobiegłam szybko do biblioteki, żeby nadrobić braki. Jednak szybko się okazało, że niepotrzebnie. Czemu? Już opowiadam.

Kocham cię bez słów to pełna ciepła opowieść dla nastolatków o problemach małych i dużych, o wszystkim tym, co jest wpisane w ich codzienność - niezależnie od tego, czy dobrą, czy nie najlepszą. To taka powieść, którą chce się czytać - z życia wzięta, przystępnie napisana, wypełniona niepowtarzalną atmosferą. Krótko mówiąc: aż żal odkładać. Przekonana, że Jesteś moim światłem będzie kontynuacją losów bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić w czasie lektury pierwszej części, szybko zabrałam się do jej lektury. I chociaż rzeczywiście powieść toczy się w tym samym świecie, co Kocham cię bez słów, na pierwszym planie pokazują się inne, po części nowe, postaci (struktura sagi przywodzi tu na myśl raczej koncepcję Jeżycjady) - a znajomość poprzedniej historii nie jest niezbędna, żeby cieszyć się lekturą. Nie byłoby w tym nic złego (choć zawsze witam takie relacje niezadowoleniem ;)), gdyby nie fakt, że drugi tom całkowicie niszczy wrażenie pozostawione przez tom pierwszy. Paradoksalnie, jestem przekonana, że to samo powiedziałabym o tomie pierwszym, gdybym zaczęła lekturę od drugiego. Dlaczego?

Dlatego, że autorce zdaje się wydawać, że tworzenie serii polega na wpisaniu nowych danych w ujednolicony schemat. Nie trzeba nawet specjalnie analizować tych powieści, aby zauważyć punkty wspólne: zagubiona nastolatka z problemami, przybywająca do nowego miejsca, stopniowo adaptująca się do sytuacji, wspomagana przez pomocnego przystojniaka w końcu dociera do punktu zwrotnego w swoim życiu, który rozgania dotychczas kłębiące się nad nią chmury. I choć koncepcja sama w sobie jest zupełnie w porządku, a wykonanie jeszcze lepsze, czytanie obydwu części jedna po drugiej prowadzi wyłącznie do zrujnowania początkowego dobrego wrażenia. I chociaż szczerze polecam obie powieści (mój faworyt to jednak Kocham cię bez słów), dobrze radzę: rozłóżcie je sobie w czasie. Wtedy będzie miło i tak, jak w powieściach być powinno. Bo Abbi Glines okazuje się być dobrą autorką, do której chętnie wrócę, jeśli znów nadarzy się ku temu literacka okazja. Mimo wszystko mam nadzieję, że do tego czasu problem schematu zniknie z prozy Abbi.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pascal.
Kocham Cię bez słów [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jesteś moim światłem [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE