Abby Jimenez: To tylko przyjaciel
Alice Vincent: Mowa roślin
Kai Strittmatter: Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura
Nawet nie wiem od czego zacząć, tyle mam różnych myśli i emocji po lekturze "Chin 5.0". Może należałoby zacząć od tego, co wiemy o Chinach. Mówiąc "my", mam na myśli statystycznego Europejczyka, który nieponadprzeciętnie interesuje się polityką czy nowymi technologiami. Moje pierwsze "chińskie" skojarzenia to: przeludnienie, mikroskopijne mieszkania, opowieści o obowiązku posiadania maksymalnie jednego dziecka, kotki machające łapką i tanie, plastikowe rzeczy, które zalały nas parę dekad temu i dalej mają się doskonale (bo jak inaczej wytłumaczyć sukces AliExpress?). I tak na gorąco wyliczając to by było na tyle - czyli mało, i to w bardzo krzywdzącym kluczu. Bo Chiny to przecież bogata kultura, szereg wspaniałych cech przypisywanych ogółowi narodu chińskiego, długowieczna tradycja. Ale też piętrzące się problemy i zagadnienia, które we współczesnej Europie mogą jawić się dość abstrakcyjnie. Kai Strittmatter postawił jednak na wątek bardzo ciekawy - coraz bardziej obecny w codzienności, i zatrważający. Technologia w komunistycznej praktyce.
Chiny to przede wszystkim bardzo rozwojowe państwo. A przy tym komunistyczne, co jest mieszanką dalece niebezpieczną. I właśnie o tym są "Chiny 5.0" - o postępie, umiejętności zaimplementowania go do codziennego funkcjonowania państwa i zagrożenia, jakie to za sobą niesie. Przyznacie - państwa europejskie dalekie są do dogonienia rozwoju świata wirtualnego: począwszy od regulacji prawnych a skończywszy na korzystaniu z dostępnych rozwiązań. I o tyle, o ile jest to złe, jest też i dobre. Czemu? Chiny są odpowiedzią. Wszechobecna inwigilacja czy kamery z systemem rozpoznawania twarzy to tylko szczyt góry lodowej. I nie będę tu nic więcej zdradzać - mam nadzieję, że będzie to zajawka, która popchnie Was do lektury książki Strittmattera. I że przeczytacie ją z takimi wypiekami na twarzy, jakie miałam ja.
Niestety bardzo rzadko były to wypieki ekscytacji - bo większość poruszonych zagadnień raczej napawa negatywnymi myślami. Ale czytało się to wybornie, a ja sama często łapałam się na tym, że mam wrażenie, że czytam fikcję literacką. To uczucie dotychczas było zarezerwowane dla publikacji o Korei Północnej - a tu proszę, niespodzianka. Z tych mało przyjemnych.
Gdybym miała wskazać minusy, przyczepiłabym się do tej technologii - jeśli liczycie na to, że dokładnie zrozumiecie technologie, które królują w Chinach, może czekać Was rozczarowanie. Nacisk jest raczej na warstwę społeczno-polityczną, technologia jest kontekstem, ale nie jest rozłożona na czynniki pierwsze. Co w żaden sposób książce nie ujmuje - ot, sygnalizuję, że to nie jest do końca "geekowa" publikacja.
Szczerze polecam, każdemu - książka jest przystępna dla osób z niewielką wiedzą o Chinach, ale też nie znudzi osoby lepiej obeznanej z tematem. Zjawisko wciąż się rozwija, i "Chiny 5.0" to dobry punkt zaczepienia, żeby je zrozumieć i móc obserwować w przyszłości. Chociaż temat przygnębia, lektura jest wyborna. Dawno nie czytałam tak dobrej książki!
E.G.Scott: Nic o mnie nie wiesz
Tak na dobrą sprawę, nawet nie wiem, co było tu czynnikiem decydującym. Powieść, jakich wiele, każda z nich poprawna, płynnie budująca napięcie, taka, o której nigdy nie wiem co napisać - nie dlatego, że nie mam zdania, ale dlatego, że to zdanie zawsze jest podobne. Thrillery to chyba najbardziej narażony na powtarzalność gatunek: ważne są tu pewne elementy, na to nakładają się trendy, w które większość autorów chce się wpisać, i w rezultacie czytelnik otrzymuje (zazwyczaj) doskonałą rozrywkę, o której za chwilę zapomni. Bo te same problemy, te same schematy, podobne rozwiązania. Bo worek z możliwościami jest ograniczony, choćby nie wiem, jak bujna była wyobraźnia pisarza.
Co zatem mnie urzekło w "Nic o mnie nie wiesz"? Doskonałe pytanie, bo ja naprawdę nie wiem. Może było to oddanie relacji głównych bohaterów, Rebeki i Paula? Może to codzienność, która zamiast być piękna, lub chociaż znajoma, okazała się niszczycielska? A może ta gra pozorów i splot pomyłek, w wyniku których nastaje chaos? Nie wiem, ale ta powieść miała wszystkie te elementy. Rebecca jest uzależniona i zostaje zwolniona z pracy. Paul traci firmę - i, figuratywnie, żonę. Więc postanawia odreagować to w ramionach innej kobiety, bo przecież thriller nie byłby thrillerem, gdyby nie było tej trzeciej. Ale uwaga! To wcale nie jest tak, że tylko "ta trzecia" namąci, jak to w gatunku zwykle bywa. Namąci też żona, a małe, drobne wydarzenia zaczną splatać się w wielką kulę śnieżną, która w miarę rozwijającej się fabuły nabiera prędkości - i pędzi wprost na naszych bohaterów. Tak, chyba właśnie znalazłam i zdefiniowałam czynnik przyciągający tej powieści.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym trochę nie pokrytykowała. Tym razem nie samą historię, a notkę wydawniczą, ostatnie jej zdanie: "Ten intensywny i szokujący thriller jest opowieścią o tym, że nawet idealne małżeństwa skrywają mroczne sekrety". Serio? Opis z tyłu okładki ma przyciągać, przekonać czytelnika do sięgnięcia po lekturę. OK, mamy obietnicę intrygi, może nawet jazdy bez trzymanki. Zapewniony jest czytelnikowi każdy jeden z decydujących czynników: jest tajemnica, jest mrok, jest zaskoczenie na końcu. Ale czy czytelnik chce identyfikować siebie lub swoich znajomych z mrocznymi postaciami z powieści noir? Czy chce myśleć, że KAŻDE MAŁŻEŃSTWO, w tym JEGO OSOBISTE, musi skrywać mroczne sekrety? Pozwolę sobie wątpić. Może to i moja wrodzona czepliwość, ale po kilku nieudanych reklamach powieści mam nieskrywaną alergię na słowa, którymi operujemy w ramach reklamy, czyli wywarcia na kogoś wpływu. Apeluję, pozwólcie nam być zwykłymi ludźmi bez mrocznych sekretów - dajcie nam historie o mrocznych sekretach, które rozpalą wypieki na naszych policzkach, a nie poczucie, że jesteśmy inni niż ludzie, o których czytamy. Rozumiecie? Nikt nie chce utożsamiać się z mrocznymi charakterami, ale też nikt nie chce czuć, że nie pasuje do świata, który eksploruje. Dziękuję, pozdrawiam, książkę polecam.
Bartosz Szczygielski: Krok trzeci
Bartosz Szczygielski, podobnie jak kilka lat temu Magda Stachula, to moje nowe olśnienie na polskim rynku wydawniczym. A na naszym literackim podwórku nie olśniewa mnie zbyt często.
Przede wszystkim jestem Wam winna wyjaśnienie: to nie jest tak, że dyskredytuję polski rynek wydawniczy. Nie jest też tak, że jestem jego zagorzałą przeciwniczką, która z góry i na wszelki wypadek mówi mu stanowcze nie. Byłoby to nawet niewykonalne przy moim zapalonym kibicowaniu młodym autorom i własnych próbach literackich. Widzicie, chodzi o coś, co potrafię nazwać tylko nieprofesjonalnym językiem: polska literatura ma w sobie pewną specyficzną naleciałość. Coś nieuchwytnego, co czai się gdzieś na pół drogi między historią, tradycją i współczesnym pragnieniem bycia zachodnim. Coś, co odrzuca mnie na dobre.
„Krok trzeci” taki nie jest. Bartosz Szczygielski serwuje czytelnikom solidną dawkę napięcia powtykanego w każdą stronę jego rasowego, mocnego thrillera przez wielkie T. No bo czego my tam nie mamy: jest tajemnica, jest napięcie, jest i podskórny strach, że coś jest nie tak, i że zaraz na pewno coś się posypie. Mamy doskonale napisaną bohaterkę, co do której pozycji jednocześnie jesteśmy pewni i coś każe nam myśleć, że jest to złudna pewność, która wywiedzie nas na manowce. Wreszcie dostajemy doskonałe podejście do suspensu, stopniowe dawkowanie odpowiedzi i plot twist, który nie bazuje na szokowaniu za wszelką cenę, ale wybrzmiewa elegancko, bo jako konsekwencja misternie budowanej fabuły. Czy można chcieć czegoś więcej? Chyba nie. W każdym razie ja nie chcę.
Znawcy gatunku na pewno dopatrzyli by się schematów typowych dla thrillera – ale nie oszukujmy się, jest to rodzaj, którego sensem istnienia jest bazowanie na pewnych rozwiązaniach. Mimo to „Krok trzeci” nie jest naszpikowany wzorami i wzorcami, bazuje na tym, na czym bazować musi, żeby osiągnąć stabilną konstrukcję literacką, a dalej płynie własnym, porządnie przemyślanym tokiem. Jak dla mnie 10/10, polecam!
Zoë Folbigg: Stacja Miłość
W zasadzie to jest mi trochę przykro. Bo widzicie, to jest romans. Ot, zwykła historia o dziewczynie, która pewnego dnia zauważa, że w pociągu jadącym do Londynu pojawia się nowy pasażer. I to nie byle jaki - czarujący, wspaniały mężczyzna, który szybko zyskuje status "Tego Jedynego". Maya kombinuje, co zrobić, aż w końcu wręcza mu liścik z zaproszeniem na randkę. I tak zaczyna się opowieść o perypetiach losu, przyciąganiu i odpychaniu oraz o odnajdywaniu siebie w najmniej oczekiwanych momentach. I tu nie mam żadnych zastrzeżeń, temat dobry, pomysł dobry. Więc teraz wytłumaczę się Wam z tego mojego odczuwania przykrości.
Kiedy zajrzymy do opisu na okładce, oprócz tego, że dowiemy się, że o tej powieści mówią "wszyscy" (wcale nie), poinformuje nas również, że jest to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. I tutaj zaczyna się mój problem. Ogólnie nie przeszkadzają mi elementy non-fiction czy wzorowanie się na prawdziwych wydarzeniach, to superpomysłowe i dodaje iskry każdej opowieści. ALE. Czytając tę historię czuję, że dla ludzi, którzy ją przeżyli, była magiczna i ponadprzeciętna. I to wcale nie dlatego, że dotyczyła właśnie ICH, ale dlatego, że ma w sobie sporo nietypowych zdarzeń. Wierzę, że była dla nich jednym z ważniejszych wydarzeń w ich życiach i że była magiczna, aż prosiła się, żeby podzielić się nią ze światem. I to właśnie mnie martwi. Bo słowa nie potrafią oddać wszystkiego - zwłaszcza, jeśli nie jest się wirtuozem pióra. Można opisywać rzeczy po milion razy, i czuć frustrację, że ani o milimetr nie zbliżają się do tego, jak było naprawdę. Albo można przelać historię na papier, uda się to całkiem nieźle - a potem pojawi się czytelnik, przepuści to przez swój filtr i poczuje tę historię zupełnie inaczej, odbierając jej szczególność, która w niej żyła. W obydwu przypadkach historia przestaje być Historią - a staje się jedynie odwzorowaniem przeżytych przez kogoś wydarzeń. I właśnie dlatego czułam się kiepsko za każdym razem, kiedy książka mnie irytowała (a zdarzało się) - bo jest napisana tak, że mi po prostu nie odpowiadała. A kim jestem, żeby oceniać czyjąś życiową opowieść? No właśnie.
Przekartkujcie, przeczytajcie z rozdział-dwa, może poczujecie iskrę. Ja nie poczułam, i bardzo, bardzo mi żal. Pozostaje mi pamiętać, że gdzieś na świecie są ludzie, którzy doświadczyli tej historii na własnej skórze i jest ona dla nich wszystkim.
Rob Hart: Magazyn
Katherine Center: Milion nowych chwil
„Milion nowych chwil” to powieść, o której można wiele powiedzieć. Ale chciałabym zacząć od tego, że jest doskonałym przykładem na to, że nie można kierować się stereotypami nawet przy czymś tak zwykłym jak wybór książki. Nawet nie chodzi o ocenianie książki po okładce, ani nawet nie o myślenie szablonowe o pewnych nurtach literatury, ale o odporność na pewne rzeczy, które wywołują w nas alergię. Bo, drodzy Państwo, zbyt często zapominamy o tym, że zajawki i opisy tworzone są przez wydawnictwa, a nie przez autora.
Oto pierwsza lekcja, jaka płynie dla mnie z lektury tej książki. Już tak wiele, a nie doszliśmy nawet do fabuły. Zatem jaka jest fabuła? Co ciekawe, dość prosta, w pewnych elementach nawet schematyczna. Dziewczyna ulega poważnemu wypadkowi spowodowanemu przez jej faceta. Trafia do szpitala w ciężkim stanie, obarczona wątpliwościami, czy kiedykolwiek będzie w stanie wrócić do dawnej sprawności. Oprócz niewątpliwego ciężaru wieści „fizycznych”, musi mierzyć się z ciężarami psychicznymi, bo jak to w takich sytuacjach bywa, uszczerbek na zdrowiu to dopiero wierzchołek góry lodowej. Nie chciałabym zdradzać dalszych wydarzeń, ale jestem pewna, że to, co podpowiada Wam czytelniczy rozum, pokrywa się z dalszą fabułą.
Dlaczego zatem zrezygnowałam z teatralnych gestów zniesmaczenia i wręcz twierdzę, że „Milion nowych chwil” mi się spodobało? Tajemnica tkwi nie w tym „co”, ale w tym, „w jaki sposób”. Chociaż sama historia nie zaskakuje i nie wspina się na szczyty oryginalności, sprawia wrażenie, że Katherine Center usiadła pewnego dnia i powiedziała „OK, przepiszmy to tak, żeby było strawialne”. I to się jej udało, bo w basicową historię tchnęła tyle emocji, że nawet ja, wystraszona możliwością pojawienia się kliszy, dałam się wciągnąć. Autorka otwiera przed nami duszę głównej bohaterki, pozwala nam dojrzeć całe spektrum emocji i zrozumieć je nie tylko głową, ale też sercem. Jest beznadzieja, smutek, strach, rezygnacja, ale jest też odradzająca się nadzieja, szczęście, radość. Jest upadek i jest wzlot, i chociaż on wcale nie dziwi w warstwie zdarzeń, może zaskoczyć, jak dobrze zaczynamy rozumieć wszystkich bohaterów podobnych historii.
Reasumując, „Milion nowych chwil” odbiera się nie przez pryzmat zdarzeń, ale wewnętrznej przemiany bohatera. A taka podróż jest jeszcze cenniejsza niż dryfowanie między wydarzeniami. Polecam, zwłaszcza takim sceptykom, jakim sama bywam.
Sheryl Browne: Opiekunka
W "Opiekunce", a jakże, mamy kilka perspektyw: pojawia się opowieść Jade, Marka, Melissy, Lisy, przewija się też Dylan... O kimś zapomniałam? Na sto procent. Te kilka perspektyw ma opowiedzieć nam tajemniczą, pełną napięcia historię o małżeństwie, które przygarnęło pod swój dach sąsiadkę, która z dnia na dzień została bez domu. Sąsiadka ta, Jade, jest pomocą przy dzieciach sąsiadów, która jest nieoceniona dla rodziny. Jak to jednak w takich historiach bywa, w życiu Melissy i Marka zaczyna coś zgrzytać, żeby w odpowiednim momencie powieści rozpaść się na kawałki. Co się stanie? Jak to się stanie? Czy to wina Jade? Oczywiście, że Wam nie powiem ;)
Co dostajemy od Sheryl Browne? Wątki z przeszłości ciasno posplatane z bieżącymi losami bohaterów. Tematykę rodzinną, w tym więzów - emocjonalnych, nie tylko krwi. Siłę bliskości, stratę drugiej osoby, problemów ze zdrowiem psychicznym. Jak widzicie, przekrój tematyczny jest nie tylko bardzo gatunkowy, ale przede wszystkim poważny. Tak, Autorka sięga do tematów niełatwych i bardzo ważnych, sprawnie i wyważenie między nimi lawirując. I z tej perspektywy uważam, że "Opiekunka" jest na solidną piątkę. Gdyby dobrać jej nieco bardziej oryginalną fabułę, a może nawet i całą szatę gatunkową, wybiłaby się mocniej na rynku wydawniczym.
Czy polecam? Tak, to dobry, solidny thriller. Jeśli czytacie ich dużo, istnieje ryzyko, że nie zapamiętacie go na długo - naprawdę zdradza wiele klisz gatunkowych, naszpikowany jest nieuniknionymi podobieństwami. Ale jeżeli macie wybrać sobie kilka powieści w nurcie, niech "Opiekunka" znajdzie się na Waszej półce, bo naprawdę na to zasługuje.
Sophie Collins: Co wie twój pies?
[przedpremierowo!] Sanjida Kay: Skradzione dziecko
Rebecca Fleet: Zamiana
Araminta Hall: Okrutne pragnienie
Christina Dalcher: Vox
Zaczęło się prozaicznie - mimochodem redukowane pozycje reprezentacyjne zajmowane przez kobiety, tłumienie protestów, indoktrynacja dzieci pod płaszczykiem edukacji. Może i niezbyt zdrowe obrazki, ale na pewno znane z historii, nawet tej najnowszej. Kiedy jednak wybory wygrały "właściwe" osoby, cicha polityka przemieniła się w otwartą agresję: kobietom założono na nadgarstki liczniki słów, z dnia na dzień pozbawiono ich pracy, zamknięto w domowych kieratach bez wolności i godności. Brzmi przerysowanie? No jasne. Ale wypadło całkiem wiarygodnie.Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska: Inna Kobieta
Karolina Głogowska i Katarzyna Troszczyńska stworzyły powieść o tematyce niełatwej, za to szalenie popularnej - nie tylko w literaturze, ale przede wszystkich w życiu. Powieść, która zawsze będzie trzymać przy sobie czytelnika, bo bazuje na specyficznym mechanizmie: przedstawia różne perspektywy i zmusza nas do poczucia chociaż cienia sympatii to osób z założenia negatywnych. Czy też raczej postępujących w tej konkretnej historii źle, nie jestem fanką dwuwymiarowego oceniania ludzi, nawet tych fikcyjnych. Czy zatem "Inna Kobieta" to bezsprzeczny sukces literacki, a my możemy zamykać dyskusję?
Co to, to nie. Ale zaczniemy od plusów. Takich jak na przykład życiowy temat i życiowe podejście do niego. Realny układ i realne jego konsekwencje, bez przekoloryzowania i pompowania sztucznego szoku. Klasyczne podejście, nie poddane na siłę modnym dziś nurtom - wszak pośredni trójkąt miłosny wypada dziś blado na tle jak najbardziej bezpośredniego trójkąta, zazwyczaj nie tyle miłosno-, co seksualnego. Tak, może i w kwestii szokowania wypada blado, ale tu mnie cieszy sięgnięcie do klasyki - bo to, co w wielkich produkcjach powoli staje się passe, wciąż jest naszym udziałem. Udziałem zdradzanych kobiet, ale też zdradzających mężczyzn i kobiet "pomagającym" im w tym. To są ludzkie problemy.
Na plus chciałabym też zaliczyć poprowadzenie duetu pisarskiego. Idea sama w sobie jest dla mnie jednocześnie ciekawa i nieosiągalna, bo wiem, jak trudno jest skleić opowieść w pojedynkę, a co dopiero w zderzeniu dwóch wizji. Nie wiem, jak Panie pracowały, mam przypuszczenia - może jedna z nich próbowała oddać emocje żony, druga kochanki? Może weszły w ustalone role, a na końcu wzajemnie skonfrontowały swoje stanowiska? Może powstały dwie indywidualne wersje i zostały połączone najatrakcyjniejszymi czytelniczo punktami? Nie wiem, ale podoba mi się jednolitość: nie rzuca się w oczy, że pisały to dwie pisarki, nie jest to widoczne z kosmosu, a jednak można wyczuć w narracji pewną indywidualność. To sobie bardzo cenię, bo nie jest ani zbyt kontrastowo, ani zbyt "płasko".
To na deser minusy. Dobrą chwilę się zastanawiałam, jak ująć moje wątpliwości, żeby ich tło było dla Was jasne, a żeby nikogo nie urazić. Autorki zdecydowały się w powieści na jedną konkretną historię - i wiadomym jest, że żeby powieść miała sens, musi się na tej historii skupiać, a nie referować do innych możliwych przypadków: a to młodsze panie, a to starsze panie, a to inaczej wywiązał się romans, a to inaczej wszyscy na niego reagują,... No, nie. Mamy tutaj konkretną reprezentację i jej się trzymamy. Ale mimo to nie potrafię pozbyć się wrażenia, jakby powieść była przesiąknięta stereotypową "polską kobitką zasiedziałą w chybionym małżeństwie": rezygnacja, niskie poczucie własnej wartości, ociężałe tempo fabuły; a z drugiej strony wyrachowanie i niby-zachodnia pewność siebie. Słuchajcie, ja zdaję sobie sprawę, że jak ktoś jest zdradzany, to czuje się źle. Może być zrezygnowany, a nawet myśleć o wszystkich, o sobie (!) zresztą też, źle. Ale osoba zdradzana (zdradzająca też!) ma cały szereg cech, lepszych i gorszych, które czynią ją człowiekiem; zdrada i jej pochodne to nie jest całe jestestwo osób wplątanych w romans. Rozumiecie, o co mi chodzi? Tam gdzieś po drodze, w miarę jak trójkąt się zacieśniał, a panie Autorki pracowały nad ciekawą fabułą, bohaterowie zaczynali tracić swoje ja - była tylko zdrada, szarość, burość i beznadzieja. Szalenie mnie interesuje, czy ktoś odniósł podobne wrażenie - porozmawiajmy! :)
A tymczasem zostawiam Was z oceną neutralną. Garstka plusów, garstka minusów, w sumie składających się na przyzwoitą polską powieść współczesną. Można przeczytać, zwłaszcza jeśli się ma zamiłowanie do gatunku, ale absolutnie nie trzeba. Z drugiej strony jak wejdziecie z nią do tramwaju to też wstydu nie będzie. Dobrej lektury!
[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień
Sofia Lundberg: Czerwony notes
A ta była barwna: Doris była światowa, nie zawsze z wyboru, bardziej z konieczności, ale jednak świata widziała. Pracowała w Szwecji i Francji; była paryżanką, żyła w Nowym Jorku... Długo by zliczać. Jest to niewątpliwie bogata opowieść, zwłaszcza w ustach staruszki - zwłaszcza, że działa się od lat 20./30. XX wieku, a więc w czasach znacząco mniej dostępnych komunikacyjnie niż współczesne. Opowieść jest wielowątkowa, życie Doris nie wieje nudą... Ale.
Ale nudą wieje narracja. Rzadko spotykam się z aż takim dysonansem: z jednej strony mamy naprawdę ciekawie wymyśloną, pełną wydarzeń historię, a z drugiej TAK statyczne jej przekazanie. Czytałam o różnych przygodach Doris, niektórych bardzo poruszających, i jednocześnie byłam ciekawa, jak to się skończy oraz kiedy to się skończy, bo narracja mnie usypiała. Nie ma co ukrywać: nie skończyłam czytać tej powieści. Być może na końcu wydarzyło się coś, co by zmieniło całe moje podejście do niej (pozwolę sobie w to jednak wątpić), ale najzwyczajniej w świecie nie dałam rady. A ja raczej kończę zaczęte książki.
Nie jest też tak, że stanowczo Wam ją będę odradzać. Po pierwsze dlatego, że nie dobrnęłam do ostatniej kropki, a po drugie dlatego, że mam w planach dać jej jeszcze jedną szansę. Może to nie był ten moment życia? Może zmieni się moja wrażliwość? Nie wiem. Na dzień dzisiejszy wiem, że Sofia Lundberg serwuje nam wzruszającą, piękną historię uroczej staruszki, która miała niełatwe, ale fascynujące życie - i robi to narracją zupełnie nieprzystającą do opowieści: wolną, żmudną, nużącą. Być może chciała w ten sposób oddać wiek głównej bohaterki? Ależ halo, proszę pani, liczy się wiek duszy!
Edit: czytałam drugi raz. Nadal narracja jest monotonna jak pociąg stukający leniwie o szyny. Podtrzymuję swoje stanowisko, że życie Doris jest wzruszające i barwnie wymyślone, ale do tego skarbu trzeba się dokopać. Jeśli liczycie na powieść z lekką narracją, przez którą się płynie, to chyba nie do końca ten adres. Ale jest w niej szereg pięknych rzeczy, które warto odkryć. Jeżeli lubicie takie niespieszne narracje, to coś dla Was. Teraz już z całą stanowczością: to nie jest książka, do której będę wracać, ale ma niewątpliwe walory literackie. Nie jest dla każdego, ale jeśli ujmie akurat Ciebie, nie przestaniesz czytać aż nie zderzysz się z plecami okładki ;)
Adam Abler: Trzecia księga
Na początku warto podkreślić, że mamy tu do czynienia z ostatnio bardzo gloryfikowaną narracją dwutorową. Z tym, że nie ma tu utartego już podziału na dwie czy więcej perspektyw na tej samej osi wydarzeń, ale mamy miks międzyepokowy: nasze czasy reprezentuje pisarz (i w dużej mierze także jego asystentka), przeniesienie o stulecia wstecz przeżywamy z zakonnicą Teresą. Jaki jest związek? Tego to akurat Wam nie powiem, a nuż Was wciągnie bardziej niż mnie ;-)
No dobrze, skąd zatem lista skarg i zażaleń? Ano właśnie poniekąd z tych czasowych rozbieżności. Mamy zakonnicę i jej wątek, który można by opisać jako duchowy, może nieco romantyczny. Przy okazji mamy do czynienia z czasami zupełnie innymi niż nasze, więc ta linia czasowa wymagała większego researchu, precyzji, odtwórczości. Z drugiej strony mamy pisarza i jego asystentkę, którzy teoretycznie mieli robić za oś thrilleru (bo ta książka to, jeśli wierzyć opisowi, "więcej niż thriller"), a w praktyce otrzymujemy tu sporo erotyki i mieszanki tych "rasowych" cech thrilleru. Cała powieść aspiruje do bycia filozoficzną, dużo w niej takowych zagadnień. Jest to mocno celowe, bo nawet rytm powieści, deklarowanej jako thriller, jest bardzo powolny, rozważny, filozoficzny właśnie. Wszystko okraszone stylem pisania, który - choć mi nie przypadł do gustu - bardzo dobrze rezonuje z wykorzystanymi gatunkami i zamysłem.
Reasumując, nie jest to książka zła - widać w niej wiele wpływów, połączenie różnych styli, wykonanie researchu. I mam nadzieję, że książka dzięki tej solidnie wykonanej robocie znajdzie swoich amatorów. Niestety nie będę to ja - nie moja tematyka, nie mój gatunek, nie moja relacja między opisem a tym, co otrzymujemy. Dlatego pozostawiam Was bez jednoznacznej oceny - dajmy "Trzeciej księdze" szansę, żeby ktoś ją odkrył.
Katarzyna Berenika Miszczuk: seria "Kwiat Paproci" ("Szeptucha", "Noc Kupały", "Żerca")
Egzemplarze recenzenckie dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.
Lubimy Czytać: "Szeptucha"
Abbi Glines: Kocham cię bez słów + Jesteś moim światłem
Kocham cię bez słów to pełna ciepła opowieść dla nastolatków o problemach małych i dużych, o wszystkim tym, co jest wpisane w ich codzienność - niezależnie od tego, czy dobrą, czy nie najlepszą. To taka powieść, którą chce się czytać - z życia wzięta, przystępnie napisana, wypełniona niepowtarzalną atmosferą. Krótko mówiąc: aż żal odkładać. Przekonana, że Jesteś moim światłem będzie kontynuacją losów bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić w czasie lektury pierwszej części, szybko zabrałam się do jej lektury. I chociaż rzeczywiście powieść toczy się w tym samym świecie, co Kocham cię bez słów, na pierwszym planie pokazują się inne, po części nowe, postaci (struktura sagi przywodzi tu na myśl raczej koncepcję Jeżycjady) - a znajomość poprzedniej historii nie jest niezbędna, żeby cieszyć się lekturą. Nie byłoby w tym nic złego (choć zawsze witam takie relacje niezadowoleniem ;)), gdyby nie fakt, że drugi tom całkowicie niszczy wrażenie pozostawione przez tom pierwszy. Paradoksalnie, jestem przekonana, że to samo powiedziałabym o tomie pierwszym, gdybym zaczęła lekturę od drugiego. Dlaczego?
![Kocham Cię bez słów [Abbi Glines] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)












