Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warto przeczytać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warto przeczytać. Pokaż wszystkie posty

Abby Jimenez: To tylko przyjaciel

Słodko-gorzka, niebanalna, romantyczna, zabawna, życiowa... Podejrzewam, że dla wielu tak prezentuje się opis idealnej książki. Jeśli tak właśnie jest, myślę, że mam coś, co poprawi Wam czytelniczy humor - "To tylko przyjaciel" Abby Jimenez nie tylko spełnia te wszystkie kryteria, ale też wbija się szturmem na szczyty literackich notowań!

Na pierwszy rzut oka, Jimenez napisała schematyczny romans: ona i on, wpadają na siebie w sytuacji doprowadzającej ich do czegoś między furią i omdlewaniem z wrażenia. Żeby tego było mało, za chwilę znów się spotykają i - zgadnijcie co! - okazuje się, że los splata ich życiowe drogi. On chce, ona nie może. Ona może, ale nie chce. Pojawiają się niedomówienia, tajemnice, problemy... Ot, klasyka gatunku. Nie pomaga też szablonowy wręcz tytuł i okładka, a także fakt, że za granicą "The Friend Zone" rozrosło się już do rozmiarów serii (niestety, rzadko kiedy to kończy się uznaniem dla całości). Jak to się zatem stało, że "To tylko przyjaciel" stał się tak popularny, a ja, recenzent z uczuleniem na nadmiar lukru, namawia do sięgnięcia po taką powieść? Już tłumaczę.

Chyba najważniejsze to powiedzieć sobie na wstępie, że wspomnianego lukru nie ma aż tak dużo, jak można by się spodziewać, słysząc "romans". Zamiast tego są solidnie zbudowane wątki komediowe, rozważnie poprowadzona linia "wątków smutnych", która tonuje tematykę powieści i powoduje, że traktujemy ją z większą powagą niż historie typowo romansowe. Pojawia się też wątek choroby, która jest istotnym, ale często stygmatyzowanym tematem w dzisiejszym świecie. Wszystko to sprawia, że "To tylko przyjaciel" staje się w odbiorze życiową, realistyczną historią, z którą nie trzeba się identyfikować, żeby ją poczuć i przeżyć. I chociaż nie jest skrojona idealnie, ta życiowość jest na tyle silnym atutem, że przyćmiewa większość potknięć.

Ale jeśli już o potknięciach mowa, niestety parę rzeczy wprost prosi się o wytknięcie. Największym zgrzytem, który powracał kilkakrotnie i to w najmniej oczekiwanym momencie, jest pomysł na Josha, a konkretniej na jego zrozumienie kobiecych tematów. Jeżeli jakakolwiek opowieść bazuje na ważnym zagadnieniu (w tym przypadku zaburzeń funkcjonowania narządów rozrodczych i gospodarki hormonalnej, ważny temat!), obowiązkiem autora jest zrobić wszystko, żeby historia była realistyczna i naturalna dla czytelnika, bo to prowadzi do uwrażliwienia na poruszany temat. W tym przypadku z posłowia autorki wiemy, że bazowała na sytuacji swojej znajomej, a tymczasem w swojej powieści każe głównemu bohaterowi każde zaobserwowane zaburzenie kwitować "aaa, tak, wiem, bo moja siostra coś tam". Nie zrozumcie mnie źle - fajnie, jeśli faceci mają wiedzę na tematy typowo kobiece, a skąd ją mają czerpać, jeśli nie z życia pod jednym dachem z kobietami właśnie? Problem jest jednak gdzie indziej. 

(to jest taki dziwny moment w recenzjach współczesnych książek, że trzeba się odnieść do stanów fizjologicznych i innych spraw intymnych, bo dla pełnej oceny książki nie można tego przemilczeć. Jeśli nie masz ochoty na tego typu opowieści, które faktycznie nie są standardowym contentem w krytyce literackiej ;), opuść poniższy akapit)

Niestety powtarzanie kwestii i sprowadzanie wszystkiego do rozmyślań w stylu "wiem, że ma obfite miesiączki, bo kupuje wytrzymałe podpaski, które też kupowała jedna z moich sióstr" brzmi sztucznie, nieco żenująco i, no cóż, jak usilna próba usprawiedliwienia, czemu bohater męski ma tego typu wiedzę. Niestety nie miałam okazji przekartkować oryginału, więc nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że to na pewno jest problem budowy tekstu, a nie tłumaczenia - być może w oryginale jest to na tyle neutralnie przemycone, że czytelnik pomyśli sobie "aha, okej" i po prostu ruszy dalej. Natomiast mogę z całą pewnością powiedzieć, że po polsku wyszło to bardzo niezgrabnie i zwyczajnie wytrąca czytelnika z rytmu powieści i wrażenia, że czyta coś naprawdę dobrego i na pewnych płaszczyznach ważnego.

Będąc przy pomyśle na Josha, warto też przemyśleć jego postawę: facet nie tyle skłonny, co wręcz palący się do wielkich gestów, praktycznie nie użalający się na swój los mimo odtrącenia, sprawiający wrażenie, że ilekroć by skamlał, nigdy nie warknie. I chociaż nie ulega wątpliwości, że i taki typ osobowości można spotkać w realnym świecie, mimo wszystko nieco tę historię odrealnia i popycha do myślenia o nim jako o "facecie z romansu". Ale w zasadzie czy paniom to przeszkadza...? :)

Drugim zarzutem jest nierówność w budowie fabuły: mamy solidną pierwszą połowę (mimo że mocno osadzoną w schemacie gatunku), później spowolnienie i kręcenie się po raz już wykorzystanym schemacie. I chociaż chwilową monotonię przerywa naprawdę nieoczekiwany plot twist, który był potrzebny, żeby uniknąć szablonowego zakończenia, za chwilę czytelnik odkrywa, że autorka nadbudowała nad ten plot... kolejny plot. Czy to dobrze, czy źle - to już oceńcie sami. Jedno jest pewne: powieść Abby Jimenez obfituje we wrażenia i zwroty akcji. I chociaż pozwoliłam sobie skupić się przede wszystkim na minusach kompozycyjnych, w dalszym ciągu podkreślam, że mamy do czynienia z całkiem dobrą powieścią. Mamy tu romans, sporo życiowych sytuacji, trochę słodyczy, trochę goryczy i przyjemny w odbiorze styl autorki, dzięki któremu przez powieść się płynie. Jeśli więc lubicie z jednej strony lekkie, ale ważne i niepowierzchowne historie, "To tylko przyjaciel" to pozycja obowiązkowa tego lata.

Kai Strittmatter: Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura

Wow. Wow, wow, wow. To była NAPRAWDĘ dobra książka!

Nawet nie wiem od czego zacząć, tyle mam różnych myśli i emocji po lekturze "Chin 5.0". Może należałoby zacząć od tego, co wiemy o Chinach. Mówiąc "my", mam na myśli statystycznego Europejczyka, który nieponadprzeciętnie interesuje się polityką czy nowymi technologiami. Moje pierwsze "chińskie" skojarzenia to: przeludnienie, mikroskopijne mieszkania, opowieści o obowiązku posiadania maksymalnie jednego dziecka, kotki machające łapką i tanie, plastikowe rzeczy, które zalały nas parę dekad temu i dalej mają się doskonale (bo jak inaczej wytłumaczyć sukces AliExpress?). I tak na gorąco wyliczając to by było na tyle - czyli mało, i to w bardzo krzywdzącym kluczu. Bo Chiny to przecież bogata kultura, szereg wspaniałych cech przypisywanych ogółowi narodu chińskiego, długowieczna tradycja. Ale też piętrzące się problemy i zagadnienia, które we współczesnej Europie mogą jawić się dość abstrakcyjnie. Kai Strittmatter postawił jednak na wątek bardzo ciekawy - coraz bardziej obecny w codzienności, i zatrważający. Technologia w komunistycznej praktyce. 

Chiny to przede wszystkim bardzo rozwojowe państwo. A przy tym komunistyczne, co jest mieszanką dalece niebezpieczną. I właśnie o tym są "Chiny 5.0" - o postępie, umiejętności zaimplementowania go do codziennego funkcjonowania państwa i zagrożenia, jakie to za sobą niesie. Przyznacie - państwa europejskie dalekie są do dogonienia rozwoju świata wirtualnego: począwszy od  regulacji prawnych a skończywszy na korzystaniu z dostępnych rozwiązań. I o tyle, o ile jest to złe, jest też i dobre. Czemu? Chiny są odpowiedzią. Wszechobecna inwigilacja czy kamery z systemem rozpoznawania twarzy to tylko szczyt góry lodowej. I nie będę tu nic więcej zdradzać - mam nadzieję, że będzie to zajawka, która popchnie Was do lektury książki Strittmattera. I że przeczytacie ją z takimi wypiekami na twarzy, jakie miałam ja.

Niestety bardzo rzadko były to wypieki ekscytacji - bo większość poruszonych zagadnień raczej napawa negatywnymi myślami. Ale czytało się to wybornie, a ja sama często łapałam się na tym, że mam wrażenie, że czytam fikcję literacką. To uczucie dotychczas było zarezerwowane dla publikacji o Korei Północnej - a tu proszę, niespodzianka. Z tych mało przyjemnych.

Gdybym miała wskazać minusy, przyczepiłabym się do tej technologii - jeśli liczycie na to, że dokładnie zrozumiecie technologie, które królują w Chinach, może czekać Was rozczarowanie. Nacisk jest raczej na warstwę społeczno-polityczną, technologia jest kontekstem, ale nie jest rozłożona na czynniki pierwsze. Co w żaden sposób książce nie ujmuje - ot, sygnalizuję, że to nie jest do końca "geekowa" publikacja.

Szczerze polecam, każdemu - książka jest przystępna dla osób z niewielką wiedzą o Chinach, ale też nie znudzi osoby lepiej obeznanej z tematem. Zjawisko wciąż się rozwija, i "Chiny 5.0" to dobry punkt zaczepienia, żeby je zrozumieć i móc obserwować w przyszłości. Chociaż temat przygnębia, lektura jest wyborna. Dawno nie czytałam tak dobrej książki!

[przedpremierowo!] Sanjida Kay: Skradzione dziecko

"Skradzione dziecko" to taka nieoczywista książka, że aż miło czytać! Zatem zacznijmy od najważniejszego: jeśli nie lubisz historii o dramatach rodzinnych i porwaniach dzieci (ja nie znoszę!), nie skreślaj tej książki. Jeśli odrzucają Cię wszystko sugerujące tytuły, nie omijaj tej powieści. Jeśli masz już dość schematycznych thrillerów, nie wrzucaj tej publikacji do tego worka. Wbrew tytułowi i opisowi, w "Skradzionym dziecku" dzieje się ciekawie - nie tylko pod względem fabularnym, ale też narracyjnym i językowym. Jest dobrze!

Z pozoru "Skradzione dziecko" to taka typowa dla literatury opowieść - adoptowane dziecko, które po latach jest odnajdywane przez biologicznych rodziców, wzajemne oskarżenia, mamienie Bogu ducha winnego malucha, próby porwania, niekończąca się walka. Skłamałabym mówiąc, że w powieści Sanjidy Kay tych wątków w ogóle nie ma - przecież są nierozłączne z tematyką, którą podjęła autorka. Niemniej jednak w tym przypadku schematy są tak dalekie od treści, jak tylko się da.

To, co od razu mi się spodobało, to fabularne rozplanowanie powieści - chociaż zawirowania wokół rodziców Evie, córeczki głównej bohaterki, są głównym tematem, czytelnik nie został rzucony na głęboką wodę, prosto w wir walki i "zamieszania" wokół dziewczynki. Akcja rozwija się stosunkowo powoli (ale nie nudno!), jako czytelnicy mamy okazję dobrze poznać nie tylko Evie, ale i jej bliskich, środowisko, w którym żyje i świat, po którym poruszają się bohaterowie. Wchodząc w świat powieści, znajdujemy się w konstrukcji typowej dla powieści obyczajowej, i to bardzo sprawnie napisanej - poznajemy osoby, które będą nam towarzyszyć w czasie lektury (i trzeba przyznać, że są to dobrze wykreowane postaci!), zanurzamy się w klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja (pięknie oddana małomiasteczkowość i cudowny klimat jesiennego, nieco mrocznego wrzosowiska), utożsamiamy się z akcją na tyle, żeby uczestniczyć w niej jako obserwator będący częścią społeczności wykreowanej przez Kay. W ten sposób otrzymujemy nie tylko właściwe proporcje powieści, które dodatkowo pomagają nam się zżyć z bohaterami, ale też doskonałą powieść obyczajową. Powieść, która szybko rozwija się w thriller, nie tracąc przy tym samym swojej doskonałej narracji. Nie ma tu kurczowego trzymania się głównego wątku, tło tworzą wątki poboczne, ale wcale nie mniej ważne niż ten wiodący. Co ciekawe, jest to chyba pierwsza książka, która miała na tyle dobrze napisane postaci, że najwięcej uwagi (i sympatii!) poświęciłam nie tyle głównej bohaterce czy bohaterom bezpośrednio rozpisanym w głównej akcji, ale małemu chłopcu, który jest przeuroczą postacią.

Czy wobec tego książka ma jakieś wady? No jasne, każdy i wszystko ma swoje wady. Chociaż tempo fabularne i rozpisanie historii jest niemalże doskonałe, ta iluzja dosłownie runęła pod koniec powieści, w punkcie kulminacyjnym i zamknięciu konfliktu. I chociaż ze względu na specyfikę opowiedzianej historii zakończenie jest słuszne i kompozycyjnie właściwe, wydaje się trochę przegadane. Konstrukcja epilogu, właściwego raczej powieściom obyczajowym, uspokaja i wycisza akcję, pozostawiając wrażenie niedosytu, że w ostatnich zdaniach nie było efektu "wow". A szkoda, bo sama zagadka, kto stoi po "ciemnej stronie" powieści, była nieprzewidywalna i mnie zaskoczyła.

Podsumowując - warto, mimo drobnych potknięć. Zarówno dla miłośników thrillerów, jak i obyczajówek i dramatów. Wszystkiego tu po trochu, i wszystko jest bardzo dobre w ramach gatunków. Polecam!

Rebecca Fleet: Zamiana

Carolina i Francis, małżeństwo po przejściach, wyjeżdża na tydzień za miasto, żeby odpocząć od problemów i dać sobie kolejną szansę. Jako destynację wybierają podmiejski domek, w zamian oddając swoje mieszkanie do dyspozycji lokatorom z przedmieść. Szybko jednak okazuje się, że  nadchodzący tydzień będzie daleki od beztroski, a niewinna wymiana domami z nieznajomymi kryje w sobie drugie dno.

Tak jak brzmi, tym też jest - przedstawiam Wam jeszcze jeden thriller, i to całkiem niezły. I choć daleko mu formą do bestsellerów patrzących na nas z niemalże każdej księgarnianej półki, w tym tkwi jego siła - ma coś swojego, oryginalnego, niepowtarzalnego. I chociaż - jak w wielu innych powieściach w tym nurcie - króluje w nim zagadka i niepewność, retrospekcje pełne bólu i rozpaczliwe próby zrozumienia, dlaczego, w "Zamianie" jest coś jeszcze. Są to uczucia: pewnie, konkretnie zarysowane, wypełniające bohaterów i ich działania, a nie tylko zasygnalizowane gdzieś "obok", jakby mimochodem, żeby atmosfera była podsycana czymś nienamacalnym. Tutaj króluje całe spektrum odczuć i wrażeń, a także liczne wątki, które powodują, że aż chce się to podkreślić: ta książka jest niesamowicie seksowna. I to wcale nie chodzi o to, że są w niej wątki erotyczne czy miłosne. Nie, że ktoś kogoś pragnie i o tym rozmyśla. Nie. To jest seksowność w czystej postaci. A konkretniej w postaci nieopisywalnego napięcia wplecionego gdzieś między wersy, dobrze oddana atmosfera potrzeby drugiej osoby, a dopiero na końcu - seks sam w sobie. Jest to tak rzadkie zjawisko - zwłaszcza w tak dobrej formie! - że aż prosi się, żeby o tym powiedzieć. Bo mam wrażenie, że ta idealnie oddana zmysłowość jest tu wręcz większym atutem niż sama thrillerowa konstrukcja. Choć i ta nie ma się specjalnie czego wstydzić.

Jeśli chodzi o zarzuty, to tu (niezmiennie!) będzie to zakończenie. Za zwykłe, zbyt przegadane, zostawiające wrażenie niweczenia tego, co autorka tak starannie budowała na kolejnych stronach powieści. To tyle z punktu widzenia thrillera. Z punktu widzenia powieści obyczajowej, może nawet trochę psychologicznej, zabrakło mi tu czegoś innego - skoro już nie kończymy mocno, gatunkowo, to może chociaż byśmy zamknęli temat jeszcze jednym ładnym, zmysłowym obrazkiem? Jednak tak też się nie dzieje, co prowadzi do wniosku, że zamknięcie całej historii wychodzi poza kompozycję i obniża wartość całej powieści. Mimo to uważam, że "Zamianę" warto znać - trochę z powodu opowiedzianej historii, a trochę z powodu, w jaki autorka przemyca emocje i jak prawdziwie one wyglądają. A taka umiejętność jest bezcenna.

Araminta Hall: Okrutne pragnienie

Powiedzmy to sobie na wstępie - "Okrutne pragnienie" to taka powieść, która pewnie nie przyciągnie tłumów od samego leżenia we właściwym miejscu księgarni. Tytuł jakiś taki niezdecydowany, co właściwie reprezentuje, okładka też tak jakby pozbawiona przekazu - no, błądzimy na oślep. Może jakiś kryminał? A może erotyk? Może jego zawartość będzie równie "płaska" jak opakowanie? Jasne, wszyscy wiemy, że książki po okładce się nie ocenia. Ale też dzisiejszy marketing - i ceny książek również - przyzwyczaiły nas do tego, że jednak wrażenia estetyczne też są mile połechtane (albo całkowicie zdeptane, ale to już temat na zupełnie inną historię). A tu proszę - książka tajemnica, i to wcale nie taka hipnotycznie przyciągająca ku sobie. ALE. Ja tę książkę dostałam po zapoznaniu się z jej opisem - i niezależnie od tego, jak łatwo prześlizguje się po niej wzrok w księgarni pełnej kolorów, jak przypomnicie sobie jej tytuł to ją kupcie, wypożyczcie, wybłagajcie koleżankę, żeby się podzieliła, albo przyjdźcie do mnie. Słowem - przeczytajcie ją!

Dlaczego mi tak na tym zależy? Bo czym więcej thrillerów czytam, tym więcej słabych bestsellerów udaje mi się wyłowić. Trudno kogokolwiek za to winić - żaden gatunek nie jest z gumy, nawet najbardziej płodny pisarz-entuzjasta innowacji w pewnym momencie jest skazany na powielanie schematów, a przynajmniej przetartych szlaków. A w "Okrutnym pragnieniu" niby tak nie jest? - zapytacie. Ano nie do końca. Bo chociaż niektóre elementy wprost muszą się pokrywać z tym, co już kiedyś zostało napisane, samo spojrzenie na historię jest dla mnie powiewem świeżości. Nie mówiąc już o mistrzowskim piórze i bardzo dobrym przekładzie, co niezmiennie dodaje wartości historiom.

Głównych bohaterów, Mike'a i Verity, poznajemy w samym środku wspomnienia o ich nietypowej grze miłosnej, której lubili oddawać się bez reszty. Verity, piękna, zmysłowa kobieta, wchodziła do baru i czekała (jak się domyślacie, nieszczególnie długo), aż jakiś zainteresowany nią mężczyzna podejdzie poflirtować. Wszystko z boku obserwował Mike, jednocześnie czekając na znak ukochanej, po którym wkraczał do akcji i przemocą tłumaczył delikwentowi, gdzie jego miejsce. Odgrywana po stokroć scena za każdym razem działała na kochanków jak afrodyzjak - i prowadziła ich do toalety lub tuż za drzwi lokalu, gdzie dawali upust emocjom. I chociaż sam wstęp raczej sugerowałby rasowy erotyk, albo przynajmniej powieść z pikantnymi wątkami, tak naprawdę warto postawić sobie pytanie, jak ta scena wygląda z perspektywy psychologicznej? Może i to dziwne pytanie, ale wierzcie mi, zadacie je sobie jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt razy. A dopiero jesteśmy na początku lektury.

"Okrutne pragnienie" jest w gruncie rzeczy opowieścią o miłości i namiętności, ale też zawiłościach ludzkiej psychiki, zranieniu i wyborach. Jest thrillerem psychologicznym z górnej półki, choć wcale czas zamknięty na kartach powieści nie galopuje w tempie typowym dla tego gatunku. "Okrutne pragnienie", choć być może ma mocno nietrafiony tytuł, tak naprawdę jest pokazem fantastycznego pióra autorki - opowiedziana historia jednocześnie wywołuje tyle sprzecznych uczuć, że najpierw czytelnik się dezorientuje, a później chce więcej. Powieść jest seksowna, niepokojąca, zastanawiająca. Potrafi sympatię do bohatera przemienić na niechęć, strach, a później spowodować, że będzie nam tej samej postaci żal. Potrafi spowodować, że nie będziemy umieli wybrać stron, a podział na czarne i białe definitywnie przestanie istnieć.

Jeśli czegoś mi żal, to konstrukcji ostatniej części. Tempo trochę zwolniło, opowieść odkrywała pominięte wątki dość po macoszemu, jakby z powinności. I zakończenie - to rzadko kiedy się udaje, a tak dobrze napisana powieść na pewno na nie zasługuje. W tym przypadku niestety też się nie udało. Jednak mimo tych mankamentów muszę przyznać, że jestem zauroczona piórem Araminty Hall, a budową powieści autorka udowodniła, że wciąż zostało wystarczająco przestrzeni w literaturze, żeby ukazać coś w nowatorski sposób. Polecam!

Christina Dalcher: Vox

Zaczęło się prozaicznie - mimochodem redukowane pozycje reprezentacyjne zajmowane przez kobiety, tłumienie protestów, indoktrynacja dzieci pod płaszczykiem edukacji. Może i niezbyt zdrowe obrazki, ale na pewno znane z historii, nawet tej najnowszej. Kiedy jednak wybory wygrały "właściwe" osoby, cicha polityka przemieniła się w otwartą agresję: kobietom założono na nadgarstki liczniki słów, z dnia na dzień pozbawiono ich pracy, zamknięto w domowych kieratach bez wolności i godności. Brzmi przerysowanie? No jasne. Ale wypadło całkiem wiarygodnie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o powieści "Vox", miałam mocno mieszane uczucia. Zamknięcie kobiecych ust siłą, rozgrywające się w skali państwowej? Bransoletki rażące prądem za przekroczenie limitu 100 słów? Zaprowadzenie absurdalnego wręcz terroru w  A m e r y c e , najbardziej wyzwolonym miejscu na Ziemi? No, nie wiem. Zwłaszcza, jeśli promocja publikacji aż ociekała dyskursem feministycznym, który - nie oszukujmy się - w ostatnich czasach wywędrował zdecydowanie za daleko od swojej pierwotnej idei. Dlatego też do powieści podeszłam dość sceptycznie, gotowa na idee, o których wcale nie chcę czytać.

Ale, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, powieść okazała się być całkiem dobrym thrillerem. Wbrew reklamie, wcale nie ociekała feminizmem ani postulatami - ani dobrymi, ani złymi. Jak już, to była popisem rasowego szowinizmu, ale tego akurat należało się spodziewać, skoro autorka zamierzała uzyskać efekt państwa zdominowanego przez mężczyzn. Mamy więc neutralne dla świata realnego, ale bardzo barwne dla warunków powieściowych zarysowanie świata. Mamy ciekawych bohaterów, niebanalną fabułę (choć taki gatunek wręcz musi zahaczyć o obowiązkowe "punkty programu", pomiędzy nimi autorka bardzo ładnie przemyciła kilka niebanalnych wątków towarzyszących) i lekkie pióro. Do tego stopnia lekkie, że świat, o którym zaledwie kilka zdań wcześniej napisałam, że jest przerysowany, stał się miejscem ciekawym i dosyć realnym (choć tylko na potrzeby powieści, bo nakładając jej obraz na nasze życie, możemy tylko uśmiechnąć się z pobłażaniem). I chociaż można by wyliczyć kilka mankamentów, a już z całą pewnością zarzucić pośpieszne, niechlujne wręcz zakończenie tak misternie witej historii, "Vox" samo w sobie jest poprawną, dobrą pozycją do poduszki.

Jak to jednak w dzisiejszych czasach bywa, reklama dźwignią handlu - i reklama źródłem nieszczęść. Jak dla mnie, w tym przypadku skłaniałabym się raczej ku stwierdzeniu, że polski marketing (zakładam, że na wzór marketingu rodzimego dla autorki) zrobił "Voxowi" krzywdę. OK, osoby intensywnie funkcjonujące w dzisiejszym kształcie nurtu feministycznego na pewno kupiły tę powieść w ciemno - ale cała reszta społeczeństwa? Czy reklamowanie powieści oderwanej od rzeczywistości (bo to jest, proszę Państwa, klasyczna antyutopia, nie zapominajmy proszę o tym!) hasłami "ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet", "niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze" lub "czy to tylko zatrważająca dystopia?", jest na pewno w porządku?

Tak, dzisiejszy świat (i nie tylko dzisiejszy!) jest pełen podziałów i dyskryminacji. Tak, kobietom wciąż odmawia się pewnych rzeczy, zwłaszcza w mniej rozwiniętych rejonach świata. Tak, powieściowe zakucie w kajdany można traktować jak metaforę - a jej przerysowanie jak znak, że i my, jako gatunek ludzki, zaczynamy przekraczać niewłaściwe granice. To wszystko jest prawdą, ale jednak nie nazwałabym "Vox" manifestem. A tym bardziej byłabym ostrożna w zacieraniu linii, która w tym przypadku dość stabilnie oddziela nas od świata przedstawionego, mimo że przebiega ona po płaszczyźnie tematyki bardzo aktualnej w realnym życiu.

Czy zatem mogę polecić powieść Christiny Dalcher? Oczywiście. Nie jest to genialna praca, ale z pewnością jest poprawna i przyjemna dla czytelnika. Prowokuje do myślenia i analizy świata, który otacza nas na co dzień. Mimo to zachęcam do pozostawienia jej tam, gdzie jej miejsce - w sferze literatury. I nie powołujmy się tu na Huxleya i Orwella, bo to - niestety - trochę nie ta półka.

Abbi Glines: Kocham cię bez słów + Jesteś moim światłem

Kiedy dotarła do mnie powieść Jesteś moim światłem i moim oczom ukazała się bardzo estetyczna okładka, uśmiech szybko zgasł: okazało się, że oto mam przed sobą drugą część serii The Field Party, o czym wcześniej nie wiedziałam. Zaintrygowana zawartością tomu, pobiegłam szybko do biblioteki, żeby nadrobić braki. Jednak szybko się okazało, że niepotrzebnie. Czemu? Już opowiadam.

Kocham cię bez słów to pełna ciepła opowieść dla nastolatków o problemach małych i dużych, o wszystkim tym, co jest wpisane w ich codzienność - niezależnie od tego, czy dobrą, czy nie najlepszą. To taka powieść, którą chce się czytać - z życia wzięta, przystępnie napisana, wypełniona niepowtarzalną atmosferą. Krótko mówiąc: aż żal odkładać. Przekonana, że Jesteś moim światłem będzie kontynuacją losów bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić w czasie lektury pierwszej części, szybko zabrałam się do jej lektury. I chociaż rzeczywiście powieść toczy się w tym samym świecie, co Kocham cię bez słów, na pierwszym planie pokazują się inne, po części nowe, postaci (struktura sagi przywodzi tu na myśl raczej koncepcję Jeżycjady) - a znajomość poprzedniej historii nie jest niezbędna, żeby cieszyć się lekturą. Nie byłoby w tym nic złego (choć zawsze witam takie relacje niezadowoleniem ;)), gdyby nie fakt, że drugi tom całkowicie niszczy wrażenie pozostawione przez tom pierwszy. Paradoksalnie, jestem przekonana, że to samo powiedziałabym o tomie pierwszym, gdybym zaczęła lekturę od drugiego. Dlaczego?

Dlatego, że autorce zdaje się wydawać, że tworzenie serii polega na wpisaniu nowych danych w ujednolicony schemat. Nie trzeba nawet specjalnie analizować tych powieści, aby zauważyć punkty wspólne: zagubiona nastolatka z problemami, przybywająca do nowego miejsca, stopniowo adaptująca się do sytuacji, wspomagana przez pomocnego przystojniaka w końcu dociera do punktu zwrotnego w swoim życiu, który rozgania dotychczas kłębiące się nad nią chmury. I choć koncepcja sama w sobie jest zupełnie w porządku, a wykonanie jeszcze lepsze, czytanie obydwu części jedna po drugiej prowadzi wyłącznie do zrujnowania początkowego dobrego wrażenia. I chociaż szczerze polecam obie powieści (mój faworyt to jednak Kocham cię bez słów), dobrze radzę: rozłóżcie je sobie w czasie. Wtedy będzie miło i tak, jak w powieściach być powinno. Bo Abbi Glines okazuje się być dobrą autorką, do której chętnie wrócę, jeśli znów nadarzy się ku temu literacka okazja. Mimo wszystko mam nadzieję, że do tego czasu problem schematu zniknie z prozy Abbi.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pascal.
Kocham Cię bez słów [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jesteś moim światłem [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

(przedpremierowo) Felicia Yap: Wczoraj

Wow, co to była za lektura! Było mnóstwo napięcia i zwrotów akcji, ale też świetna konstrukcja postaci. No i najważniejsze: świat przedstawiony skonstruowano tak pomysłowo i błyskotliwie, że - gdyby pokusić się o inny splot wydarzeń - mógłby posłużyć do zbudowania zapierającej dech w piersiach sagi. Przed Wami niekwestionowany thriller roku!

Źródłem tych nieczęstych dla mnie zachwytów jest powieść Wczoraj autorstwa Felicii Yap (w polskiej wersji językowej ukaże się 1 sierpnia nakładem Wydawnictwa W.A.B.) - thriller w brawurowy sposób mieszający się z rasową dystopią i porządnym kryminałem. Cóż takiego mogła wymyślić Yap, żeby przebić się przez grubą taflę mody na spin-offowe thrillery wyrastające jeden po drugim jak grzyby po deszczu? To musiało być coś super - no i było.

Świat, w którym żyją bohaterowie Wczoraj, do złudzenia przypomina nasz - te same krajobrazy i miejsca, firmy, światowi giganci i sposób egzystencji. Z tą tylko różnicą, że Apple zbiło dwukrotny majątek, i to na produkcji... pamiętników. Bo w świecie wykreowanym przez Yap to pamiętniki podporządkowują sobie całą technologię i nie sposób się bez nich obejść. Dzieje się tak dlatego, że ludzi z tego świata nie dzieli, na wzór naszej rzeczywistości, religia i kolor skóry, ale zdolności ich mózgów. W społeczeństwie współegzystują dwie rasy: monosi i duosi - ludzi zdolni do, odpowiednio, zachowywania wspomnień z dnia lub dwóch dni wstecz - a normalne funkcjonowanie zapewnia im opracowywany przez lata sposób prowadzenia zapisków w ich dziennikach, które muszą prowadzić i których muszą za wszelką cenę strzec. Nie trudno się domyślić, że takie ograniczenia wywołują nie tylko problemy w życiu codziennym, ale też mogą prowadzić do manipulacji wspomnieniami, a tym samym - osobowościami. Jak w tak niebezpiecznym świecie odnaleźć swoje ja?

To tylko góra lodowa problemu, który uderza nas od pierwszych stron powieści. Bo główne pytanie brzmi: jak znaleźć mordercę, gdy pamiętasz tylko to, co zdarzyło się wczoraj? O tak, o morderstwie tu rzecz. O zagmatwanych intrygach, nieoczekiwanych zwrotach akcji i winie wyrastającej nie tylko na zbrodni, ale przede wszystkim na emocjach, które tak trudno zachować w świecie pozbawionym pamięci. Splot losów bohaterów, tak bardzo poróżnionych na skutek przynależności do dwóch różnych klas społecznych (czy aby na pewno tylko dwóch...?), może okazać się dużo głębszy i dużo bardziej skomplikowany, niż każe nam oczekiwać taki zarys fabuły. Wczoraj to nie tylko doskonały thriller z wątkami kryminalnymi, ale przede wszystkim świetnej jakości dystopia.

Szczerze mówiąc, trochę mi szkoda, że rozwój powieści poszedł w kierunku klasycznego thrillera - i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że konieczność wyjaśnienia intrygi (i zaskakiwania do końca, do tego nas czołówka współczesnych autorów przecież przyzwyczaiła) wprowadziła do tekstu dość obszerny, przegadany fragment, który - choć potrzebny w takim zamyśle fabularnym - tylko ostudził atmosferę i zwolnił akcję przed wielkim finałem. Po drugie - bo gdyby historię rozbudować i nieco inaczej poprowadzić ją do finału (może nawet zupełnie innego?), można by wyciągnąć z pomysłu fabularnego dużo więcej niż jedną powieść. Konkretniej rzecz biorąc - materiału wystarczyłoby na całą serię, którą z nieskrywaną przyjemnością przeczytałabym w rekordowym tempie. Jestem też całkiem przekonana, że dołączyłoby do mnie sporo fanów, których powieść z pewnością zyska bezpośrednio po swojej premierze.

Mimo to powieść w kształcie, który mu nadała autorka, również jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ma to, co mieć powinien każdy dobry thriller, a sukces wzmacnia stworzenie świata przedstawionego według nowego szablonu. Mimo pewnych niedoskonałości i wciąż nieodżałowanych braków poszerzających obraz świata jako takiego (wielki plus za "wycinki prasowe" przeplatające rozdziały, które - na wzór Delirium - tłumaczą nam świat, w który wchodzimy) jestem przekonana, że Wczoraj to książka, którą trzeba przeczytać. Z tego prostego powodu, że tak dobrego thrillera przez chwilę już nie miałam w rękach - i pewnie przez kolejną mieć nie będę. Miłej lektury! 

W. Bruce Cameron: Był sobie pies

Jest mały, gapciowaty, ale wcale nie taki najsłabszy z rodzeństwa. Lubi wykwintne zapachy domowych odpadów i chłód betonu w kanale. Chociaż jego mamie nie podobają się ludzie, jemu jawią się w kolorowych barwach. Poznajcie Baileya, optymistycznego czteronoga.

Kiedy pewnego dnia kilka sekund zawahania zmienia całe jego życie, jest jeszcze szczeniakiem. Wraz z rodzeństwem i mamą zostają wypatrzeni przez ludzi i zabrani do schroniska – a tam to jest istny raj! Mnóstwo piesków i suczek, wielkie michy karmy i przesympatyczna Pani Człowiek. Jest wszystko. Ale… Ale to dopiero początek przygód. Jak potoczą się losy małego wędrownika? Na kogo przeleje całą swoją miłość w każdym ze swoich psich żyć? Przekonajcie się sami! Od początku miesiąca Był sobie pies gości w księgarniach, a od dziś do kin wchodzi film pod tym samym tytułem. Wiem, nie sposób się oprzeć. Nawet nie próbujcie.

O książce mogłabym mówić długo. Wręcz chciałabym mówić długo, dobra książka zawsze zasługuje na dobrą recenzję. Ale cóż mogę stworzyć w obliczu opisu wydawcy: ciepła jak nagrzany brzuszek szczeniaczka? Pozostaje mi tylko potwierdzić – książka jest pełna ciepła i serdeczności, wręcz wylewa miód na serce czytelnika. Ale nie jest przesłodzona – jest po prostu miła, puchata i bardzo psia. I w dodatku dla każdego, bez względu na wiek i zainteresowania.

Bardzo psi jest też bohater, Bailey. Pełen psiej inteligencji, wierności i oddania. Miłości. Mogłabym jeszcze długo mnożyć zachwyty, ale może będzie rozsądniej, jeśli zostawię Wam tę przyjemność? No przecież wiem, że przeczytacie. Obok takiej książki nie przechodzi się obojętnie.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję grupie Business&Culture oraz Wydawnictwu Kobiecemu.

Suzanne Collins: Igrzyska śmierci

Jak wie już KAŻDY, w świecie Suzanne Collins po USA zostały jedynie zgliszcza. Na zgliszczach wybudowało się potężne Panem, podzielone na dwanaście dystryktów. Jak to w każdej społeczności bywa, zwykli śmiertelnicy nie zawsze są zadowoleni z życia - a żeby mocarstwo pozostało mocarstwem, Panem skutecznie musi pokazać ludowi, że zadowolony być musi. W ten sposób powstaje idea Głodowych Igrzysk - corocznej krwawej jatki, na którą wysyła się po dwóch młodocianych delegatów z każdego dystryktu, za każdym razem chłopaka i dziewczynę. Główna bohaterka, Katniss, nie bez powodu jest główną bohaterką - w końcu i w tym roku musi być ktoś, kto będzie dumnie reprezentował dystrykt dwunasty - ostatni i jednocześnie najbiedniejszy ze wszystkich. Do Katniss dołącza Peeta, oczywiście połączony z Katniss wspólną przeszłością. No, nie jest to zbyt obfita we wspólne chwile przeszłość, ale gdzieś już  tam ich drogi się skrzyżowały. Ale teraz to już będzie istne rondo turbinowe.

Nie wdając się w dalsze opowieści o fabule, która sprawia w tej historii najwięcej radości, po prostu skonkluduję: to naprawdę dobra powieść. Błyskotliwe połączenie przerabianego już w różnych konfiguracjach motywu igrzysk, Big Brothera, Harry'ego Pottera i Czary Ognia, produkowanych na pęczki programów o metamorfozach i wreszcie: krwawej powieści akcji. Różność form tutaj jest niewiarygodnie harmonijna, wszystko zdaje się do siebie sensownie pasować, chociaż od ciężkiej doli mieszkańców ubogiej dzielnicy do prezentowania całemu kraju swoich wdzięków jest raczej daleko. To już chyba bliżej ciężkiej doli do brutalnego surwiwalu na arenie Igrzysk. Niemniej jednak wszystkie te inspiracje łączą się w całość, wydają się oczywistymi następstwami konkretnych zdarzeń i jakoś tak po prostu leżą idealnie. Aż miło się czyta.

Ale mimo tego miłego czytania i ładnej formy, autorka niejednokrotnie zaskakuje. Przede wszystkim zawsze myślałam, że jest to książka adresowana raczej do dzieci i młodzieży - tymczasem okazuje się, że niektóre opisy są tak wyraziste i brutalne, że skóra cierpła, a ja mrużyłam oczy. Wszyscy przecież wiemy, że czytając przez przymrużone oczy nie będzie tak strasznie i na pewno skończy się dobrze.

A propos końca. Wydaje Ci się, że wiesz, jak się skończą Igrzyska śmierci? Istnieje szansa, że dobrze kombinujesz. A wiesz, co jest najlepsze? Ano to, że niezależnie od tego, czy się spodziewasz czy się nie spodziewasz, i tak będziesz się świetnie bawić przy lekturze. Zwroty akcji i nieszablonowe rozwiązania są super, nawet jeśli sobie niechcący zaspoilerowałeś zakończenie tak, jak mi udało się to uczynić. Sama sobie! Tak czy inaczej znając zakończenie nadal byłam ciekawa, jak do niego dojdzie. A to już chyba znak, że książka jest czegoś warta.

Zatem jeśli jakimś cudem jeszcze jej nie czytałaś/-eś, zrób to, serio. Ręczę. Nawet po obejrzeniu filmu, przecież wszyscy wiemy, że książki są lepsze prawie zawsze. To znaczy tak myślę, bo do filmu dopiero się przymierzam. I mam nadzieję, że seans będzie równie dobry, co lektura. Miłego!

Powyższa recenzja została napisana na potrzeby mojego prywatnego bloga, a opublikowana jako wpis z cyklu Leniwa niedziela. Zapraszam do lektury! :)

Haruki Murakami: Mężczyźni bez kobiet

Mężczyźni bez kobiet to moje pierwsze spotkanie z krótkimi formami w wydaniu Murakamiego. I choć ten fakt nie jest obojętny dla oceny tego zbioru, odnoszę wrażenie, że można mówić o pewnym powiewie świeżości w murakamowskiej prozie.

Niezwykle trudnym zadaniem jest ocena opowiadań, podczas gdy to nie pierwsza przygoda Japończyka z tą formą, natomiast moja – i owszem. Nie tak w ogóle oczywiście, choć bez ogródek przyznam się, że od form krótkich stronię w każdym przypadku. Żeby zatem nie narazić się na gołosłowność, podeprę się powieściami autora.

A powieści te, już na pierwszy rzut oka podzielić można na dwie grupy: te „bardziej” i „mniej obyczajowe”. Chyba każdy, kto zetknął się już z twórczością Murakamiego, wyraźnie widzi grubą linię, która rozdziela większość z jego powieści (Na południe od granicy, na zachód od słońca jest tu wyjątkiem – bardzo zgrabnym i moim ulubionym, ale jednak wyjątkiem): wstęp i pierwsze fazy akcji przebiegają jak w każdej dobrze napisanej obyczajówce. Poznajemy bohaterów, nierzadko z tłem psychologicznym odmalowanym na kształt ludzkich, mniej lub bardziej codziennych, problemów. I kiedy każdy inny autor pokusiłby się o zwrot akcji, może komplikację, a może wprowadzenie nowego bohatera, który wszystko odmieni, Murakami wymyka się zwyczajności i – ni z tego, ni z owego – odmienia świat przedstawiony, wrzuca go na głęboką wodę realizmu magicznego, w którym od teraz, aż do końca powieści, historia będzie się regularnie zanurzać (najlepszym przykładem jest chyba Sputnik Sweetheart i absolutnie zmieniająca całą historię opowieść o wesołym miasteczku i oknie mieszkania bohaterki, czyż nie?). I, zostając na tej powierzchniowej (ale nie powierzchownej) warstwie tekstu, oto mamy cel sam w sobie: powieść traktuje o jakiejś historii bliskiej naszemu światu, nagle zostaje wrzucona w oniryzm; w rezultacie otrzymujemy jednocześnie historię z wydźwiękiem społecznym i historię, której zakończenie i możliwe dalsze rozwinięcie chowa się w tak głębokiej mgle dziwności i trudnych do wyłapania przez europejskiego czytelnika metafor, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko docenić jej urok – albo dać się porwać w labirynt japońskich odniesień i aluzji. Jestem niemalże przekonana, że w przypadku poprzednich opowiadań Murakamiego sytuacja jest taka sama – a może wręcz głębiej się zanurzamy w ten klimat.

W przypadku Mężczyzn bez kobiet dzieje się coś innego. Z początku myślałam, że opowiadania te będą zbliżone do przywołanego już Na południe od granicy, na zachód od słońca – że będzie tu więcej obyczajowości niż pierwiastków magicznych, a ze względu na formę, autor pokusi się o jakiś metaforyczny, a może nawet i dosłowny przekaz. A tymczasem w najnowszych opowiadaniach dzieje się coś niesamowicie ciekawego: narrator snuje opowieść, rozbudowuje ją o kolejne wątki, wyjaśnia przytaczane historie, zupełnie jakby szykował się na wyjaśnianie dłuższej całości, która będzie miała sens tylko wtedy, jeśli wszystkie jej składowe będą dla nas jasne. I, kiedy spodziewamy się puenty, historia się urywa, obraz znika, zostajemy niemalże siłą wyrwani z historii, która – wydawałoby się – dopiero się rozwija. I w ten, wydawałoby się, prosty sposób Murakami zwraca uwagę na pewną życiową prawdę: nie wszystkiemu w życiu towarzyszą fajerwerki i nie każda historia ma puentę. W ogólnym rozrachunku każde działanie może mieć głębszy sens i prowadzić do kolejnych zdarzeń, ale wyrwane z kontekstu, jako jedne z wielu, jest po prostu historią bez finału, która może dowolnie potoczyć się dalej.

Daleka jestem od powiedzenia, że najnowsze opowieści Murakamiego to krótkie historyjki wymyślone na poczekaniu, a porzucone z powodu braku pomysłu na efektowne zakończenie. Wręcz przeciwnie: to bardzo ciekawy zabieg stylistyczny, będący jednocześnie potężnym nośnikiem treści, a także potwierdzenie, że Haruki nie potrzebuje niesamowitych historii, aby niesamowicie opowiadać. Polecam, choć – rzecz jasna – z dozą zrozumienia dla nieszablonowego pisania.

Lauren Oliver: [delirium opowiadania]

Od wczoraj w księgarniach można zakupić tomik opowiadań uzupełniających trylogię [delirium]. Oczywiście, jako naczelna fanka, pobiegłam do księgarni, a zaraz po powrocie do domu zaczęłam czytać. Co się okazało? "Wchodzi" równie dobrze, co główne tomy serii, jednak spodziewałam się czegoś innego. Ważniejszych faktów? Przeniesienia w czasy "sprzed" albo w krajobraz tuż po finałowych wydarzeniach z 3. tomu? Jest dobrze, ale marzy mi się solidny prequel i sequel, a nie taka ociupinka ;-) Dziś zostawiam Was ze spontanicznie nagraną wideorecenzją, w której szerzej opowiadam o świeżutkim tomiku i o wszystkich "za" i "przeciw". Skusicie się?



Victoria Aveyard: Czerwona Królowa

Czerwona Królowa [Victoria Aveyard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czarno-biały świat. A w zasadzie – srebrno-czerwony, bo takie są ludzkie „barwy”: czerwoni służący i srebrni panowie.

Kontrast między czerwonym i srebrnym zdaje się być wypominany przez każdy aspekt życia – od statusu społecznego, przez przywileje, aż do kwestii zasadniczej: czerwoni to zwykły lud chłopski, srebrni to potęga nadprzyrodzonych mocy. I podczas gdy srebrni pławią się w luksusach dworu i doskonalą swoje umiejętności, czerwoni ledwo wiążą koniec z końcem w swoich wioskach, gdzie racjonuje się wszystko, włącznie z „porcjami” prądu. W takiej rzeczywistości dorasta Mare Barrow – młoda Czerwona, która specjalizuje się w kradzieżach, a nade wszystko boi się zbliżającego się dnia poboru do wojska. A z wojska – prosto na wojnę. Kiedy pewnego wieczora „pracuje” w mieście, na ofiarę kradzieży obiera sobie młodzieńca, który orientuje się w jej zamiarach. Nazajutrz w jej domu rodzinnym pojawiają się wysłannicy Srebrnych. Co to oznacza dla Mare? Dla jej rodziny? Przyjaciela?

Czerwona Królowa to powieść-zagadka: z jednej strony pociąga oryginalną fabułą i lekkością pióra autorki, z drugiej studzi czytelniczy zapał prostotą rozwiązań i powierzchownością wątków. Nie jest jednak tak, żeby zniechęcała do siebie czy nudziła: całą lekturę połknęłam z wypiekami na twarzy, absolutnie zafascynowana światem stworzonym przez Aveyard – szczególnie podobały mi się moce Srebrnych, ich nietuzinkowość i sposób wykorzystania. Z niesłabnącym zainteresowaniem śledziłam intrygę i podziwiałam życie pałacowe, które – choć bezlitosne – naprawdę mnie zafascynowało. Tak naprawdę dopiero skończywszy powieść, poczyniłam prostą refleksję: było super, ale za mało. Oczywiście, że i dłuższa, szerzej rozbudowana akcja by nie zawadziła. Ale chodzi mi przede wszystkim o potencjał zbudowanego świata: życie wewnętrzne rodów, możliwości związane z nadprzyrodzonymi mocami, a wreszcie: intryga. Czytając Czerwoną Królową miałam wrażenie, że cała działalność, nazwijmy ją „nieoficjalną”, opiera się na schemacie: hej, jesteśmy członkami podziemia, ty na pewno nas nie wydasz, dołącz do nas -> plan jest taki, zrobimy to za X dni -> okej, już jest ten dzień, działamy -> okej, coś tam wyszło, nie jest źle. I… tyle. Podobnie jest z wątkiem miłosnym: pojawiają się namiastki trójkąta uczuciowego, więc dlaczego autorka tego nie wykorzystała? Takie niewykorzystane możliwości nasuwają mi pytanie zasadnicze: po co pojawiają się niektóre wątki, skoro nie są rozbudowywane, a i nie stają się narzędziem w rękach intrygantów? Dlaczego dostajemy coś naprawdę dobrego, a nie mamy okazji się w to „wbić”?

>Nie znaczy to wcale, że książka była zła. Wręcz przeciwnie – była bardzo dobra, ale – też bardzo – niedopracowana. Na szczęście zapowiedziane są kolejne tomy tej serii – i żywię ogromną nadzieję, że Czerwona Królowa to był tylko taki wstęp do tematyki, a kolejne części ułożą się w pełen, klarowny obraz i będą kawałem dobrej roboty. Czy tak się stanie, jeszcze nie wiem, ale zaryzykuję i polecę Wam Czerwoną Królową – bo historia jest naprawdę dobra, choć (jeszcze) niepogłębiona. Spróbujcie, zwłaszcza jeśli nie czytacie na co dzień fantastyki.

Potężni są ci, którzy wyglądają na potężnych.

Ten sam temat z perspektywy...
  • Marthy Oakiss [Secret Books]
  • Tetiany [Czytam Oglądam Recenzuję]
  • Chcesz się tu znaleźć? Czytałaś/eś książkę, wyraziłaś/eś, co Ci w duszy gra? Świetnie, skonfrontujmy zatem nasze punkty widzenia! W każdy poprzedzający publikację recenzji piątek o 20:00 na moim fanpagu pojawiać się będzie informacja, co opublikuję. Jeśli pisałaś/eś na ten sam temat, zostaw mi link do recenzji, a ja umieszczę go pod moim teksem. Zawsze warto poznać opinie innych! :) Szczegóły akcji TUTAJ.

KONKURS z Girl Online przedłużony o tydzień. Termin nadsyłania odpowiedzi upływa w piątek, 19 czerwca, o 20:00. Zgłaszamy się TUTAJ :)

Sandy Hall: Musimy coś zmienić [przedpremierowo!]

Oto klasyczna historia: ona zauroczona, on oczarowany. I choć oboje mają się ku sobie, nic z tego nie wychodzi, bo na drodze stają im ich własne słabości – a to, oczywiście, prowadzi do wielu nieporozumień. A jednak jest coś, co sprawia, że historia Lei i Gabe’a jest wyjątkowa. W czym rzecz?

Mimo że znajomość tych dwojga jest raczej trudna, a oboje zmagają się z problemami podobnymi do problemów tysięcy nastolatków – i setek bohaterów literackich – Musimy coś zmienić jest historią absolutnie oryginalną, a co najważniejsze – ciepłą i całkiem zabawną. Całą opowieść, począwszy od tego, jak Lea i Gabe się poznają, a skończywszy na tym, że powoli zaczynają przełamywać lody, relacjonują czytelnikowi ludzie z ich otoczenia: rodzina, przyjaciele, a nawet obcy ludzie, zwierzęta i… elementy wystroju. Ich znajomość, powoli nabierająca rumieńców, ale i nie wolna od nieporozumień, rozwija się w ciągu dziewięciu miesięcy ich nauki w collegu – a my obserwujemy ją dokładnie tak, jakbyśmy byli uczestnikami tej historii! Dzięki takiemu oryginalnemu zabiegowi, jakim jest oddanie głosu bohaterom drugoplanowym, nie tylko poznajemy historię z wielu różnych punktów widzenia, ale też sama opowieść zyskuje na realności: poznajemy skrawek rzeczywistości w takiej formie, jak w życiu codziennym – choć obserwujemy sytuacje, rozmawiamy z ludźmi i odbieramy bodźce, nigdy nie odbierzemy idealnie myśli drugiej osoby, nie spojrzymy jej oczami na relacjonowaną sytuację. I w przypadku historii, w której pojawia się dwóch nieśmiałych bohaterów, o odmiennych charakterach i całkiem różnych losach, taki zabieg doskonale obrazuje, jak oni i ich postępowanie są postrzegani w społeczeństwie. Jest to obraz niezmącony subiektywnymi przemyśleniami głównych bohaterów – i co prawda pozbawia nas to wiedzy, jaką zapewnia wypowiedź narratora wszechwiedzącego, ale za to mamy wrażenie, że obraz sytuacji jest bardzo realny, a sami czujemy się uczestnikami wydarzeń.

Niestety, mimo że pomysł na budowę historii jest świetny, ma on swoje wady. Jak już wspomniałam, historia znajomości dwójki młodych ludzi relacjonowana jest przez rozmaite postaci: pojawia się między innymi brat Gabe’a, przyjaciele Lei, wykładowczyni kreatywnego pisania, baristka ze Starbucksa, inni studenci, kierowca autobusu,… Długo by wymieniać. Jest nawet przesympatyczna wiewiórka-entuzjastka orzechów i ławka, której przemyślenia o świetnym tyłku Gabe’a naprawdę mnie rozbawiły. Ale w pewnym momencie lektury zaczęłam zastanawiać się nad realnością tych historii. Bezdyskusyjnie jestem w stanie zgodzić się, że postać wykładowczyni, która uwielbia swatać swoich uczniów, ma prawo istnieć w realnym świecie – jest to osoba nietuzinkowa, a jej hobby jest wprost szalone, ale ma swój urok i bez żadnego „ale” akceptuję jej obecność. Natomiast jej rozmowy ze swoim asystentem, w których analizują postęp w znajomości Lei i Gabe’a, jest absurdalny i wydaje się być sztuczny, co psuje klimat historii. Podobnie jest na przykład z kierowcą autobusu – sposób, w jaki opowiada o tej parze i fakt, że jego żona uwielbia o niej słuchać, zdaje się być naciągany. Nie chcę przez to powiedzieć, że są to sytuacje niemożliwe, w końcu nasze myśli często skupiają się na przypadkowo spotkanych osobach i bywają abstrakcyjne; odnoszę jednak wrażenie, że zbyt wiele przypadkowych postaci angażuje się emocjonalnie w znajomość Lei i Gabe’a, którzy – nie oszukujmy się – są zwykłymi, niczym nie wyróżniającymi się ludźmi, a ich znajomość rozwija się raczej powoli i bez fajerwerków.

Kolejnym problemem (i zarazem zaletą!) jest długość wątków – są to wręcz miniatury, które, owszem, czyta się świetnie, ale pozbawiają czytelnika możliwości bliższego poznania bohaterów. Analizując Musimy coś zmienić jako całość, otrzymujemy sporą dawkę wiedzy zarówno na temat Lei i Gabe’a, jak i ludzi komentujących ich znajomość. Brakowało mi jednak rozwinięcia wątków pod kątem życia tych konkretnych narratorów – mało wiarygodne jest to, że myślą oni tylko o głównych bohaterach i sprawach z nimi związanych.

Chciałabym jednak zwrócić uwagę, że Musimy coś zmienić to powieść dla młodzieży – i w tym kontekście uważam, że należy ją pochwalić: w raczej średniej objętości zawiera sporo treści, pokazuje, że zwykłą historię można przedstawić w inny, ciekawy sposób i uczy kreatywnych rozwiązań. Choć czytałam tę powieść ze świadomością jej niewielkich mankamentów, z przyjemnością wciągnęłam się w historię, aż wreszcie poczułam się członkiem świata stworzonego przez Sandy Hall. Oto doskonały przykład tego, że ciekawym zabiegiem stylistycznym można stworzyć zupełnie nową jakość. To taka lekka i przyjemna, ale przy tym inteligentnie skonstruowana odskocznia od życia codziennego. Polecam!

_________________
premiera: 13 maja 2015r.
za przedpremierowe udostępnienie egzemplarza dziękuję serdecznie


Colleen Hoover: Maybe Someday [przedpremierowo!]

Maybe Someday - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Życie pisze różne historie: całkiem prozaiczne i te wyjątkowe. Proste i skomplikowane, szczęśliwe i bez happy endu. Ale życie ma też poczucie humoru – czasami bardzo ironiczne: i tak oto proste relacje się komplikują, szczęśliwe chwile zaczynają się boleśnie kojarzyć. To, co uznawane jest za złe, tak naprawdę jest czymś dobrym, co zdarzyło się w nieodpowiednim miejscu i czasie… I tak też stało się z Sydney i Ridgem.

Zaczęło się prozaicznie: on na balkonie ćwiczył swoje kompozycje, ona, po drugiej stronie dziedzińca, podśpiewywała wymyślone przed siebie teksty granych piosenek. On nie miał natchnienia – jej to przychodziło ot tak sobie. I tak się poznali. Sploty pewnych wydarzeń spowodowały, że szybko się zaprzyjaźnili, a więź, która wytworzyła się między nimi była czymś zdecydowanie większym niż przyjaźń. Nie jest to jednak historia, w której tak po prostu dwoje ludzi może być szczęśliwych bez pozostawiania za sobą żadnych ofiar.

Colleen Hoover w Maybe Someday podjęła bardzo trudny temat. Zdrada, bo wokół niej kręci się cała opowieść, jest tutaj oddana bardzo życiowo: jest rysą na szkle nieskazitelnego charakteru, ale też staje się czymś wątpliwym i niejednoznacznym. Autorka w błyskotliwy sposób odrysowuje prawdę starą jak świat: nic nie jest całkiem czarne ani całkiem białe. Przywiązując nas do bohaterów, łamie nam serca – pokazuje, że ktoś, w kogo wierzymy i kogo kochamy, może popełnić błąd; przy okazji Hoover gra też nam na nosie, przebiegle wplatając w fabułę niewygodne pytanie: czemu kogoś postrzeganego negatywnie potępiamy za ten sam czyn, z powodu którego staramy się usprawiedliwiać dobrego człowieka?

Bardzo odważnie odrysowana jest tutaj rzeczywistość: codzienność to nie tylko proza życia i działania o określonej wartości: dobre/złe. To też walka z samym sobą, zwłaszcza jeśli znienacka pojawia się ktoś, kto w jednej chwili potrafi przemeblować poukładane na pozór życie. Tutaj radość przeplata się z cierpieniem, moralność z pożądaniem. Zdrada psychiczna boli tutaj tak, jak zdrada fizyczna (a może nawet bardziej...?), a granice się zacierają. Co można usprawiedliwić dobrymi intencjami? Co można wybaczyć w imię szczerości i wyższych ideałów?

Cała książka wprost emanuje ciepłym, przytulnym klimatem – czytelnik bez wahania zanurza się w kolejne strony i przepada bez reszty, na dobre zadomawiając się wśród bohaterów. Choć niejednokrotnie jest to słodko-gorzka historia, czujemy się w niej świetnie: fabuła wręcz płynie do przodu, czujemy się jak uczestnicy wydarzeń i ani nam w głowie opuszczać ten świat. Miłe uczucia dopełniane są muzyką przygotowaną na potrzeby książki: Griffin Peterson stworzył osiem klimatycznych kompozycji, które odpowiadają piosenkom tworzonym w powieści przez Ridge’a i Sydney. I chociaż teksty nie zawsze do mnie przemawiały, tak muzyka jest naprawdę dobra – a razem tworzą bardzo przyjemną dla ucha mieszankę.

Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was wszystkich do lektury Maybe Someday – to taki wycinek życia zwykłego człowieka, któremu nadano odpowiednią perspektywę i udowodniono, że może być magiczne wskutek tego, co możemy poczuć do drugiej osoby. Może nie jest to powieść idealna, ale z pewnością jest bardzo dobra – i niezwykle przyjemna w odbiorze. Oprócz tego, że funduje czytelnikom cały wachlarz emocji, daje coś jeszcze: sprawia, że chcemy jeszcze intensywniej odczuwać własne życie. I za tę inspirującą dawkę optymizmu, mimo wielu smutnych chwil w życiu bohaterów, szczególnie dziękuję autorce.


_________
za przedpremierowy egzemplarz dziękuję


Danny Wallace: Charlotte Street

Charlotte Street [Danny Wallace]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
W życiu można wybierać różnie. Jason akurat wybrał kiepsko: rzucił posadę nauczyciela i zaczął pracować jako recenzent w podrzędnej gazecie. Na domiar złego rzuciła go dziewczyna, która, jak gdyby nigdy nic, zdaje się wieść szczęśliwe życie w ramionach innego faceta. Ale jest też dobra wiadomość: Jason spotyka pewną piękną kobietę na Charlotte Street!

Od razu jednak chcę rozwiać wszelkie wątpliwości: Charlotte Street to nie jest typowy romans, w którym mężczyzna, mimo przeciwności losu, wreszcie poznaje niesamowitą kobietę i biega za nią z kwiatami i zarzuca czułymi słówkami, aby ją zdobić i stopić tym samym nasze serca. Rzeczywiście wskazuje na to opis okładkowy, a i mnie ciężko jest uciec od stworzenia takiego wrażenia, skoro mówię o tym, co się w życiu Jasona dzieje. Na szczęście jednak to tylko pozory.

Jason to facet jakich wiele – pracuje, przeżywa swoje rozstanie, stara się pozbierać. No i trafia na piękną kobietę, która go fascynuje. Ale tutaj kończą się schematy. Jason ma bardzo specyficzny styl bycia i nie stroni od pokazywania go w swojej opowieści – co wychodzi na dobre, bo, choć na początku może drażnić czytelnika, szybko zmienia się w powód, dla którego go uwielbiamy i nie możemy oderwać się od lektury. Z właściwą sobie ironią i dystansem patrzy na świat i rozlicza się ze swoimi sprawami: przyjmuje kolejne wieści o życiu byłej dziewczyny z lepszym lub gorszym skutkiem, dochodzi do siebie po bolesnym rozstaniu (tak, tak, doskonale pokazuje, że faceci też cierpią, tylko okazują to inaczej!), popełnia błędy. Ale też natrafia na tajemniczą nieznajomą, która go intryguje i o której postanawia dowiedzieć się czegoś więcej.

Na szczęście w Charlotte Street jedynie pojawia się wątek romantyczny, i to nieszczególnie wyeksponowany. Ta powieść to przede wszystkim obyczajówka, wycinek z życia ludzkiego – tym razem przedstawiony oczami faceta, co jest dobrą przeciwwagą do niezliczonych wersji kobiecych wariacji na temat życia. Jason zalicza wzloty i upadki, coś traci i coś zyskuje, momentami jest zabawny i uroczy, momentami – absolutnie nie do zniesienia. Charlotte Street to taka proza życia z innej perspektywy – co by nam, paniom, nie wydawało się, że mężczyźni nie odczuwają.

Sam język powieści, wskutek tego, że narracja została przekazana samemu Jasonowi, jest bardzo specyficzny: ma swój odrębny, niecodzienny styl, sporo w nim ironii, typowych dla Jasona komentarzy. Może być to ciężkie doświadczenie na początku lektury, bo sprawia, że zastanawiamy się, czy to nie jest taki „luz na siłę” i czy sam Jason, mówiąc kolokwialnie, nie jest przypadkiem zwykłym dupkiem. Jednak w tej powieści dzieje się coś niesamowitego: mamy okazję stopniowo poznawać głównego bohatera, od powierzchownych obserwacji wchodzić głębiej w jego psychikę, charakter i zwyczaje, i – po konfrontacji z jego prawdziwym „ja” – zaczynamy go lubić, wręcz mu kibicujemy, a narracja zaczyna być dla nas niezwykle atrakcyjna i błyskotliwa. Dlatego apeluję, dajmy Jasonowi szansę!

Oczywiście jest to lekka literatura, w sam raz na wieczorny relaks z książką; trzeba przyznać, że w swojej klasie stoi na naprawdę wysokim poziomie. Zatem Charlotte Street polecam wszystkim paniom, które chciałyby zajrzeć do męskiego umysłu – a także panom, którzy chcieliby odnaleźć bratnią duszę w chaosie uczuć. Przyjemnej lektury!


Sue Monk Kidd: Sekretne życie pszczół

Sekretne życie pszczół [Sue Monk Kidd]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Życie, w ogólnym rozrachunku, wydaje się być słodko-gorzkie: wzloty, upadki, chwile radości i zwątpienia. I choć nie powinno się takim wydawać czternastolatce, historia nastoletniej Lily jest wprost urzekająca.

Agresywny ojciec i niepokojące dziewczynę widma przeszłości sprawiają, że postanawia uciec z brzoskwiniowej farmy. W plan wciąga swoją opiekunkę i tak dostają się do Tiburonu – małego malowniczego miasteczka w Karolinie Południowej. I choć mała biała dziewczynka i potężna dorosła Murzynka tworzą dość zaskakującą wówczas parę podróżniczek, z powodzeniem udaje im się znaleźć schronienie. Do różowego domku otoczonego ulami prowadzi je jedna z pamiątek po matce – wizerunek ciemnoskórej Matki Boskiej, który Lily rozpoznała w miejscowym sklepie. Pokierowane przez sprzedawcę w odpowiednie miejsce nie tylko spotykają trzy dobroduszne siostry, które udzielają im schronienia, ale przede wszystkim odnajdują spokój i redefiniują swoje spojrzenie na życie. Tylko czy taki stan może trwać w nieskończoność, jeśli przywykło się do przeciwności losu?

Sekretne życie pszczół, podobnie jak życie ludzkie, o którym opowiada, jest słodko-gorzkie. Nie brakuje tu rozczarowań, cierpienia i bolesnych widm przeszłości – ale jest też spokój, zrozumienie, wyciszenie i radość życia. I choć historia jest przede wszystkim o tych emocjach i odnajdywaniu siebie, nie nuży nas ani przez moment; to taki mały wycinek ludzkiego życia, który – nie zawsze szczęśliwy – twardo osadzony jest w rzeczywistości i ukazuje, jak wiele aspektów może mieć taka niedługa chwila. Akcja toczy się w latach 60. w Południowej Karolinie: panuje tam wówczas lato, a więc upały ścinające z nóg. I taka też jest atmosfera powieści: powolna, pachnąca latem i słodkim, lepkim miodem. Autorka doskonale posługuje się słowem, bez większego wysiłku odmalowując przed oczami czytelnika pasieki, między którymi słychać bzyczenie pszczół i czuć duszne powiewy upalnego powietrza. Zresztą nie tylko krajobraz jest wyrazem kunsztu Sue Monk Kidd – są to przede wszystkim emocje, zdarzenia i postaci. To właśnie bohaterowie nadają Sekretnemu życiu pszczół prawdziwego charakteru: każdy z nich jest niepowtarzalną, oryginalną osobowością, której cechy towarzyszą tak naprawdę każdemu jej działaniu. Nie dość, że są to postaci bardzo przemyślane i odrysowane w powieści jak żywe, to do tego część z nich jest naprawdę… specyficzna. Nie trzeba daleko szukać – spójrzmy na siostry z kalendarza, których imiona odpowiadają wiosennym i letnim miesiącom: jest August, która służy dobrą radą i roztacza wokół siebie takie ciepło i poczucie bezpieczeństwa, że dociera ono aż do czytelnika; jej siostra, June, choć na początku nie lubi Lily, nie jest w swoich uczuciach zwykła i przewidywalna; no i wreszcie May, postać absolutnie nietuzinkowa. Majowa kobieta jest wrażliwa za siebie, nas wszystkich i jeszcze trochę na zapas: wpada w histerię, ilekroć coś złego się przydarzy. I choć jest to przygnębiające, a dla niej trudne, nie sposób się nie zaśmiać, ilekroć zaczyna zawodzić Oh! Susanna, kiedy stara się uspokoić – nierzadko po zdarzeniach dla nas błahych.

Jednak Sekretne życie pszczół to nie tylko opowiastka o życiu w sielankowym Tiburonie. W powieści przewija się też wątek społeczno-polityczny; i choć jest bardzo subtelnie wpleciony w historię nastoletniej Lily, odgrywa ważną rolę i jeszcze mocniej osadza w kontekście opowieść o ciemnoskórych kobietach. Lata 60. to oczywiście pierwsze prawa dla Murzynów żyjących w Ameryce Północnej i fala przemocy i sprzeciwu względem tak kontrowersyjnych postanowień. Tłem dla życia jednostki jest tutaj uzyskanie prawa do głosowania, niesamowite emocje temu towarzyszące, konflikty etniczne, dyskryminacja i problem tolerancji i współistnienia w społeczeństwie. Wszystko to sprawia, że powieść wydaje się nie tylko bardzo realna, ale też dodaje to kolejne emocje do i tak ogromnego przekroju tego, co przyszło czuć kobietom z Sekretnego życia pszczół – i tego, co czuje każdy człowiek. I choć dynamika wydarzeń nie jest w tej powieści priorytetem, to jest to wieloaspektowa historia, którą warto znać – czy to dla wątków społeczno-politycznych, historycznych, czy czysto życiowych. Bo niezależnie od tego, czy autorka opisuje rzeczywistość, czy życie wewnętrzne bohaterów, robi to nad wyraz trafnie. Bez dwóch zdań, polecam!

W gruncie rzeczy nie trzeba być w czymś najlepszym, wystarczy, że się to kocha.



Uwaga, uwaga, Kochani, wspaniałe wieści! Pamiętacie Isabelle? Recenzowałam ją dla Was w marcu - a teraz została doceniona: możecie przeczytać ją ponownie, tym razem w kwietniowym numerze Dwumiesięcznika Literackiego SOFA! Jeśli macie ochotę przejrzeć magazyn, kliknijcie w jego przepiękną okładkę :)

T.E. Sivec: Piękne kłamstwo

Piękne kłamstwo. Igrając z ogniem [Tara Sivec]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Ona – pani fotograf, roztaczająca wokół siebie niesamowitą aurę. Oni – Garrett i Milo, najlepsi przyjaciele z czasów szkolnych. Kiedy los splata ich drogi, stają się przyjaciółmi, ale też wikłają się w emocjonalny trójkąt, który starają się przemilczeć i zrobić przysłowiową minę do złej gry. Na domiar złego, Milo ginie podczas wykonywania misji dla marynarki wojennej. Czy wszystko jednak jest takie, na jakie wygląda?

Każdy ma swoje tajemnice. Nie ma jednak miejsca na przyziemne sekrety, gdy jest się związanym z marynarką wojenną – tu w grę wchodzą tajemnice wagi państwowej i śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale pod płaszczyk tajemnicy zawodowej można wiele upchnąć…

Kiedy poznajemy Parker i Garretta, zmuszeni są już żyć w świecie bez ich najbliższego przyjaciela, Mila, który zginął na Dominikanie podczas rutynowej akcji. I choć są przepełnieni bólem po jego stracie, wciąż buzują w nich skrywane przez lata emocje: choć Parker była z Milem bardzo szczęśliwa, tak naprawdę zakochała się od pierwszego wejrzenia w Garrecie. Garrett zresztą czuł to samo, ale które z nich miałoby odwagę się do tego przyznać? Oboje żyli uczuciem do Mila, które napędzało także poczucie, że nie mogą Milowi dokładać zmartwień i ciosów ze względu na jego przeszłość. Kiedy Garrett decyduje się wyjechać na Dominikanę, żeby zbadać okoliczności śmierci przyjaciela, akcja nabiera rumieńców: powoli układają się wszystkie elementy układanki, a prawda z chwili na chwilę staje się coraz bardziej szokująca. Co tak naprawdę się wydarzyło? I czy mężczyzna ma szansę zdobyć serce ukochanej?


Piękne kłamstwo to powieść o wielu twarzach: utrzymana w konwencji thrillera, nie stroni też od cech powieści obyczajowej, a nawet erotycznej. Wartka akcja przeplatana jest wątkiem miłosnym, wspomnieniami bohaterów, ale też ostrzejszymi scenami: zarówno erotycznymi, jak i walki. Nie jest jednak tak, żeby te „dodatki” do klasycznej budowy thrillera starały się zdominować konwencję powieści czy żeby przeszkadzały w odbiorze. Choć powieść ma kilka słabszych momentów i pewne, powiedziałabym: nieudolne, próby wybrnięcia z martwych punktów, gdzie akcja zaczyna wkraczać na schematyczne tory, w gruncie rzeczy jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ciekawi i trzyma w napięciu, a to najważniejsze, co thriller powinien dać czytelnikowi. Nie należy się też przejmować brutalnymi czy erotycznymi scenami, jeśli nie lubimy takich zabiegów, bo występują one naprawdę sporadycznie; nie ulega jednak wątpliwości, że jest to książka dla dorosłych czytelników, bo mocniejszych opisów co prawda nie ma za dużo, ale za to są nośnikiem dość konkretnej treści. Warto też mieć na uwadze, że powieść jest dość wulgarna, więc delikatniejszym odbiorcom raczej poleciłabym zastanowienie się przed sięgnięciem po Piękne kłamstwo.

Co mnie cieszy w tej powieści to właśnie jej struktura – autorka postanowiła poprzeć treść pomieszaniem gatunków, co powoduje, że nie jest to powieść typowa. I, co ważne, nie jest ona pretekstem do „przemycenia” wątków obyczajowych i erotycznych. Zdarza się w literaturze, że formuje się fabułę do konkretnego modelu gatunku, a potem szpikuje się ją do oporu (a czasem nawet i mocniej) czymś zupełnie innym (w znakomitej większości: erotyką lub romansem), co daje efekt raczej odrzucający, zwłaszcza dla osób, które sięgnęły po tę konkretną pozycję w innym celu. Na szczęście w przypadku Pięknego kłamstwa tak się nie dzieje, odmienne gatunki zdają się ze sobą współistnieć i wzajemnie na siebie oddziaływać, co w końcowym efekcie daje całkiem przyjemną literaturę.

Oczywiście trzeba pamiętać, że nie jest to nic fenomenalnego ani nader zadziwiającego – nie jest to ani wbijająca w fotel powieść sensacyjna, ani soczysty romans. To raczej taka wypadkowa tych gatunków, co prawda tracąca nieco na jakości względem najlepszych ich przedstawicieli, ale za to łącząca je ze sobą ze smakiem, dająca czytelnikowi coś nowego. A może nawet łącząca miłośników tych dwóch, dość różnych przecież, gatunków?

Uważam, że Piękne kłamstwo to historia warta poznania – co prawda czyta się to bez nadzwyczajnej ekscytacji czy fajerwerków, ale za to z przyjemnością. Mimo pokaźnej objętości, jest to historia na jedno posiedzenie – a to dopiero początek trylogii…
__________________________
za egzemplarz dziękuję serdecznie