Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

Rob Hart: Magazyn

Książki typu Magazyn Roba Harta to publikacje, na które zawsze czekam z niecierpliwością. Nuta dystopii, szczypta poczucia realności, przeczucie spisku... Zdecydowanie brzmi jak coś dla mnie. Jednak oczekiwania bardzo łatwo wywindować - a jak poszło ich spełnianie?

Wszelkie dystopie i antyutopie są atrakcyjne przede wszystkim dlatego, że sprawiają wrażenie realności; że  m o g ą  stać się realne, jeśli coś pójdzie bardzo, bardzo źle. I choć to wizja mało możliwa i przerażająca, to jednak w pewien sposób intrygująca. Jeśli czujesz dreszcz, poznając czyjąś wizję przyszłości, jest to wizja bardzo sugestywnie zaprojektowana, a w konsekwencji - jest to dobra książka. Spodziewałam się, że Magazyn będzie tego doskonałym przykładem - ale niestety na dobrych chęciach się skończyło. Bogata, potężna korporacja, świat przyszłości złamany zapowiadanymi dziś klęskami naturalnymi, trzej skrajnie różni bohaterowie: właściciel światowego giganta, szpieg korporacyjny i zwykły pionek - co mogło pójść źle?

Przede wszystkim niewykorzystany potencjał. Realistycznie rozplanowany świat, zakrojony z rozmachem, uwzględniający jego rozmaite elementy, a nie tylko podstawy niezbędne do rozegrania zaplanowanej akcji (tu brawa za wyważenie opisów, których zwykle jest za mało albo za dużo; szkoda tylko, że skupiły się na samej korporacji i w niewielkiej części na ogólnym zarysie świata w bliżej nieokreślonej przyszłości, który powinien być tu punktem wyjścia, który pozwoli czytelnikowi zidentyfikować się z opowiadaną historią) został całkowicie pogrzebany przez bardzo słaby pomysł na fabułę, prześlizgiwanie się po kolejnych punktach w planie wydarzeń, nieumiejętne zarysowanie postaci. Można by się długo rozwodzić nad wadami tej książki, zmarnowanymi szansami i możliwymi rozwiązaniami fabularnymi, ale tak naprawdę, jak to poprawnie zrobić, nie mając żadnego punktu odniesienia? Opowieść jest, potencjał jest, historyjka na teraz i nigdy więcej - jest. Ale jeśli oczekujecie czegoś ponad niezbędne dla dystopijnych thrillerów minimum - ekscytacji, strachu, dociekań, wątpliwości - odradzam. Jeśli jednak zdecydujecie się na lekturę, dajcie proszę znać, co myślicie o próbie plot twista pod koniec powieści. Możecie też dać znać, jak tam hamburgery, bo mnie tylko zażenowały. Nie polecam.


[przedpremierowo!] Sanjida Kay: Skradzione dziecko

"Skradzione dziecko" to taka nieoczywista książka, że aż miło czytać! Zatem zacznijmy od najważniejszego: jeśli nie lubisz historii o dramatach rodzinnych i porwaniach dzieci (ja nie znoszę!), nie skreślaj tej książki. Jeśli odrzucają Cię wszystko sugerujące tytuły, nie omijaj tej powieści. Jeśli masz już dość schematycznych thrillerów, nie wrzucaj tej publikacji do tego worka. Wbrew tytułowi i opisowi, w "Skradzionym dziecku" dzieje się ciekawie - nie tylko pod względem fabularnym, ale też narracyjnym i językowym. Jest dobrze!

Z pozoru "Skradzione dziecko" to taka typowa dla literatury opowieść - adoptowane dziecko, które po latach jest odnajdywane przez biologicznych rodziców, wzajemne oskarżenia, mamienie Bogu ducha winnego malucha, próby porwania, niekończąca się walka. Skłamałabym mówiąc, że w powieści Sanjidy Kay tych wątków w ogóle nie ma - przecież są nierozłączne z tematyką, którą podjęła autorka. Niemniej jednak w tym przypadku schematy są tak dalekie od treści, jak tylko się da.

To, co od razu mi się spodobało, to fabularne rozplanowanie powieści - chociaż zawirowania wokół rodziców Evie, córeczki głównej bohaterki, są głównym tematem, czytelnik nie został rzucony na głęboką wodę, prosto w wir walki i "zamieszania" wokół dziewczynki. Akcja rozwija się stosunkowo powoli (ale nie nudno!), jako czytelnicy mamy okazję dobrze poznać nie tylko Evie, ale i jej bliskich, środowisko, w którym żyje i świat, po którym poruszają się bohaterowie. Wchodząc w świat powieści, znajdujemy się w konstrukcji typowej dla powieści obyczajowej, i to bardzo sprawnie napisanej - poznajemy osoby, które będą nam towarzyszyć w czasie lektury (i trzeba przyznać, że są to dobrze wykreowane postaci!), zanurzamy się w klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja (pięknie oddana małomiasteczkowość i cudowny klimat jesiennego, nieco mrocznego wrzosowiska), utożsamiamy się z akcją na tyle, żeby uczestniczyć w niej jako obserwator będący częścią społeczności wykreowanej przez Kay. W ten sposób otrzymujemy nie tylko właściwe proporcje powieści, które dodatkowo pomagają nam się zżyć z bohaterami, ale też doskonałą powieść obyczajową. Powieść, która szybko rozwija się w thriller, nie tracąc przy tym samym swojej doskonałej narracji. Nie ma tu kurczowego trzymania się głównego wątku, tło tworzą wątki poboczne, ale wcale nie mniej ważne niż ten wiodący. Co ciekawe, jest to chyba pierwsza książka, która miała na tyle dobrze napisane postaci, że najwięcej uwagi (i sympatii!) poświęciłam nie tyle głównej bohaterce czy bohaterom bezpośrednio rozpisanym w głównej akcji, ale małemu chłopcu, który jest przeuroczą postacią.

Czy wobec tego książka ma jakieś wady? No jasne, każdy i wszystko ma swoje wady. Chociaż tempo fabularne i rozpisanie historii jest niemalże doskonałe, ta iluzja dosłownie runęła pod koniec powieści, w punkcie kulminacyjnym i zamknięciu konfliktu. I chociaż ze względu na specyfikę opowiedzianej historii zakończenie jest słuszne i kompozycyjnie właściwe, wydaje się trochę przegadane. Konstrukcja epilogu, właściwego raczej powieściom obyczajowym, uspokaja i wycisza akcję, pozostawiając wrażenie niedosytu, że w ostatnich zdaniach nie było efektu "wow". A szkoda, bo sama zagadka, kto stoi po "ciemnej stronie" powieści, była nieprzewidywalna i mnie zaskoczyła.

Podsumowując - warto, mimo drobnych potknięć. Zarówno dla miłośników thrillerów, jak i obyczajówek i dramatów. Wszystkiego tu po trochu, i wszystko jest bardzo dobre w ramach gatunków. Polecam!

Rebecca Fleet: Zamiana

Carolina i Francis, małżeństwo po przejściach, wyjeżdża na tydzień za miasto, żeby odpocząć od problemów i dać sobie kolejną szansę. Jako destynację wybierają podmiejski domek, w zamian oddając swoje mieszkanie do dyspozycji lokatorom z przedmieść. Szybko jednak okazuje się, że  nadchodzący tydzień będzie daleki od beztroski, a niewinna wymiana domami z nieznajomymi kryje w sobie drugie dno.

Tak jak brzmi, tym też jest - przedstawiam Wam jeszcze jeden thriller, i to całkiem niezły. I choć daleko mu formą do bestsellerów patrzących na nas z niemalże każdej księgarnianej półki, w tym tkwi jego siła - ma coś swojego, oryginalnego, niepowtarzalnego. I chociaż - jak w wielu innych powieściach w tym nurcie - króluje w nim zagadka i niepewność, retrospekcje pełne bólu i rozpaczliwe próby zrozumienia, dlaczego, w "Zamianie" jest coś jeszcze. Są to uczucia: pewnie, konkretnie zarysowane, wypełniające bohaterów i ich działania, a nie tylko zasygnalizowane gdzieś "obok", jakby mimochodem, żeby atmosfera była podsycana czymś nienamacalnym. Tutaj króluje całe spektrum odczuć i wrażeń, a także liczne wątki, które powodują, że aż chce się to podkreślić: ta książka jest niesamowicie seksowna. I to wcale nie chodzi o to, że są w niej wątki erotyczne czy miłosne. Nie, że ktoś kogoś pragnie i o tym rozmyśla. Nie. To jest seksowność w czystej postaci. A konkretniej w postaci nieopisywalnego napięcia wplecionego gdzieś między wersy, dobrze oddana atmosfera potrzeby drugiej osoby, a dopiero na końcu - seks sam w sobie. Jest to tak rzadkie zjawisko - zwłaszcza w tak dobrej formie! - że aż prosi się, żeby o tym powiedzieć. Bo mam wrażenie, że ta idealnie oddana zmysłowość jest tu wręcz większym atutem niż sama thrillerowa konstrukcja. Choć i ta nie ma się specjalnie czego wstydzić.

Jeśli chodzi o zarzuty, to tu (niezmiennie!) będzie to zakończenie. Za zwykłe, zbyt przegadane, zostawiające wrażenie niweczenia tego, co autorka tak starannie budowała na kolejnych stronach powieści. To tyle z punktu widzenia thrillera. Z punktu widzenia powieści obyczajowej, może nawet trochę psychologicznej, zabrakło mi tu czegoś innego - skoro już nie kończymy mocno, gatunkowo, to może chociaż byśmy zamknęli temat jeszcze jednym ładnym, zmysłowym obrazkiem? Jednak tak też się nie dzieje, co prowadzi do wniosku, że zamknięcie całej historii wychodzi poza kompozycję i obniża wartość całej powieści. Mimo to uważam, że "Zamianę" warto znać - trochę z powodu opowiedzianej historii, a trochę z powodu, w jaki autorka przemyca emocje i jak prawdziwie one wyglądają. A taka umiejętność jest bezcenna.

Araminta Hall: Okrutne pragnienie

Powiedzmy to sobie na wstępie - "Okrutne pragnienie" to taka powieść, która pewnie nie przyciągnie tłumów od samego leżenia we właściwym miejscu księgarni. Tytuł jakiś taki niezdecydowany, co właściwie reprezentuje, okładka też tak jakby pozbawiona przekazu - no, błądzimy na oślep. Może jakiś kryminał? A może erotyk? Może jego zawartość będzie równie "płaska" jak opakowanie? Jasne, wszyscy wiemy, że książki po okładce się nie ocenia. Ale też dzisiejszy marketing - i ceny książek również - przyzwyczaiły nas do tego, że jednak wrażenia estetyczne też są mile połechtane (albo całkowicie zdeptane, ale to już temat na zupełnie inną historię). A tu proszę - książka tajemnica, i to wcale nie taka hipnotycznie przyciągająca ku sobie. ALE. Ja tę książkę dostałam po zapoznaniu się z jej opisem - i niezależnie od tego, jak łatwo prześlizguje się po niej wzrok w księgarni pełnej kolorów, jak przypomnicie sobie jej tytuł to ją kupcie, wypożyczcie, wybłagajcie koleżankę, żeby się podzieliła, albo przyjdźcie do mnie. Słowem - przeczytajcie ją!

Dlaczego mi tak na tym zależy? Bo czym więcej thrillerów czytam, tym więcej słabych bestsellerów udaje mi się wyłowić. Trudno kogokolwiek za to winić - żaden gatunek nie jest z gumy, nawet najbardziej płodny pisarz-entuzjasta innowacji w pewnym momencie jest skazany na powielanie schematów, a przynajmniej przetartych szlaków. A w "Okrutnym pragnieniu" niby tak nie jest? - zapytacie. Ano nie do końca. Bo chociaż niektóre elementy wprost muszą się pokrywać z tym, co już kiedyś zostało napisane, samo spojrzenie na historię jest dla mnie powiewem świeżości. Nie mówiąc już o mistrzowskim piórze i bardzo dobrym przekładzie, co niezmiennie dodaje wartości historiom.

Głównych bohaterów, Mike'a i Verity, poznajemy w samym środku wspomnienia o ich nietypowej grze miłosnej, której lubili oddawać się bez reszty. Verity, piękna, zmysłowa kobieta, wchodziła do baru i czekała (jak się domyślacie, nieszczególnie długo), aż jakiś zainteresowany nią mężczyzna podejdzie poflirtować. Wszystko z boku obserwował Mike, jednocześnie czekając na znak ukochanej, po którym wkraczał do akcji i przemocą tłumaczył delikwentowi, gdzie jego miejsce. Odgrywana po stokroć scena za każdym razem działała na kochanków jak afrodyzjak - i prowadziła ich do toalety lub tuż za drzwi lokalu, gdzie dawali upust emocjom. I chociaż sam wstęp raczej sugerowałby rasowy erotyk, albo przynajmniej powieść z pikantnymi wątkami, tak naprawdę warto postawić sobie pytanie, jak ta scena wygląda z perspektywy psychologicznej? Może i to dziwne pytanie, ale wierzcie mi, zadacie je sobie jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt razy. A dopiero jesteśmy na początku lektury.

"Okrutne pragnienie" jest w gruncie rzeczy opowieścią o miłości i namiętności, ale też zawiłościach ludzkiej psychiki, zranieniu i wyborach. Jest thrillerem psychologicznym z górnej półki, choć wcale czas zamknięty na kartach powieści nie galopuje w tempie typowym dla tego gatunku. "Okrutne pragnienie", choć być może ma mocno nietrafiony tytuł, tak naprawdę jest pokazem fantastycznego pióra autorki - opowiedziana historia jednocześnie wywołuje tyle sprzecznych uczuć, że najpierw czytelnik się dezorientuje, a później chce więcej. Powieść jest seksowna, niepokojąca, zastanawiająca. Potrafi sympatię do bohatera przemienić na niechęć, strach, a później spowodować, że będzie nam tej samej postaci żal. Potrafi spowodować, że nie będziemy umieli wybrać stron, a podział na czarne i białe definitywnie przestanie istnieć.

Jeśli czegoś mi żal, to konstrukcji ostatniej części. Tempo trochę zwolniło, opowieść odkrywała pominięte wątki dość po macoszemu, jakby z powinności. I zakończenie - to rzadko kiedy się udaje, a tak dobrze napisana powieść na pewno na nie zasługuje. W tym przypadku niestety też się nie udało. Jednak mimo tych mankamentów muszę przyznać, że jestem zauroczona piórem Araminty Hall, a budową powieści autorka udowodniła, że wciąż zostało wystarczająco przestrzeni w literaturze, żeby ukazać coś w nowatorski sposób. Polecam!

Christina Dalcher: Vox

Zaczęło się prozaicznie - mimochodem redukowane pozycje reprezentacyjne zajmowane przez kobiety, tłumienie protestów, indoktrynacja dzieci pod płaszczykiem edukacji. Może i niezbyt zdrowe obrazki, ale na pewno znane z historii, nawet tej najnowszej. Kiedy jednak wybory wygrały "właściwe" osoby, cicha polityka przemieniła się w otwartą agresję: kobietom założono na nadgarstki liczniki słów, z dnia na dzień pozbawiono ich pracy, zamknięto w domowych kieratach bez wolności i godności. Brzmi przerysowanie? No jasne. Ale wypadło całkiem wiarygodnie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o powieści "Vox", miałam mocno mieszane uczucia. Zamknięcie kobiecych ust siłą, rozgrywające się w skali państwowej? Bransoletki rażące prądem za przekroczenie limitu 100 słów? Zaprowadzenie absurdalnego wręcz terroru w  A m e r y c e , najbardziej wyzwolonym miejscu na Ziemi? No, nie wiem. Zwłaszcza, jeśli promocja publikacji aż ociekała dyskursem feministycznym, który - nie oszukujmy się - w ostatnich czasach wywędrował zdecydowanie za daleko od swojej pierwotnej idei. Dlatego też do powieści podeszłam dość sceptycznie, gotowa na idee, o których wcale nie chcę czytać.

Ale, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, powieść okazała się być całkiem dobrym thrillerem. Wbrew reklamie, wcale nie ociekała feminizmem ani postulatami - ani dobrymi, ani złymi. Jak już, to była popisem rasowego szowinizmu, ale tego akurat należało się spodziewać, skoro autorka zamierzała uzyskać efekt państwa zdominowanego przez mężczyzn. Mamy więc neutralne dla świata realnego, ale bardzo barwne dla warunków powieściowych zarysowanie świata. Mamy ciekawych bohaterów, niebanalną fabułę (choć taki gatunek wręcz musi zahaczyć o obowiązkowe "punkty programu", pomiędzy nimi autorka bardzo ładnie przemyciła kilka niebanalnych wątków towarzyszących) i lekkie pióro. Do tego stopnia lekkie, że świat, o którym zaledwie kilka zdań wcześniej napisałam, że jest przerysowany, stał się miejscem ciekawym i dosyć realnym (choć tylko na potrzeby powieści, bo nakładając jej obraz na nasze życie, możemy tylko uśmiechnąć się z pobłażaniem). I chociaż można by wyliczyć kilka mankamentów, a już z całą pewnością zarzucić pośpieszne, niechlujne wręcz zakończenie tak misternie witej historii, "Vox" samo w sobie jest poprawną, dobrą pozycją do poduszki.

Jak to jednak w dzisiejszych czasach bywa, reklama dźwignią handlu - i reklama źródłem nieszczęść. Jak dla mnie, w tym przypadku skłaniałabym się raczej ku stwierdzeniu, że polski marketing (zakładam, że na wzór marketingu rodzimego dla autorki) zrobił "Voxowi" krzywdę. OK, osoby intensywnie funkcjonujące w dzisiejszym kształcie nurtu feministycznego na pewno kupiły tę powieść w ciemno - ale cała reszta społeczeństwa? Czy reklamowanie powieści oderwanej od rzeczywistości (bo to jest, proszę Państwa, klasyczna antyutopia, nie zapominajmy proszę o tym!) hasłami "ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet", "niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze" lub "czy to tylko zatrważająca dystopia?", jest na pewno w porządku?

Tak, dzisiejszy świat (i nie tylko dzisiejszy!) jest pełen podziałów i dyskryminacji. Tak, kobietom wciąż odmawia się pewnych rzeczy, zwłaszcza w mniej rozwiniętych rejonach świata. Tak, powieściowe zakucie w kajdany można traktować jak metaforę - a jej przerysowanie jak znak, że i my, jako gatunek ludzki, zaczynamy przekraczać niewłaściwe granice. To wszystko jest prawdą, ale jednak nie nazwałabym "Vox" manifestem. A tym bardziej byłabym ostrożna w zacieraniu linii, która w tym przypadku dość stabilnie oddziela nas od świata przedstawionego, mimo że przebiega ona po płaszczyźnie tematyki bardzo aktualnej w realnym życiu.

Czy zatem mogę polecić powieść Christiny Dalcher? Oczywiście. Nie jest to genialna praca, ale z pewnością jest poprawna i przyjemna dla czytelnika. Prowokuje do myślenia i analizy świata, który otacza nas na co dzień. Mimo to zachęcam do pozostawienia jej tam, gdzie jej miejsce - w sferze literatury. I nie powołujmy się tu na Huxleya i Orwella, bo to - niestety - trochę nie ta półka.

[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień

Ona - perfekcyjna pani domu, piękna żona, troskliwa mama. On - człowiek sukcesu, kochający mężczyzna trzymający wszystko w ryzach. Ale... czy na pewno? Oto pytanie, które w ostatnim czasie bardzo chętnie stawia czytelnikom literatura - zwłaszcza ta akcji. Ale nie dajmy się zwieść - Ten jeden dzień nie ma w sobie nic z dotychczasowych bestsellerów.

Choć powieść Roudy jeszcze dobrze nie weszła na polskie półki, już zaczęły pojawiać się głosy, że do złudzenia przypomina niedawny hit wydawniczy, Za zamkniętymi drzwiami (B.A.Paris). I choć rzeczywiście opis powieści zdaje się to sugerować, pozwolę sobie na stwierdzenie, że to na nim zatrzymali się najgorliwsi orędownicy takich opinii. Już od pierwszych stron ogarnia czytelnika powiew świeżości: wbrew wszelkim oczekiwaniom i przyzwyczajeniom, do których doprowadziła nas powtarzalność wydawnicza, pałeczkę narratora (pierwszoosobowego!) przejmuje niemalże na wyłączność mężczyzna. Ów człowiek, Paul, jest głową rodziny: ma dwójkę synów, których chce wychować na prawdziwych mężczyzn oraz żonę - piękną, zdolną Mię, którą z powodzeniem postanowił uwieść w chwili, w której tylko ją zobaczył. A idealna rodzina oznacza idealne życie - i takie też jest: prestiżowa praca, bogactwo, wystawne domy. Do tego perfekcyjnego życia zaglądamy o poranku, akurat w dniu, gdy Paul odwozi swoich synów do szkoły, a następnie zabiera żonę na romantyczny weekend do domku letniskowego nad jeziorem.

I choć perfekcja aż zionie z każdego skrawka powieści, jest to ten rodzaj idealności, w którym od razu wyczuwa się powierzchowność. A może to po prostu złe przeczucia biorą górę? Bo te zdecydowanie trzeba mieć - i to wcale nie ze względu na intrygujący opis powieści, ale na niezwykłą umiejętność autorki do przenoszenia emocji na papier (w tym miejscu ogromne brawa dla tłumaczki!). Gwarantuję, że już od pierwszych zdań będziecie czuć, że coś jest nie tak - a później rozwinie się napięcie, które nie opuści Was prawie do końca. Jednak to wszystko jest możliwe pod jednym warunkiem - że nie będziecie oczekiwać od Tego jednego dnia, że będzie thrillerem. Bo, wbrew zapowiedziom, wcale nim nie jest.

Czytając tę powieść w kluczu thrillera, można się w pewnym momencie akcji zdziwić - żeby nie powiedzieć: rozczarować. Owszem, historia trzyma w napięciu, a wydarzenia nieubłaganie prowadzą ku podejrzanemu finałowi - ale nie jest to ani ten rodzaj napięcia, jakiego należy oczekiwać po thrillerze, ani nie są to wydarzenia, które zapewniłyby historii dynamikę powieści akcji, ani nawet finał nie szykuje brawurowego twista. Po części to wina wydawcy, po części autorki - z jednej strony opis okładkowy sugeruje jeszcze jeden wydawniczy smaczek dla fanów napięcia i błyskotliwych pomysłów, z drugiej zaś sama autorka nie do końca udanie oscyluje między dramatem psychologicznym a thrillerem. Czuć, że powieść ma potencjał, a i Rouda ma ambicję, aby prowadzić do czegoś intensywniejszego i barwniejszego niż dramat obyczajowy - ale nie ma na tyle odwagi, żeby z historii z tłem zaburzeń osobowościowych pójść o krok dalej i uwić konkretną intrygę. I tak Mia i Paul wiszą poniekąd zawieszeni w próżni - zbyt przerysowani, by być odzwierciedleniem realnych życiowych dramatów, ale zbyt życiowi, żeby być bohaterami zapierającego dech w piersiach thrillera. I choć powieść sama w sobie jest dobra, a styl autorki zachwycający, "niedorysowani" bohaterowie (a może niezdecydowanie ich twórczyni?) pozostawiają niedosyt i wrażenie odrealnienia, niezależnie od tego, jak potraktujemy powieść.

Czy zatem warto? Oczywiście, pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, czego oczekujemy - a w tym przypadku należy oczekiwać dobrej powieści psychologicznej z suspensem. Jeśli pozwolimy sobie na "wkręcenie się" w opowieść Paula i jego codzienność, jeśli damy się zaniepokoić doskonałemu doborowi słów i podszeptom między wierszami, i jeśli będziemy odbierać historię przez pryzmat samych siebie - ludzi z krwi i kości żyjących w realnym świecie - zamiast widzów zapierających dech w piersiach wydarzeń, Ten jeden dzień na pewno trafi do naszej wrażliwości. Nie jako książka wyjątkowa i nie jako coś niepowtarzalnego, ale zdecydowanie jako kawałek niezłej literatury z ogromnym potencjałem pisarki. Miejmy nadzieję, że przy następnej okazji posłuży on czemuś jeszcze lepszemu.

Książka ukaże się 30 stycznia 2019 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Katarzyna Musiołek: Ktoś ci się przygląda

Ktoś ci się przygląda to książka, która powstała na fali mody na thrillery. I wyjaśnijmy to sobie od razu: nie mówię tak tylko dlatego, że to kolejna powieść w ramach tego gatunku, która trafiła niedawno na półki. Niestety, w historii widać dwa wyraźne wpływy: wspomnianej już mody i, tym samym, zapotrzebowania na kolejne warianty zagłębiania się w skomplikowane historie, oraz sukcesu Magdy Stachuli, który otworzył nowy rozdział dla polskich autorów, zwłaszcza tych specjalizujących się w "ciemnych" gatunkach. 

Tego "niestety" może i nikt by nie wypowiedział, gdyby była to inspiracja służąca stworzeniu czegoś nowego, lepszego, ciekawszego. Jednak w tym konkretnym przypadku zabrakło wielu ważnych dla sukcesu i poczytności czynników: książka jest dość przewidywalna, schematyczna i zdradza wyraźnie, gdzie i jaki rodzaj inspiracji został zaczerpnięty przez autorkę. Jednocześnie warto pochwalić sposób prowadzenia narracji - choć nie wyróżnia się on na tle pozostałych współczesnych powieści, jest na tyle dobry, że skutecznie wciągnął mnie w przeciętną historię. Gdyby nie jego literaccy poprzednicy, Ktoś ci się przygląda byłby niezłym prekursorem gatunku. Te czasy mamy jednak dawno za sobą, warto więc rozejrzeć się za czymś konkretniejszym. 

Ci, którzy zdecydują się na lekturę, raczej nie stracą bez sensu czasu - czyta się lekko i przyjemnie, mimo wszystko powieść ma w sobie "coś", co powoduje, że chcemy czytać dalej. Ci, co się wahają, mogą przejść do następnej pozycji z listy czytelniczej. I chyba ani jedni, ani drudzy nic przez swoje czytelnicze wybory nie stracą.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.
Ktoś ci się przygląda [Katarzyna Misiołek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

(przedpremierowo) Felicia Yap: Wczoraj

Wow, co to była za lektura! Było mnóstwo napięcia i zwrotów akcji, ale też świetna konstrukcja postaci. No i najważniejsze: świat przedstawiony skonstruowano tak pomysłowo i błyskotliwie, że - gdyby pokusić się o inny splot wydarzeń - mógłby posłużyć do zbudowania zapierającej dech w piersiach sagi. Przed Wami niekwestionowany thriller roku!

Źródłem tych nieczęstych dla mnie zachwytów jest powieść Wczoraj autorstwa Felicii Yap (w polskiej wersji językowej ukaże się 1 sierpnia nakładem Wydawnictwa W.A.B.) - thriller w brawurowy sposób mieszający się z rasową dystopią i porządnym kryminałem. Cóż takiego mogła wymyślić Yap, żeby przebić się przez grubą taflę mody na spin-offowe thrillery wyrastające jeden po drugim jak grzyby po deszczu? To musiało być coś super - no i było.

Świat, w którym żyją bohaterowie Wczoraj, do złudzenia przypomina nasz - te same krajobrazy i miejsca, firmy, światowi giganci i sposób egzystencji. Z tą tylko różnicą, że Apple zbiło dwukrotny majątek, i to na produkcji... pamiętników. Bo w świecie wykreowanym przez Yap to pamiętniki podporządkowują sobie całą technologię i nie sposób się bez nich obejść. Dzieje się tak dlatego, że ludzi z tego świata nie dzieli, na wzór naszej rzeczywistości, religia i kolor skóry, ale zdolności ich mózgów. W społeczeństwie współegzystują dwie rasy: monosi i duosi - ludzi zdolni do, odpowiednio, zachowywania wspomnień z dnia lub dwóch dni wstecz - a normalne funkcjonowanie zapewnia im opracowywany przez lata sposób prowadzenia zapisków w ich dziennikach, które muszą prowadzić i których muszą za wszelką cenę strzec. Nie trudno się domyślić, że takie ograniczenia wywołują nie tylko problemy w życiu codziennym, ale też mogą prowadzić do manipulacji wspomnieniami, a tym samym - osobowościami. Jak w tak niebezpiecznym świecie odnaleźć swoje ja?

To tylko góra lodowa problemu, który uderza nas od pierwszych stron powieści. Bo główne pytanie brzmi: jak znaleźć mordercę, gdy pamiętasz tylko to, co zdarzyło się wczoraj? O tak, o morderstwie tu rzecz. O zagmatwanych intrygach, nieoczekiwanych zwrotach akcji i winie wyrastającej nie tylko na zbrodni, ale przede wszystkim na emocjach, które tak trudno zachować w świecie pozbawionym pamięci. Splot losów bohaterów, tak bardzo poróżnionych na skutek przynależności do dwóch różnych klas społecznych (czy aby na pewno tylko dwóch...?), może okazać się dużo głębszy i dużo bardziej skomplikowany, niż każe nam oczekiwać taki zarys fabuły. Wczoraj to nie tylko doskonały thriller z wątkami kryminalnymi, ale przede wszystkim świetnej jakości dystopia.

Szczerze mówiąc, trochę mi szkoda, że rozwój powieści poszedł w kierunku klasycznego thrillera - i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że konieczność wyjaśnienia intrygi (i zaskakiwania do końca, do tego nas czołówka współczesnych autorów przecież przyzwyczaiła) wprowadziła do tekstu dość obszerny, przegadany fragment, który - choć potrzebny w takim zamyśle fabularnym - tylko ostudził atmosferę i zwolnił akcję przed wielkim finałem. Po drugie - bo gdyby historię rozbudować i nieco inaczej poprowadzić ją do finału (może nawet zupełnie innego?), można by wyciągnąć z pomysłu fabularnego dużo więcej niż jedną powieść. Konkretniej rzecz biorąc - materiału wystarczyłoby na całą serię, którą z nieskrywaną przyjemnością przeczytałabym w rekordowym tempie. Jestem też całkiem przekonana, że dołączyłoby do mnie sporo fanów, których powieść z pewnością zyska bezpośrednio po swojej premierze.

Mimo to powieść w kształcie, który mu nadała autorka, również jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ma to, co mieć powinien każdy dobry thriller, a sukces wzmacnia stworzenie świata przedstawionego według nowego szablonu. Mimo pewnych niedoskonałości i wciąż nieodżałowanych braków poszerzających obraz świata jako takiego (wielki plus za "wycinki prasowe" przeplatające rozdziały, które - na wzór Delirium - tłumaczą nam świat, w który wchodzimy) jestem przekonana, że Wczoraj to książka, którą trzeba przeczytać. Z tego prostego powodu, że tak dobrego thrillera przez chwilę już nie miałam w rękach - i pewnie przez kolejną mieć nie będę. Miłej lektury! 

[PRZEDPREMIEROWO] Karen Cleveland: Muszę to wiedzieć

Masz wszystko: dobrą pracę, troskliwego męża, szczęśliwe dzieci. Jeżeli czegoś jeszcze chcesz od losu, to może jedynie paru dodatkowych chwil dla rodziny, bo tę widujesz tylko wieczorami. Być może jest to duży problem - ale za moment okaże się, że w obliczu tego, co nadchodzi, jest zupełnie błahy. Co czujesz?

Muszę to wiedzieć to jeden z tych thrillerów, które powoli zakładają sidła - a kiedy uśpią Twoją czujność, błyskawicznie się zacieśniają i nie puszczają do ostatniej strony. No, prawie ostatniej. Bo z Muszę to wiedzieć mam też kilka problemów, które niestety przyćmiewają potencjał historii. Ale może od początku.

Vivian Miller, główna bohaterka książki, pracuje jako analityczna CIA w sekcji rosyjskiej. Poznajemy ją w dniu, kiedy po latach pracy wreszcie ma szansę wcielić w życie swój autorski projekt i tym samym dotrzeć do jednego z doskonale strzeżonych rosyjskich łączników. W tej emocjonującej chwili, kiedy Vivian już wita się ze zwycięstwem, jak grom z jasnego nieba uderza szokująca informacja, która zmienia dosłownie wszystko, na czym opierał się jej świat. I choć nie wolno mi powiedzieć, co to za informacja, bo spoilerów nikt nie lubi, gwarantuję Wam, że błyskawicznie się zorientujecie. Oto jedna z wad marketingu: choć robi dużo szumu, siłą rzeczy zdradza też częściowo fabułę. Coś, co mogłoby być wielkim BUM już na początku książki, a stało się wzruszeniem ramion okraszonym "łeee, jakie przewidywalne". A szkoda.

Niemniej jednak kiedy wybaczymy tę wpadkę i ruszymy dalej, robi się ciekawiej - zawiłe kłamstwa, trudne do rozwikłania powiązania, zmienne plany i spontaniczne działania. W miarę rozwoju akcji powstaje rasowy, mocny thriller psychologiczny - czyli to, na co wszyscy czekamy z każdą gatunkową nowością. I na tym z radością bym poprzestała, ale niestety wcale nie mamy do czynienia z takim ideałem, z jakim wydaje się nam po zapoznaniu z konstrukcją i "wkręceniu" w intrygę. Przykro mi, muszę Wam to zepsuć.

Choć Muszę to wiedzieć jest wręcz naszpikowany nieoczekiwanymi spin-offami, niestety maksimum napięcia potrafi momentalnie spaść przy okazji wrzucenia do historii elementu superoczywistego - a tych kilka się przytrafiło. Niestety, powieść wpadła też w sidła własnego gatunku - propozycja Karen Cleveland, głęboko zanurzona w nurt thrillera psychologicznego, siłą rzeczy jest też naszpikowana skrajnościami i nagłymi zwrotami akcji. Co ciekawe, z nimi też można przesadzić. I chociaż wiem, jak brzmi to w przypadku tego typu powieści, autorce się to udało - pewne "łaaaaaał momenty", kiedy się nimi przeładuje konstrukcje tekstu, zamiast szokować, zaczynają sprawiać wrażenie, że opowieść jest nieco naciągana i przekombinowana. A szkoda, bo do pewnego momentu naprawdę się wciągnęłam.

- UWAGA! Ta część zawiera spoilery konstrukcyjne, nie zdradza jednak treści zakończenia! -

Do którego dokładnie? Mniej więcej do rozwiązania akcji - które, niestety, nie rozegrało się na kilku ostatnich stronach, ale na kilku końcowych scenach. W czym problem? Ano w tym, że po punkcie kulminacyjnym autorka błyskawicznie rusza ku rozwiązaniu akcji, rozwlekając je na długo i szeroko, żebyśmy zyskali pewność, że będzie happy end i nic nie pozostanie niedopowiedziane. W niektórych przypadkach takie szczęśliwe zakończenia są wręcz nieodzowne dla historii - i Muszę to wiedzieć spokojnie można by zaliczyć do takiej grupy: ze względu na sposób poprowadzenia opowieści, jej klimat i sposób przedstawienia dzieci, które przecież na taki happy end zasługują. I tyle byłoby wystarczająco - parę słów o tym, że skończyło się dobrze i zamknięcie historii, bo w tym przypadku wcale nie zniszczyłoby efektu thrillera. Ale autorka postanowiła inaczej.

Jak zatem kończy się powieść? Tego też Wam nie zdradzę bo okazuje się, że nie wszystko złoto, co się świeci, i nie wszystko sielanka, co jest przesłodzone i przedłużane. Okazuje się, że ten przerost formy nad treścią w ostatniej sekcji książki to nie błąd pisarski, ale przygotowanie gruntu na jeszcze jeden, finałowy już, spin-off. Czy uratuje to końcowy odbiór powieści? To pozostawiam Waszej ocenie. Dla mnie to nadal przesadzone rozbudowanie zakończenia i wykorzystanie zaskoczenia czytelnika do wprowadzenia jeszcze jednego spin-offa, który - obawiam się - może zostać odebrany jako przegadanie całej powieści. Gdyby jednak posłużyć się nim nieco ostrożniej, efekt zostałby uzyskany.

- koniec spoilerów -

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak tylko ogłosić Karen Cleveland dobrą autorką i polecić Muszę to wiedzieć Waszej uwadze. Co prawda z pewnymi "ale" i na własną odpowiedzialność, ale mimo wszystko na plus. Miłej lektury!

PREMIERA już 6 czerwca 2018 roku!


Więcej o kulturze: KLIK * Instagram: KLIK * Za przedpremierowe udostępnienie powieści dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

T.E. Sivec: Piękne kłamstwo

Piękne kłamstwo. Igrając z ogniem [Tara Sivec]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Ona – pani fotograf, roztaczająca wokół siebie niesamowitą aurę. Oni – Garrett i Milo, najlepsi przyjaciele z czasów szkolnych. Kiedy los splata ich drogi, stają się przyjaciółmi, ale też wikłają się w emocjonalny trójkąt, który starają się przemilczeć i zrobić przysłowiową minę do złej gry. Na domiar złego, Milo ginie podczas wykonywania misji dla marynarki wojennej. Czy wszystko jednak jest takie, na jakie wygląda?

Każdy ma swoje tajemnice. Nie ma jednak miejsca na przyziemne sekrety, gdy jest się związanym z marynarką wojenną – tu w grę wchodzą tajemnice wagi państwowej i śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale pod płaszczyk tajemnicy zawodowej można wiele upchnąć…

Kiedy poznajemy Parker i Garretta, zmuszeni są już żyć w świecie bez ich najbliższego przyjaciela, Mila, który zginął na Dominikanie podczas rutynowej akcji. I choć są przepełnieni bólem po jego stracie, wciąż buzują w nich skrywane przez lata emocje: choć Parker była z Milem bardzo szczęśliwa, tak naprawdę zakochała się od pierwszego wejrzenia w Garrecie. Garrett zresztą czuł to samo, ale które z nich miałoby odwagę się do tego przyznać? Oboje żyli uczuciem do Mila, które napędzało także poczucie, że nie mogą Milowi dokładać zmartwień i ciosów ze względu na jego przeszłość. Kiedy Garrett decyduje się wyjechać na Dominikanę, żeby zbadać okoliczności śmierci przyjaciela, akcja nabiera rumieńców: powoli układają się wszystkie elementy układanki, a prawda z chwili na chwilę staje się coraz bardziej szokująca. Co tak naprawdę się wydarzyło? I czy mężczyzna ma szansę zdobyć serce ukochanej?


Piękne kłamstwo to powieść o wielu twarzach: utrzymana w konwencji thrillera, nie stroni też od cech powieści obyczajowej, a nawet erotycznej. Wartka akcja przeplatana jest wątkiem miłosnym, wspomnieniami bohaterów, ale też ostrzejszymi scenami: zarówno erotycznymi, jak i walki. Nie jest jednak tak, żeby te „dodatki” do klasycznej budowy thrillera starały się zdominować konwencję powieści czy żeby przeszkadzały w odbiorze. Choć powieść ma kilka słabszych momentów i pewne, powiedziałabym: nieudolne, próby wybrnięcia z martwych punktów, gdzie akcja zaczyna wkraczać na schematyczne tory, w gruncie rzeczy jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ciekawi i trzyma w napięciu, a to najważniejsze, co thriller powinien dać czytelnikowi. Nie należy się też przejmować brutalnymi czy erotycznymi scenami, jeśli nie lubimy takich zabiegów, bo występują one naprawdę sporadycznie; nie ulega jednak wątpliwości, że jest to książka dla dorosłych czytelników, bo mocniejszych opisów co prawda nie ma za dużo, ale za to są nośnikiem dość konkretnej treści. Warto też mieć na uwadze, że powieść jest dość wulgarna, więc delikatniejszym odbiorcom raczej poleciłabym zastanowienie się przed sięgnięciem po Piękne kłamstwo.

Co mnie cieszy w tej powieści to właśnie jej struktura – autorka postanowiła poprzeć treść pomieszaniem gatunków, co powoduje, że nie jest to powieść typowa. I, co ważne, nie jest ona pretekstem do „przemycenia” wątków obyczajowych i erotycznych. Zdarza się w literaturze, że formuje się fabułę do konkretnego modelu gatunku, a potem szpikuje się ją do oporu (a czasem nawet i mocniej) czymś zupełnie innym (w znakomitej większości: erotyką lub romansem), co daje efekt raczej odrzucający, zwłaszcza dla osób, które sięgnęły po tę konkretną pozycję w innym celu. Na szczęście w przypadku Pięknego kłamstwa tak się nie dzieje, odmienne gatunki zdają się ze sobą współistnieć i wzajemnie na siebie oddziaływać, co w końcowym efekcie daje całkiem przyjemną literaturę.

Oczywiście trzeba pamiętać, że nie jest to nic fenomenalnego ani nader zadziwiającego – nie jest to ani wbijająca w fotel powieść sensacyjna, ani soczysty romans. To raczej taka wypadkowa tych gatunków, co prawda tracąca nieco na jakości względem najlepszych ich przedstawicieli, ale za to łącząca je ze sobą ze smakiem, dająca czytelnikowi coś nowego. A może nawet łącząca miłośników tych dwóch, dość różnych przecież, gatunków?

Uważam, że Piękne kłamstwo to historia warta poznania – co prawda czyta się to bez nadzwyczajnej ekscytacji czy fajerwerków, ale za to z przyjemnością. Mimo pokaźnej objętości, jest to historia na jedno posiedzenie – a to dopiero początek trylogii…
__________________________
za egzemplarz dziękuję serdecznie

Gillian Flynn: Zaginiona dziewczyna [+wideorecenzja!]

Zaginiona dziewczyna [Gillian Flynn]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Nick i Amy. Na pozór doskonała para, która szczęśliwie dobrnęła do dnia piątej już rocznicy ślubu – dnia, kiedy Amy znika. Jedyne, co zostaje po niej w domu to ślady walki i plama pozostała po starciu krwi. Co przydarzyło się ślicznej żonie Nicka? Porzućcie wszelkie pomysły – i tak będą błędne. Przed Wami historia, jakiej jeszcze nie było!

Sięgając po książkę, zapewne pomyślicie: „e, zwykły thriller, kolejny fan Cobena stara się go naśladować”. Nie plujcie sobie z tego powodu w brodę – opis z tyłu książki dokładnie na to wskazuje i zabija dokładnie wszystko, co w tej powieści jest niesamowitego i innego od całej masy thrillerów, jaka gości na naszym rynku. Jak już zrobicie ten milowy krok i postanowicie, że jednak przeczytacie tę książkę, błyskawicznie powiecie: „a jednak to dobry thriller, to fajnie”. „Dobry” w ciągu kilku stron stanie się „fantastycznym”, a chwilę później odkryjecie, że znamiona thrillera, które nosi Zaginiona dziewczyna to tylko jeden z elementów tej powieści. 

Tuż obok świetnego pomysłu i doskonałej jego realizacji, zawiłej intrygi i błyskawicznej zmiany sytuacji, stoi dogłębny, przemyślany rys psychologiczny postaci. W każdej z trzech części powieści poznajemy jednocześnie historię widzianą oczami Nicka i Amy – co także wprowadza rozbieżność w czasie akcji: Nick relacjonuje to, co dzieje się po zniknięciu żony, Amy prowadzi dziennik od momentu poznania Nicka do dnia zaginięcia. Ich przemyślenia, działania, ale także widoczne cechy charakteru rzucają zupełnie nowe światło na historię, co jeszcze bardziej podkreśla dynamikę akcji. Jako czytelnicy zmieniamy fronty co pięć minut, po każdym rozdziale sympatyzujemy z kimś innym, aż wreszcie
jesteśmy tak zdziwieni, że przestajemy próbować wyprzedzać zdarzenia i posłusznie czekamy, aż autorka powie nam, co dalej. Fabuła jest absolutnie nie do przewidzenia, nie zwalnia ani na chwilę, a 650 stron wydaje się być absolutnie za małą objętością. Gillian Flynn zrobiła kawał doskonałej roboty, wolna od schematów i przewidywalnych pomysłów. Powiedzieć, że powieść czyta się jednym tchem to za mało – ja dosłownie się w niej zatraciłam, jednocześnie zaciekawiona i przerażona tym, do czego zdolny jest człowiek.

Niestety, mimo tego, że opowieść jest wręcz doskonała, polskie wydanie pozostawia nieco do życzenia. Chodzi o literówki, które może nie są nagminne, ale zdecydowanie są widoczne – i choć 650 stron to objętość, przy której tak drobne błędy można wybaczyć, tak fakt, że to już II wydanie, działa na niekorzyść wydawnictwa. Na szczęście to jedyna widoczna dla mnie wada tej powieści, która nijak ma się do pracy autorki.

Choć cała powieść jest ogromnym zaskoczeniem, zakończenie to przysłowiowa wisienka na torcie. Może nie tyle pod względem ogromnego wiru akcji i kulminacji tuż przed samym końcem, co pod względem szoku, jaki wywiera na czytelniku. Gwarantuję Wam, że nie będziecie dowierzać w to, co się wydarzy – a zanim dowiecie się, jak się wszystko skończyło, czeka Was jeszcze większa dawka emocji. Warto, warto, po stokroć warto!

Jeśli ktoś nas zdradza, wiemy jakie słowa wypowiedzieć; gdy umiera ukochana osoba, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Jeśli chcemy odegrać ogiera, cwaniaczka albo głupka, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Wszyscy korzystamy z tego samego wyświechtanego scenariusza. W tych czasach bardzo trudno być osobą, po prostu prawdziwą, rzeczywistą osobą, a nie zbiorem cech charakteru wybranych z pojemnego automatu z charakterami.



Lauren Oliver: Requiem [bez spoilerów!]

Requiem [Lauren Oliver]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Ponad czterdzieści lat temu rząd Ameryki uznał miłość za chorobę zakaźną. (Nie) wszystkich obywateli wyleczono, miasta otoczono ogrodzeniami pod napięciem, a mieszkańcom terenów nie objętych rządową jurysdykcją nakazano przesiedlenie do miast. Osoby odmawiające przeprowadzki oraz uciekające do Głuszy przed rządem dotknął blitz – wielkie bombardowanie wszystkiego, co skażone chorobą. Jednak Odmieńcy przetrwali. Nadeszła pora, aby rząd to przyznał.

Choć w Ameryce wciąż panuje ład i bezpieczeństwo, które zapewniają zabieg oraz rządowe projektowanie życia rodzinnego, coś się zmieniło. Ruch oporu idzie naprzód, pozwalając sobie na coraz śmielsze działania. Ich rośnięcie w siłę jest tak oczywiste, że rząd musi zmienić front – Odmieńcy przestają być postaciami z legend i przesądów, a stają się belką w oku setek tysięcy poukładanych (zaprogramowanych?) Amerykanów.

Wśród ruchu oporu działa także dobrze znana nam Lena, gówna bohaterka dwóch poprzednich tomów trylogii – Delirium i Pandemonium. Choć jej życie dawno przestało być proste i wygodne, a walka o wolność i miłość wyprowadziła ją na zupełnie inną ścieżkę niż ta, którą zamierzała podążać, niespodziewanie stawka w tej bitwie wzrosła. Tym razem na szali nie stoi wyłącznie prawo do miłości i samoświadomość tysięcy ludzi – na pierwszy plan wydobywają się postaci, bez których cała ta walka nie miałaby dla Leny sensu. I choć wojna ta wymaga ofiar, ruch oporu śmiało rusza do działania. Czy miłość i wizja wolności jest wystarczającą siłą napędową? Czy może sprawić, że runą mury?

S.J.Watson: Zanim zasnę [+ wrażenia po obejrzeniu ekranizacji]

Zanim zasnę [S.J. Watson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Co bym zrobił(a), gdyby moje zebrane wspomnienia i doświadczenia miały zniknąć wraz z nadejściem snu? – zapewne żaden człowiek nie stawia sobie takich pytań tuż przed uśnięciem. Niestety Christine, główna bohaterka Zanim zasnę, musi dzień w dzień mierzyć się z tym problemem. Daleki od fikcji S.J.Watson bazuje na kilku rzadkich przypadkach klinicznych, aby snuć opowieść o problemie amnezji, ale też miłości, zaufaniu i całkowitym zdaniu na drugą osobę.

Na szczęście, daleki jest także od popularyzowania problemu samego w sobie, snucia refleksji i badania tego zjawiska. Nic z tych rzeczy – autor przenosi nas w świat swojej powieści, która już od pierwszych stron nabiera charakteru thrillera psychologicznego i pozostaje nim do samego końca opowieści. Główną bohaterkę poznajemy o poranku, tuż po przebudzeniu, gdy zdezorientowana uświadamia sobie, że prawdopodobnie po imprezie przespała się z mężczyzną – nie tylko w średnim wieku, ale na dodatek żonatym. Szybko jednak okazuje się, że byłby to jeden z lepszych scenariuszów; w zamian staje twarzą w twarz z tymże mężczyzną, który z uporem maniaka przekonuje ją, że są małżeństwem od wielu lat. W normalnych okolicznościach zapewne by go wyśmiała, ale… dlaczego w lustrze patrzy na nią twarz starsza o kilkanaście lat? Christine już nie jest kobietą, która ledwo co przekroczyła dwudziestkę. Co rano czuje wzbierającą w niej panikę, która z czasem ustępuje dziwnemu uczuciu, towarzyszącemu rytualnemu już oglądaniu albumu-przypominajki.

Lauren Oliver: Delirium [+ wideorecenzja]

Delirium [Lauren Oliver]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
W świecie, w którym miłość uznawana jest za chorobę zakaźną, nie ma miejsca na szczery śmiech, na śpiew i beztroski taniec, a tym bardziej na głębokie, prawdziwe uczucia. Każdy obywatel osiągający osiemnasty rok życia poddawany jest zabiegowi mającemu pozbawić go zalążków amor deliria nervosa, które istnieją w każdym organizmie. Ewaluacja ma zapewnić szczęście, stałość i bezpieczeństwo. Ale czy w takim sztucznym społeczeństwie można w ogóle żyć?
Lena właśnie skończyła szkołę i odlicza czas do wywiadu w laboratorium, który ma prowadzić do zabiegu ewaluacji. Podekscytowana perspektywą osiągnięcia zdrowia i spokoju, a także szansą zostania sparowaną z niezłym facetem, jest święcie przekonana, że miłość to straszna, śmiertelna choroba. Nie tylko ona – od lat rząd amerykański podtrzymuje tę wersję, przeprowadzając operacje na mózgach obywateli oraz surowo karząc za nieposłuszeństwo oraz wykazywanie objawów delirii. Jednak czy nikt nie podejrzewa, że pozabiegowa niezdolność do okazywania (i posiadania!) prawdziwych, ciepłych uczuć, zakaz dawania wyrazu radości czy cenzurowanie literatury i muzyki to przerażająca propaganda? Ależ oczywiście, że podejrzewa, i to nie jeden – a całe rzesze przeciwników rządu, nazywanych Odmieńcami. Podczas gdy dorośli bezwiednie poddają się polityce, a uczniom wpaja się, że Romeo i Julia to utwór instruktażowy traktujący o skutkach popadnięcia w delirię, niezliczeni przeciwnicy kryją się w odizolowanej Głuszy, żyjąc w miłości na wzór reszty świata. I chociaż Lena doprawdy jest wzorową i bojaźliwą obywatelką, wiele się zmienia, gdy na scenę wkracza tajemniczy Alex.

Mirosław Tomaszewski: UGI


Światem rządzą reklamy. Potężne wpływowe firmy chcą manipulować konsumentem, aby zarabiać grube miliardy – tym samym wpędzając swoich klientów w otchłań mrocznej choroby na tle psychicznym. A takie przynajmniej jest założenie powstającego artykułu Oskara Knopa, dobrze rokującego dziennikarza „Battery Post”, laureata Nagrody Kraina. Do czego popchnie go prywatne śledztwo?
Głównego bohatera, dziennikarza z Manhattanu, poznajemy, gdy przemierza ulice dzielnicy, szukając nowego tematu artykułu. Jest to jeden z tradycyjnych „patroli”, które szef redakcji nakazuje wykonywać swoim pracownikom w celu zdobycia niebanalnych pomysłów prześcignięcia konkurencyjnych pism. Po chwili kręcenia się bez celu, Oskar – jak gdyby nigdy nic – wchodzi do budynku Rockefeller Center, gdzie odbywa się gala wręczenia prestiżowej Nagrody Kraina, której został laureatem. To właśnie wyróżnienie zdaje się ściągać na Knopa całą lawinę zdarzeń, która chwilę później ma ruszyć.

Frédérique Molay: Witajcie w Murderlandzie

Kiedy wirtual staje się realem

Wirtualne symulatory życia to od kilku lat gorący temat – zarówno w mediach, jak i w literaturze. Internetowe duplikaty życia pochłaniają czas i uwagę, a wręcz prowadzą do zaburzeń w zakresie oddzielania fikcji od rzeczywistości. W Witajcie w Murderlandzie zatarcie granic staje się narzędziem w ręku mordercy… działającego równolegle w realu i online.
Island to gra, która staje się drugim domem dla Nathana, harwardzkiego wykładowcy. Rozwiedziony profesor znajduje w niej azyl, ucieka od dręczącej go rzeczywistości. Pewnego dnia jego wirtualny spokój zostaje jednak zburzony – nawet rzeczywistość internetowa staje się nieubłagana. Nat, bo tak nazywa się awatar mężczyzny, wraca do swojej posiadłości za miastem, kiedy niespodziewanie pod koła jego samochodu wpada kobieta. Szybko znajdują się świadkowie wydarzenia, którzy uspokajają Nata powtarzając, że widzieli, jak kobieta rzuca się pod koła.

Wiktor Pielewin: Generation 'P'

Narkotyczne spiski telewizyjne

Tytułowa generacja ‘P’ to pokolenie ludzi, których młodość upłynęła pod znakiem pepsi-coli. Przedstawicielem tejże generacji jest Wawa Tatarski – student Instytutu Literatury, później copywriter, miłośnik substancji narkotyzujących (z muchomorami na czele) i wybranek. Czyj? Tego nie zdradzę, żal by było nie poddać się psychodelicznym zakamarkom tej ekscentrycznej prozy.

       Wspomniany już Wawa, główny bohater powieści Wiktora Pielewina, po upadku Związku Radzieckiego trafia przypadkiem w kręgi copywriterskie. Rozpoczyna swoją pierwszą pracę w tej branży, która popycha go naprzód – nie tylko w stronę rozwoju zawodowego, ale przede wszystkim w lawinę spisków i machinacji. Próbując jednoznacznie określić, z czym styka się główny bohater, czytelnik skazany jest na porażkę – w powieści bowiem przewija się całe spektrum wątków, mistyfikacji i powiązań, ukazujących się w sposób zaskakujący i… powiedzmy sobie wprost, dziwny.