Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarze recenzenckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarze recenzenckie. Pokaż wszystkie posty

Abby Jimenez: To tylko przyjaciel

Słodko-gorzka, niebanalna, romantyczna, zabawna, życiowa... Podejrzewam, że dla wielu tak prezentuje się opis idealnej książki. Jeśli tak właśnie jest, myślę, że mam coś, co poprawi Wam czytelniczy humor - "To tylko przyjaciel" Abby Jimenez nie tylko spełnia te wszystkie kryteria, ale też wbija się szturmem na szczyty literackich notowań!

Na pierwszy rzut oka, Jimenez napisała schematyczny romans: ona i on, wpadają na siebie w sytuacji doprowadzającej ich do czegoś między furią i omdlewaniem z wrażenia. Żeby tego było mało, za chwilę znów się spotykają i - zgadnijcie co! - okazuje się, że los splata ich życiowe drogi. On chce, ona nie może. Ona może, ale nie chce. Pojawiają się niedomówienia, tajemnice, problemy... Ot, klasyka gatunku. Nie pomaga też szablonowy wręcz tytuł i okładka, a także fakt, że za granicą "The Friend Zone" rozrosło się już do rozmiarów serii (niestety, rzadko kiedy to kończy się uznaniem dla całości). Jak to się zatem stało, że "To tylko przyjaciel" stał się tak popularny, a ja, recenzent z uczuleniem na nadmiar lukru, namawia do sięgnięcia po taką powieść? Już tłumaczę.

Chyba najważniejsze to powiedzieć sobie na wstępie, że wspomnianego lukru nie ma aż tak dużo, jak można by się spodziewać, słysząc "romans". Zamiast tego są solidnie zbudowane wątki komediowe, rozważnie poprowadzona linia "wątków smutnych", która tonuje tematykę powieści i powoduje, że traktujemy ją z większą powagą niż historie typowo romansowe. Pojawia się też wątek choroby, która jest istotnym, ale często stygmatyzowanym tematem w dzisiejszym świecie. Wszystko to sprawia, że "To tylko przyjaciel" staje się w odbiorze życiową, realistyczną historią, z którą nie trzeba się identyfikować, żeby ją poczuć i przeżyć. I chociaż nie jest skrojona idealnie, ta życiowość jest na tyle silnym atutem, że przyćmiewa większość potknięć.

Ale jeśli już o potknięciach mowa, niestety parę rzeczy wprost prosi się o wytknięcie. Największym zgrzytem, który powracał kilkakrotnie i to w najmniej oczekiwanym momencie, jest pomysł na Josha, a konkretniej na jego zrozumienie kobiecych tematów. Jeżeli jakakolwiek opowieść bazuje na ważnym zagadnieniu (w tym przypadku zaburzeń funkcjonowania narządów rozrodczych i gospodarki hormonalnej, ważny temat!), obowiązkiem autora jest zrobić wszystko, żeby historia była realistyczna i naturalna dla czytelnika, bo to prowadzi do uwrażliwienia na poruszany temat. W tym przypadku z posłowia autorki wiemy, że bazowała na sytuacji swojej znajomej, a tymczasem w swojej powieści każe głównemu bohaterowi każde zaobserwowane zaburzenie kwitować "aaa, tak, wiem, bo moja siostra coś tam". Nie zrozumcie mnie źle - fajnie, jeśli faceci mają wiedzę na tematy typowo kobiece, a skąd ją mają czerpać, jeśli nie z życia pod jednym dachem z kobietami właśnie? Problem jest jednak gdzie indziej. 

(to jest taki dziwny moment w recenzjach współczesnych książek, że trzeba się odnieść do stanów fizjologicznych i innych spraw intymnych, bo dla pełnej oceny książki nie można tego przemilczeć. Jeśli nie masz ochoty na tego typu opowieści, które faktycznie nie są standardowym contentem w krytyce literackiej ;), opuść poniższy akapit)

Niestety powtarzanie kwestii i sprowadzanie wszystkiego do rozmyślań w stylu "wiem, że ma obfite miesiączki, bo kupuje wytrzymałe podpaski, które też kupowała jedna z moich sióstr" brzmi sztucznie, nieco żenująco i, no cóż, jak usilna próba usprawiedliwienia, czemu bohater męski ma tego typu wiedzę. Niestety nie miałam okazji przekartkować oryginału, więc nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że to na pewno jest problem budowy tekstu, a nie tłumaczenia - być może w oryginale jest to na tyle neutralnie przemycone, że czytelnik pomyśli sobie "aha, okej" i po prostu ruszy dalej. Natomiast mogę z całą pewnością powiedzieć, że po polsku wyszło to bardzo niezgrabnie i zwyczajnie wytrąca czytelnika z rytmu powieści i wrażenia, że czyta coś naprawdę dobrego i na pewnych płaszczyznach ważnego.

Będąc przy pomyśle na Josha, warto też przemyśleć jego postawę: facet nie tyle skłonny, co wręcz palący się do wielkich gestów, praktycznie nie użalający się na swój los mimo odtrącenia, sprawiający wrażenie, że ilekroć by skamlał, nigdy nie warknie. I chociaż nie ulega wątpliwości, że i taki typ osobowości można spotkać w realnym świecie, mimo wszystko nieco tę historię odrealnia i popycha do myślenia o nim jako o "facecie z romansu". Ale w zasadzie czy paniom to przeszkadza...? :)

Drugim zarzutem jest nierówność w budowie fabuły: mamy solidną pierwszą połowę (mimo że mocno osadzoną w schemacie gatunku), później spowolnienie i kręcenie się po raz już wykorzystanym schemacie. I chociaż chwilową monotonię przerywa naprawdę nieoczekiwany plot twist, który był potrzebny, żeby uniknąć szablonowego zakończenia, za chwilę czytelnik odkrywa, że autorka nadbudowała nad ten plot... kolejny plot. Czy to dobrze, czy źle - to już oceńcie sami. Jedno jest pewne: powieść Abby Jimenez obfituje we wrażenia i zwroty akcji. I chociaż pozwoliłam sobie skupić się przede wszystkim na minusach kompozycyjnych, w dalszym ciągu podkreślam, że mamy do czynienia z całkiem dobrą powieścią. Mamy tu romans, sporo życiowych sytuacji, trochę słodyczy, trochę goryczy i przyjemny w odbiorze styl autorki, dzięki któremu przez powieść się płynie. Jeśli więc lubicie z jednej strony lekkie, ale ważne i niepowierzchowne historie, "To tylko przyjaciel" to pozycja obowiązkowa tego lata.

Alice Vincent: Mowa roślin

Czy betonowe dżungle bez duszy to nasza przyszłość? Czy przywykliśmy już do tego, że nocą nie słyszymy cykania świerszczy i nie zauważamy, że z miast zniknęło wiele gatunków roślin? Czy współczesny styl życia wyklucza symbiozę z przyrodą? To chyba były moje pierwsze pytania, kiedy pojawiła się u mnie refleksja nad naszą kondycją jako elementów natury. Refleksję tę z kolei zawdzięczam "Mowie roślin" Alice Vincent, choć sama lektura nie ujęła mnie w sposób, a jaki oczekiwałam. Dziś zdradzam, dlaczego.

Wydana niedawno "Mowa roślin" to swego rodzaju opowieść o odejściu i powrocie do natury. O przeproszeniu się z zapomnianymi elementami niegdysiejszej, nie tak odległej od naszej codzienności i potrzebie cofnięcia się o kilka lat ku pełniejszemu życiu. Przy okazji, a może szczególnie, to też opowieść o poszukiwaniu siebie i swojego sposobu na przeżycie życia, o znajdywaniu i tworzeniu swojego miejsca na Ziemi. To w końcu zapis przemyśleń i przeżyć ze świata, który wyraźnie idzie w niewłaściwym kierunku i zatraca się we wszystkim co od natury stroni, czy wręcz ją niszczy. Alice Vincent jest wyraźnie zainspirowana powrotem do korzeni w sensie dosłownym, ale też można się pokusić o przypisanie jej chęci - a może potrzeby, zważywszy na temat? - wpisania się w popularny niedawno nurt, w którym przyroda grała pierwsze skrzypce ("Sekretne życie pszczół" i "Błękit" Mai Lunde czy wachlarz publikacji o duchowości roślin i zwierząt). Czy zatem jest to ważny głos w świetle obecnej kondycji ludzkości?

I tak, i nie. Zdecydowanie na plus trzeba tu zaliczyć wątek zamiłowania do roślin i ich sadzenia, pomimo mieszkania w mieszkaniu w środku miasta - to taka miła odmiana od tego, co widujemy na co dzień i w pewnym stopniu inspiracja do szerzenia trendu miejskiej dżungli (ale zielonej dżungli wbrew miastu, a nie metaforycznej dżungli z betonu!). Trzeba też oddać autorce niesamowitą lekkość pióra - po przeczytaniu pierwszych stron już miałam przed oczami sceny z własnego dzieciństwa: barwne wiejskie pola z wakacyjnych wyjazdów, plecenie wianków, fuzja zapachów, łapanie i wypuszczanie koników polnych. Już kilka pierwszych stron wystarczyło, żebym się zauroczyła i uświadomiła sobie, ile z normalnych niegdyś elementów otaczającego mnie świata nie jest już obecnych w moim życiu.

Niestety, to co zaliczyłam na poczet kwiecistości języka, muszę też zaliczyć do grupy potencjalnych problemów z odbiorem. Otóż cała powieść napisana jest w podobny sposób, przy czym nie zawsze są to opisy malujące przed czytelnikiem znane mu, sielskie obrazy. Często są to opisy życia, stanów i przeżyć, które oczywiście stanowią duszę tej książki, ale jednocześnie mogą być dla niektórych odbiorców nużące. Jeżeli wrażliwość autorki nie pokryje się z wrażliwością odbiorcy, niektóre rozdziały mogą okazać się zastojem nie do przezwyciężenia; nie pomaga też fakt, że w książce praktycznie nie istnieją dialogi. I chociaż po stokroć muszę podkreślić, że mamy tu do czynienia z niezwykłą plastycznością języka, osobiście bardziej interesowało mnie samo sedno tej opowieści ukryte za słowami niż same słowa. Tak, jak czasami czytanie jest przyjemnością samą w sobie, tutaj przyjemność sprawia raczej odkrywanie pewnego przekazu niż sam jego kanał.

Być może jest to mylne wrażenie, ale w czasie lektury wydawało mi się, że jest to raczej historia, którą czujesz całą sobą, jeśli ją przeżywasz, ale niekoniecznie porwie ona tłumy, stając się uniwersalną lekturą dla każdego. Ze swojej strony polecam spróbować polubić się z "Mową roślin", bo o ile trafi we wrażliwość odbiorcy, jest wartościową historią. Po prostu nie dla każdego.

Helen Hoang: Więcej niż pocałunek + Test na miłość

Przyznaję: długo się zeszło, zanim zabrałam się za „Więcej niż pocałunek”. Ale gdy już raz wzięłam ją do ręki, przepadłam na dobre. Z „Testem na miłość” było odwrotnie – na fali wspaniałych chwil przeżytych z częścią pierwszą, momentalnie rzuciłam się do czytania. Niestety, zachwytów już nie było. Ale zacznijmy od początku.

Seria The Kiss Quotient to jedna z tych serii, które operują w ramach zbudowanego świata i narzuconego motywu, ale wymieniają bohaterów. Jedna książka opowiada o A i B, kolejna o C i D, którzy mają podobne perypetie/to samo otoczenie, i nagle magicznie okazują się być powiązani z A i B. Nigdy za takimi sagami nie przepadałam (Jeżycjada zrobiła swoje, nigdy nie przeczytałam drugiej części, bo TAK rozczarowała mnie zmiana głównej bohaterki), i teraz już rozumiem dlaczego. I żeby oddać moje wątpliwości, najpierw opowiem Wam, za co tak pokochałam część pierwszą.

Otóż „Więcej niż pocałunek” ma wszystko, co powinna mieć dobra powieść obyczajowa – a nawet ciut więcej. Jest solidna historia, sporo lekkiego, autentycznego humoru, który naprawdę bawi oraz odrobina pikanterii. Ale przede wszystkim jest coś niezwykle ważnego: istotny społecznie wątek (główna bohaterka ma zespół Aspergera), który nie edukuje na siłę, ale życiowo przedstawia wszystkie blaski i cienie życia z przypadłością, której wciąż za mało jesteśmy świadomi. W efekcie czytelnik otrzymuje wspaniałą opowieść, pełną ciepła, o której nie sposób zapomnieć. Seksowny Michael jest naprawdę seksowny, rzeczowa Stella jest do bólu precyzyjna i urocza w swojej (wynikającej z zespołu Aspergera) społecznej nieporadności. Tak, jak rzadko odczuwam prawdziwe emocje w czasie lektury, tak tu płakałam, śmiałam się i ekscytowałam razem z bohaterami. Cudo, które mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, kto w obyczajówkach (romansach, lekkich erotykach,…) gustuje.

Inaczej jednak sprawy się mają z „Testem na miłość”. W tej części poznajemy Esme i Khaia – migrantkę i chłopaka ze spektrum autyzmu. I chociaż historia toczy się tu inaczej (Esme ma uwieść Khaia, a ten nie odczuwa takich emocji), jest nacisk na ten sam wątek. Nie zrozumcie mnie źle. Czym więcej mówimy o problemach zdrowotnych, społecznych, politycznych,… – zwłaszcza w taki sposób – tym lepiej. Niestety, tym razem użycie schematu oraz powiązanie pary bohaterów z bohaterami części pierwszej daje wrażenie powtarzalności i odgrzewanie ogranego już tematu. Wierzcie mi, piszę to z wielkim żalem, ale „Test na miłość” mnie zawiódł. Gdyby czytać go jako osobną powieść (spokojnie można, znajomość pierwszej części nie jest tu do niczego potrzebna), pewnie wypadłby nieźle. Ale po sukcesie i świeżości, jaką wniosło „Więcej niż pocałunek”, oczekiwania automatycznie poszybowały wysoko, wysoko w górę. Czy polecam? I tak, i nie. Po trzeci tom na pewno sięgnę, ot, z czystej ciekawości. Dajcie znać, czy Wasze przemyślenia były podobne!

Rob Hart: Magazyn

Książki typu Magazyn Roba Harta to publikacje, na które zawsze czekam z niecierpliwością. Nuta dystopii, szczypta poczucia realności, przeczucie spisku... Zdecydowanie brzmi jak coś dla mnie. Jednak oczekiwania bardzo łatwo wywindować - a jak poszło ich spełnianie?

Wszelkie dystopie i antyutopie są atrakcyjne przede wszystkim dlatego, że sprawiają wrażenie realności; że  m o g ą  stać się realne, jeśli coś pójdzie bardzo, bardzo źle. I choć to wizja mało możliwa i przerażająca, to jednak w pewien sposób intrygująca. Jeśli czujesz dreszcz, poznając czyjąś wizję przyszłości, jest to wizja bardzo sugestywnie zaprojektowana, a w konsekwencji - jest to dobra książka. Spodziewałam się, że Magazyn będzie tego doskonałym przykładem - ale niestety na dobrych chęciach się skończyło. Bogata, potężna korporacja, świat przyszłości złamany zapowiadanymi dziś klęskami naturalnymi, trzej skrajnie różni bohaterowie: właściciel światowego giganta, szpieg korporacyjny i zwykły pionek - co mogło pójść źle?

Przede wszystkim niewykorzystany potencjał. Realistycznie rozplanowany świat, zakrojony z rozmachem, uwzględniający jego rozmaite elementy, a nie tylko podstawy niezbędne do rozegrania zaplanowanej akcji (tu brawa za wyważenie opisów, których zwykle jest za mało albo za dużo; szkoda tylko, że skupiły się na samej korporacji i w niewielkiej części na ogólnym zarysie świata w bliżej nieokreślonej przyszłości, który powinien być tu punktem wyjścia, który pozwoli czytelnikowi zidentyfikować się z opowiadaną historią) został całkowicie pogrzebany przez bardzo słaby pomysł na fabułę, prześlizgiwanie się po kolejnych punktach w planie wydarzeń, nieumiejętne zarysowanie postaci. Można by się długo rozwodzić nad wadami tej książki, zmarnowanymi szansami i możliwymi rozwiązaniami fabularnymi, ale tak naprawdę, jak to poprawnie zrobić, nie mając żadnego punktu odniesienia? Opowieść jest, potencjał jest, historyjka na teraz i nigdy więcej - jest. Ale jeśli oczekujecie czegoś ponad niezbędne dla dystopijnych thrillerów minimum - ekscytacji, strachu, dociekań, wątpliwości - odradzam. Jeśli jednak zdecydujecie się na lekturę, dajcie proszę znać, co myślicie o próbie plot twista pod koniec powieści. Możecie też dać znać, jak tam hamburgery, bo mnie tylko zażenowały. Nie polecam.


Sophie Collins: Co wie twój pies?

Kochasz psy? Jesteś posiadaczem uroczego czworonoga, a może po prostu interesujesz się życiem tych niezwykłych istot? Niezależnie, co łączy Cię z psami, pozycja "Co wie twój pies?" na pewno przypadnie Ci do gustu. Garść wiedzy w lekkiej, przyjemnej formie, okraszona pięknymi ilustracjami. Nic, tylko czytać.

Chociaż prosta forma i w zasadzie niewielka objętość tekstu powoduje, że nie jest to publikacja dla znawców i osób "łykających" każdą książkę skupiającą się na tym temacie, każdy inny czytelnik na pewno będzie zadowolony z lektury. Na pierwszy plan trzeba tu oczywiście wysunąć bardzo ciekawe zagadnienie, czyli podejście do psa jako do istoty maksymalnie wykorzystującej zmysły dane mu przez naturę. Odpowiada na powszechnie znane pytania i rzuca światło na rzeczy, o których wielu jeszcze nie słyszało. To jedna z tych książek, która rzuca ciekawostkami jak z rękawa, przy okazji robiąc to w sposób przystępny i umilający czas. Dodatkowym plusem jest strona graficzna książki: wysokiej jakości papier i twarda, urocza okładka, duże, rozczulające zdjęcia i przystępne dla młodszych czytelników formatowanie tekstu. To wszystko sprawia, że "Co wie twój pies" może cieszyć czytelnika w każdym wieku, nawet jeśli ten ma minimalną znajomość zagadnień związanych z czworonogami.

Oczywiście na rynku są dostępne książki popularnonaukowe, które szerzej i szczegółowiej opisują zagadnienie psiej psychiki i wykorzystywania zmysłów przez popularne czworonogi. Jednak "Co wie twój pies?" świetnie sprawdzi się w roli "startera", pozycji wprowadzającej do zagadnienia i rozbudzającej ciekawość tego rozległego, wciąż do końca nie zbadanego tematu. Warto, w ramach ciekawostki.

[przedpremierowo!] Sanjida Kay: Skradzione dziecko

"Skradzione dziecko" to taka nieoczywista książka, że aż miło czytać! Zatem zacznijmy od najważniejszego: jeśli nie lubisz historii o dramatach rodzinnych i porwaniach dzieci (ja nie znoszę!), nie skreślaj tej książki. Jeśli odrzucają Cię wszystko sugerujące tytuły, nie omijaj tej powieści. Jeśli masz już dość schematycznych thrillerów, nie wrzucaj tej publikacji do tego worka. Wbrew tytułowi i opisowi, w "Skradzionym dziecku" dzieje się ciekawie - nie tylko pod względem fabularnym, ale też narracyjnym i językowym. Jest dobrze!

Z pozoru "Skradzione dziecko" to taka typowa dla literatury opowieść - adoptowane dziecko, które po latach jest odnajdywane przez biologicznych rodziców, wzajemne oskarżenia, mamienie Bogu ducha winnego malucha, próby porwania, niekończąca się walka. Skłamałabym mówiąc, że w powieści Sanjidy Kay tych wątków w ogóle nie ma - przecież są nierozłączne z tematyką, którą podjęła autorka. Niemniej jednak w tym przypadku schematy są tak dalekie od treści, jak tylko się da.

To, co od razu mi się spodobało, to fabularne rozplanowanie powieści - chociaż zawirowania wokół rodziców Evie, córeczki głównej bohaterki, są głównym tematem, czytelnik nie został rzucony na głęboką wodę, prosto w wir walki i "zamieszania" wokół dziewczynki. Akcja rozwija się stosunkowo powoli (ale nie nudno!), jako czytelnicy mamy okazję dobrze poznać nie tylko Evie, ale i jej bliskich, środowisko, w którym żyje i świat, po którym poruszają się bohaterowie. Wchodząc w świat powieści, znajdujemy się w konstrukcji typowej dla powieści obyczajowej, i to bardzo sprawnie napisanej - poznajemy osoby, które będą nam towarzyszyć w czasie lektury (i trzeba przyznać, że są to dobrze wykreowane postaci!), zanurzamy się w klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja (pięknie oddana małomiasteczkowość i cudowny klimat jesiennego, nieco mrocznego wrzosowiska), utożsamiamy się z akcją na tyle, żeby uczestniczyć w niej jako obserwator będący częścią społeczności wykreowanej przez Kay. W ten sposób otrzymujemy nie tylko właściwe proporcje powieści, które dodatkowo pomagają nam się zżyć z bohaterami, ale też doskonałą powieść obyczajową. Powieść, która szybko rozwija się w thriller, nie tracąc przy tym samym swojej doskonałej narracji. Nie ma tu kurczowego trzymania się głównego wątku, tło tworzą wątki poboczne, ale wcale nie mniej ważne niż ten wiodący. Co ciekawe, jest to chyba pierwsza książka, która miała na tyle dobrze napisane postaci, że najwięcej uwagi (i sympatii!) poświęciłam nie tyle głównej bohaterce czy bohaterom bezpośrednio rozpisanym w głównej akcji, ale małemu chłopcu, który jest przeuroczą postacią.

Czy wobec tego książka ma jakieś wady? No jasne, każdy i wszystko ma swoje wady. Chociaż tempo fabularne i rozpisanie historii jest niemalże doskonałe, ta iluzja dosłownie runęła pod koniec powieści, w punkcie kulminacyjnym i zamknięciu konfliktu. I chociaż ze względu na specyfikę opowiedzianej historii zakończenie jest słuszne i kompozycyjnie właściwe, wydaje się trochę przegadane. Konstrukcja epilogu, właściwego raczej powieściom obyczajowym, uspokaja i wycisza akcję, pozostawiając wrażenie niedosytu, że w ostatnich zdaniach nie było efektu "wow". A szkoda, bo sama zagadka, kto stoi po "ciemnej stronie" powieści, była nieprzewidywalna i mnie zaskoczyła.

Podsumowując - warto, mimo drobnych potknięć. Zarówno dla miłośników thrillerów, jak i obyczajówek i dramatów. Wszystkiego tu po trochu, i wszystko jest bardzo dobre w ramach gatunków. Polecam!

Rebecca Fleet: Zamiana

Carolina i Francis, małżeństwo po przejściach, wyjeżdża na tydzień za miasto, żeby odpocząć od problemów i dać sobie kolejną szansę. Jako destynację wybierają podmiejski domek, w zamian oddając swoje mieszkanie do dyspozycji lokatorom z przedmieść. Szybko jednak okazuje się, że  nadchodzący tydzień będzie daleki od beztroski, a niewinna wymiana domami z nieznajomymi kryje w sobie drugie dno.

Tak jak brzmi, tym też jest - przedstawiam Wam jeszcze jeden thriller, i to całkiem niezły. I choć daleko mu formą do bestsellerów patrzących na nas z niemalże każdej księgarnianej półki, w tym tkwi jego siła - ma coś swojego, oryginalnego, niepowtarzalnego. I chociaż - jak w wielu innych powieściach w tym nurcie - króluje w nim zagadka i niepewność, retrospekcje pełne bólu i rozpaczliwe próby zrozumienia, dlaczego, w "Zamianie" jest coś jeszcze. Są to uczucia: pewnie, konkretnie zarysowane, wypełniające bohaterów i ich działania, a nie tylko zasygnalizowane gdzieś "obok", jakby mimochodem, żeby atmosfera była podsycana czymś nienamacalnym. Tutaj króluje całe spektrum odczuć i wrażeń, a także liczne wątki, które powodują, że aż chce się to podkreślić: ta książka jest niesamowicie seksowna. I to wcale nie chodzi o to, że są w niej wątki erotyczne czy miłosne. Nie, że ktoś kogoś pragnie i o tym rozmyśla. Nie. To jest seksowność w czystej postaci. A konkretniej w postaci nieopisywalnego napięcia wplecionego gdzieś między wersy, dobrze oddana atmosfera potrzeby drugiej osoby, a dopiero na końcu - seks sam w sobie. Jest to tak rzadkie zjawisko - zwłaszcza w tak dobrej formie! - że aż prosi się, żeby o tym powiedzieć. Bo mam wrażenie, że ta idealnie oddana zmysłowość jest tu wręcz większym atutem niż sama thrillerowa konstrukcja. Choć i ta nie ma się specjalnie czego wstydzić.

Jeśli chodzi o zarzuty, to tu (niezmiennie!) będzie to zakończenie. Za zwykłe, zbyt przegadane, zostawiające wrażenie niweczenia tego, co autorka tak starannie budowała na kolejnych stronach powieści. To tyle z punktu widzenia thrillera. Z punktu widzenia powieści obyczajowej, może nawet trochę psychologicznej, zabrakło mi tu czegoś innego - skoro już nie kończymy mocno, gatunkowo, to może chociaż byśmy zamknęli temat jeszcze jednym ładnym, zmysłowym obrazkiem? Jednak tak też się nie dzieje, co prowadzi do wniosku, że zamknięcie całej historii wychodzi poza kompozycję i obniża wartość całej powieści. Mimo to uważam, że "Zamianę" warto znać - trochę z powodu opowiedzianej historii, a trochę z powodu, w jaki autorka przemyca emocje i jak prawdziwie one wyglądają. A taka umiejętność jest bezcenna.

Araminta Hall: Okrutne pragnienie

Powiedzmy to sobie na wstępie - "Okrutne pragnienie" to taka powieść, która pewnie nie przyciągnie tłumów od samego leżenia we właściwym miejscu księgarni. Tytuł jakiś taki niezdecydowany, co właściwie reprezentuje, okładka też tak jakby pozbawiona przekazu - no, błądzimy na oślep. Może jakiś kryminał? A może erotyk? Może jego zawartość będzie równie "płaska" jak opakowanie? Jasne, wszyscy wiemy, że książki po okładce się nie ocenia. Ale też dzisiejszy marketing - i ceny książek również - przyzwyczaiły nas do tego, że jednak wrażenia estetyczne też są mile połechtane (albo całkowicie zdeptane, ale to już temat na zupełnie inną historię). A tu proszę - książka tajemnica, i to wcale nie taka hipnotycznie przyciągająca ku sobie. ALE. Ja tę książkę dostałam po zapoznaniu się z jej opisem - i niezależnie od tego, jak łatwo prześlizguje się po niej wzrok w księgarni pełnej kolorów, jak przypomnicie sobie jej tytuł to ją kupcie, wypożyczcie, wybłagajcie koleżankę, żeby się podzieliła, albo przyjdźcie do mnie. Słowem - przeczytajcie ją!

Dlaczego mi tak na tym zależy? Bo czym więcej thrillerów czytam, tym więcej słabych bestsellerów udaje mi się wyłowić. Trudno kogokolwiek za to winić - żaden gatunek nie jest z gumy, nawet najbardziej płodny pisarz-entuzjasta innowacji w pewnym momencie jest skazany na powielanie schematów, a przynajmniej przetartych szlaków. A w "Okrutnym pragnieniu" niby tak nie jest? - zapytacie. Ano nie do końca. Bo chociaż niektóre elementy wprost muszą się pokrywać z tym, co już kiedyś zostało napisane, samo spojrzenie na historię jest dla mnie powiewem świeżości. Nie mówiąc już o mistrzowskim piórze i bardzo dobrym przekładzie, co niezmiennie dodaje wartości historiom.

Głównych bohaterów, Mike'a i Verity, poznajemy w samym środku wspomnienia o ich nietypowej grze miłosnej, której lubili oddawać się bez reszty. Verity, piękna, zmysłowa kobieta, wchodziła do baru i czekała (jak się domyślacie, nieszczególnie długo), aż jakiś zainteresowany nią mężczyzna podejdzie poflirtować. Wszystko z boku obserwował Mike, jednocześnie czekając na znak ukochanej, po którym wkraczał do akcji i przemocą tłumaczył delikwentowi, gdzie jego miejsce. Odgrywana po stokroć scena za każdym razem działała na kochanków jak afrodyzjak - i prowadziła ich do toalety lub tuż za drzwi lokalu, gdzie dawali upust emocjom. I chociaż sam wstęp raczej sugerowałby rasowy erotyk, albo przynajmniej powieść z pikantnymi wątkami, tak naprawdę warto postawić sobie pytanie, jak ta scena wygląda z perspektywy psychologicznej? Może i to dziwne pytanie, ale wierzcie mi, zadacie je sobie jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt razy. A dopiero jesteśmy na początku lektury.

"Okrutne pragnienie" jest w gruncie rzeczy opowieścią o miłości i namiętności, ale też zawiłościach ludzkiej psychiki, zranieniu i wyborach. Jest thrillerem psychologicznym z górnej półki, choć wcale czas zamknięty na kartach powieści nie galopuje w tempie typowym dla tego gatunku. "Okrutne pragnienie", choć być może ma mocno nietrafiony tytuł, tak naprawdę jest pokazem fantastycznego pióra autorki - opowiedziana historia jednocześnie wywołuje tyle sprzecznych uczuć, że najpierw czytelnik się dezorientuje, a później chce więcej. Powieść jest seksowna, niepokojąca, zastanawiająca. Potrafi sympatię do bohatera przemienić na niechęć, strach, a później spowodować, że będzie nam tej samej postaci żal. Potrafi spowodować, że nie będziemy umieli wybrać stron, a podział na czarne i białe definitywnie przestanie istnieć.

Jeśli czegoś mi żal, to konstrukcji ostatniej części. Tempo trochę zwolniło, opowieść odkrywała pominięte wątki dość po macoszemu, jakby z powinności. I zakończenie - to rzadko kiedy się udaje, a tak dobrze napisana powieść na pewno na nie zasługuje. W tym przypadku niestety też się nie udało. Jednak mimo tych mankamentów muszę przyznać, że jestem zauroczona piórem Araminty Hall, a budową powieści autorka udowodniła, że wciąż zostało wystarczająco przestrzeni w literaturze, żeby ukazać coś w nowatorski sposób. Polecam!

Christina Dalcher: Vox

Zaczęło się prozaicznie - mimochodem redukowane pozycje reprezentacyjne zajmowane przez kobiety, tłumienie protestów, indoktrynacja dzieci pod płaszczykiem edukacji. Może i niezbyt zdrowe obrazki, ale na pewno znane z historii, nawet tej najnowszej. Kiedy jednak wybory wygrały "właściwe" osoby, cicha polityka przemieniła się w otwartą agresję: kobietom założono na nadgarstki liczniki słów, z dnia na dzień pozbawiono ich pracy, zamknięto w domowych kieratach bez wolności i godności. Brzmi przerysowanie? No jasne. Ale wypadło całkiem wiarygodnie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o powieści "Vox", miałam mocno mieszane uczucia. Zamknięcie kobiecych ust siłą, rozgrywające się w skali państwowej? Bransoletki rażące prądem za przekroczenie limitu 100 słów? Zaprowadzenie absurdalnego wręcz terroru w  A m e r y c e , najbardziej wyzwolonym miejscu na Ziemi? No, nie wiem. Zwłaszcza, jeśli promocja publikacji aż ociekała dyskursem feministycznym, który - nie oszukujmy się - w ostatnich czasach wywędrował zdecydowanie za daleko od swojej pierwotnej idei. Dlatego też do powieści podeszłam dość sceptycznie, gotowa na idee, o których wcale nie chcę czytać.

Ale, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, powieść okazała się być całkiem dobrym thrillerem. Wbrew reklamie, wcale nie ociekała feminizmem ani postulatami - ani dobrymi, ani złymi. Jak już, to była popisem rasowego szowinizmu, ale tego akurat należało się spodziewać, skoro autorka zamierzała uzyskać efekt państwa zdominowanego przez mężczyzn. Mamy więc neutralne dla świata realnego, ale bardzo barwne dla warunków powieściowych zarysowanie świata. Mamy ciekawych bohaterów, niebanalną fabułę (choć taki gatunek wręcz musi zahaczyć o obowiązkowe "punkty programu", pomiędzy nimi autorka bardzo ładnie przemyciła kilka niebanalnych wątków towarzyszących) i lekkie pióro. Do tego stopnia lekkie, że świat, o którym zaledwie kilka zdań wcześniej napisałam, że jest przerysowany, stał się miejscem ciekawym i dosyć realnym (choć tylko na potrzeby powieści, bo nakładając jej obraz na nasze życie, możemy tylko uśmiechnąć się z pobłażaniem). I chociaż można by wyliczyć kilka mankamentów, a już z całą pewnością zarzucić pośpieszne, niechlujne wręcz zakończenie tak misternie witej historii, "Vox" samo w sobie jest poprawną, dobrą pozycją do poduszki.

Jak to jednak w dzisiejszych czasach bywa, reklama dźwignią handlu - i reklama źródłem nieszczęść. Jak dla mnie, w tym przypadku skłaniałabym się raczej ku stwierdzeniu, że polski marketing (zakładam, że na wzór marketingu rodzimego dla autorki) zrobił "Voxowi" krzywdę. OK, osoby intensywnie funkcjonujące w dzisiejszym kształcie nurtu feministycznego na pewno kupiły tę powieść w ciemno - ale cała reszta społeczeństwa? Czy reklamowanie powieści oderwanej od rzeczywistości (bo to jest, proszę Państwa, klasyczna antyutopia, nie zapominajmy proszę o tym!) hasłami "ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet", "niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze" lub "czy to tylko zatrważająca dystopia?", jest na pewno w porządku?

Tak, dzisiejszy świat (i nie tylko dzisiejszy!) jest pełen podziałów i dyskryminacji. Tak, kobietom wciąż odmawia się pewnych rzeczy, zwłaszcza w mniej rozwiniętych rejonach świata. Tak, powieściowe zakucie w kajdany można traktować jak metaforę - a jej przerysowanie jak znak, że i my, jako gatunek ludzki, zaczynamy przekraczać niewłaściwe granice. To wszystko jest prawdą, ale jednak nie nazwałabym "Vox" manifestem. A tym bardziej byłabym ostrożna w zacieraniu linii, która w tym przypadku dość stabilnie oddziela nas od świata przedstawionego, mimo że przebiega ona po płaszczyźnie tematyki bardzo aktualnej w realnym życiu.

Czy zatem mogę polecić powieść Christiny Dalcher? Oczywiście. Nie jest to genialna praca, ale z pewnością jest poprawna i przyjemna dla czytelnika. Prowokuje do myślenia i analizy świata, który otacza nas na co dzień. Mimo to zachęcam do pozostawienia jej tam, gdzie jej miejsce - w sferze literatury. I nie powołujmy się tu na Huxleya i Orwella, bo to - niestety - trochę nie ta półka.

[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień

Ona - perfekcyjna pani domu, piękna żona, troskliwa mama. On - człowiek sukcesu, kochający mężczyzna trzymający wszystko w ryzach. Ale... czy na pewno? Oto pytanie, które w ostatnim czasie bardzo chętnie stawia czytelnikom literatura - zwłaszcza ta akcji. Ale nie dajmy się zwieść - Ten jeden dzień nie ma w sobie nic z dotychczasowych bestsellerów.

Choć powieść Roudy jeszcze dobrze nie weszła na polskie półki, już zaczęły pojawiać się głosy, że do złudzenia przypomina niedawny hit wydawniczy, Za zamkniętymi drzwiami (B.A.Paris). I choć rzeczywiście opis powieści zdaje się to sugerować, pozwolę sobie na stwierdzenie, że to na nim zatrzymali się najgorliwsi orędownicy takich opinii. Już od pierwszych stron ogarnia czytelnika powiew świeżości: wbrew wszelkim oczekiwaniom i przyzwyczajeniom, do których doprowadziła nas powtarzalność wydawnicza, pałeczkę narratora (pierwszoosobowego!) przejmuje niemalże na wyłączność mężczyzna. Ów człowiek, Paul, jest głową rodziny: ma dwójkę synów, których chce wychować na prawdziwych mężczyzn oraz żonę - piękną, zdolną Mię, którą z powodzeniem postanowił uwieść w chwili, w której tylko ją zobaczył. A idealna rodzina oznacza idealne życie - i takie też jest: prestiżowa praca, bogactwo, wystawne domy. Do tego perfekcyjnego życia zaglądamy o poranku, akurat w dniu, gdy Paul odwozi swoich synów do szkoły, a następnie zabiera żonę na romantyczny weekend do domku letniskowego nad jeziorem.

I choć perfekcja aż zionie z każdego skrawka powieści, jest to ten rodzaj idealności, w którym od razu wyczuwa się powierzchowność. A może to po prostu złe przeczucia biorą górę? Bo te zdecydowanie trzeba mieć - i to wcale nie ze względu na intrygujący opis powieści, ale na niezwykłą umiejętność autorki do przenoszenia emocji na papier (w tym miejscu ogromne brawa dla tłumaczki!). Gwarantuję, że już od pierwszych zdań będziecie czuć, że coś jest nie tak - a później rozwinie się napięcie, które nie opuści Was prawie do końca. Jednak to wszystko jest możliwe pod jednym warunkiem - że nie będziecie oczekiwać od Tego jednego dnia, że będzie thrillerem. Bo, wbrew zapowiedziom, wcale nim nie jest.

Czytając tę powieść w kluczu thrillera, można się w pewnym momencie akcji zdziwić - żeby nie powiedzieć: rozczarować. Owszem, historia trzyma w napięciu, a wydarzenia nieubłaganie prowadzą ku podejrzanemu finałowi - ale nie jest to ani ten rodzaj napięcia, jakiego należy oczekiwać po thrillerze, ani nie są to wydarzenia, które zapewniłyby historii dynamikę powieści akcji, ani nawet finał nie szykuje brawurowego twista. Po części to wina wydawcy, po części autorki - z jednej strony opis okładkowy sugeruje jeszcze jeden wydawniczy smaczek dla fanów napięcia i błyskotliwych pomysłów, z drugiej zaś sama autorka nie do końca udanie oscyluje między dramatem psychologicznym a thrillerem. Czuć, że powieść ma potencjał, a i Rouda ma ambicję, aby prowadzić do czegoś intensywniejszego i barwniejszego niż dramat obyczajowy - ale nie ma na tyle odwagi, żeby z historii z tłem zaburzeń osobowościowych pójść o krok dalej i uwić konkretną intrygę. I tak Mia i Paul wiszą poniekąd zawieszeni w próżni - zbyt przerysowani, by być odzwierciedleniem realnych życiowych dramatów, ale zbyt życiowi, żeby być bohaterami zapierającego dech w piersiach thrillera. I choć powieść sama w sobie jest dobra, a styl autorki zachwycający, "niedorysowani" bohaterowie (a może niezdecydowanie ich twórczyni?) pozostawiają niedosyt i wrażenie odrealnienia, niezależnie od tego, jak potraktujemy powieść.

Czy zatem warto? Oczywiście, pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, czego oczekujemy - a w tym przypadku należy oczekiwać dobrej powieści psychologicznej z suspensem. Jeśli pozwolimy sobie na "wkręcenie się" w opowieść Paula i jego codzienność, jeśli damy się zaniepokoić doskonałemu doborowi słów i podszeptom między wierszami, i jeśli będziemy odbierać historię przez pryzmat samych siebie - ludzi z krwi i kości żyjących w realnym świecie - zamiast widzów zapierających dech w piersiach wydarzeń, Ten jeden dzień na pewno trafi do naszej wrażliwości. Nie jako książka wyjątkowa i nie jako coś niepowtarzalnego, ale zdecydowanie jako kawałek niezłej literatury z ogromnym potencjałem pisarki. Miejmy nadzieję, że przy następnej okazji posłuży on czemuś jeszcze lepszemu.

Książka ukaże się 30 stycznia 2019 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Katarzyna Berenika Miszczuk: seria "Kwiat Paproci" ("Szeptucha", "Noc Kupały", "Żerca")


Po wampirach i wilkołakach przyszła nowa moda: moda na mitologię - polską, lepiej lub gorzej, ale jednak każdemu znaną, "namacalną". I choć jest to dobry kierunek zainteresowań, a sama mitologia słowiańska to bardzo szerokie pole do popisu, seria Kwiat Paproci jakoś nie dała rady porwać mnie tak, jak porwała wielu innych czytelników.

Być może problem tkwi już u podstaw powieści - w koncepcji, a w zasadzie jej interpretacji, niechrześcijańskiej Polski. Takiej, co nigdy nie przyjęła chrztu i dalej czci pogańskie bóśtwa. Takiej, w której lekarze odbywają praktyki u szeptuch, a na duchowe rozterki pomóc może jedynie kapłan, też pogański. O ile jestem w stanie sobie wyobrazić kraj ateistyczny (takich przecież nie brakuje), tak kraj pogański funkcjonujący z powodzeniem w świecie XXI wieku, wyglądającym zupełnie jak ten nam znany (smartfony, internet i wszystkie inne dogodności technologiczno-komunikacyjne są tam na porządku dziennym), wydaje mi się być raczej abstraktem w swojej najbardziej abstrakcyjnej odmianie. Ale nic to, niezrażona zabrnęłam dalej, aby poznać Gosławę (tak, imiona też nam zostały staropolskie), główną bohaterkę serii i z pewnością właścicielkę pięknego warkocza, który widnieje na przepięknie zaprojektowanej okładce pierwszego tomu. Gosława - tudzież Gosia - skończyła medycynę i musi teraz odbyć swoją praktykę zawodową w środku wsi, pod czujnym okiem lokalnej szeptuchy, wobec czego (na szczęście dla powieści!) jest sceptyczna w podobnym stopniu, co i ja. Niestety, sceptyzm ten nie trwa długo, kiedy wkracza w świat tajemnic natury, poznając przy tym nie takiego całkiem plebejskiego kandydata na kapłana i podpadając kilku absolutnie niemiłosiernym bogom. To tu zaczyna się niebezpieczna historia, która towarzyszy czytelnikowi przez cztery tomy serii.

Trzeba uczciwie przyznać, że seria skomponowana jest dobrze: opowiada przemyślaną historię i ma dobrze poprowadzoną linię fabularną, wykorzystuje naszą rodzimą mitologię i skomponowana jest całkiem nieźle. Wielu czytelników ma szansę ją docenić zarówno za walory czysto literackie, jak i za samą opowieść; ja niestety nie znajduję się w tym gronie. Już pierwszy tom wydał mi się przeciętny, historia na tyle nieprawdopodobna, że nie dałam się jej wciągnąć, a rozwój wypadków mało dynamiczny. Za dużo natomiast było prasłowiańskiej magii i fizyczności, która sygnalizowana była do znudzenia, a tak naprawdę nigdy nie została wyrażona "po słowiańsku". Wobec takich odczuć nigdy nie dobrnęłam do tomu czwartego ("Przesilenie"), a samej serii na pewno nie zarekomenduję. Proponuję jednak zrobić podejście do lektury - zwłaszcza wszystkim osobom lubującym się w tych klimatach. A nuż Wy odbierzecie ją inaczej, dojrzycie coś więcej niż ja? Dajcie znać, jak wyglądała Wasza przygoda z tą serią :)

Egzemplarze recenzenckie dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.
Lubimy Czytać: "Szeptucha"
Szeptucha [Katarzyna Berenika Miszczuk]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Abbi Glines: Kocham cię bez słów + Jesteś moim światłem

Kiedy dotarła do mnie powieść Jesteś moim światłem i moim oczom ukazała się bardzo estetyczna okładka, uśmiech szybko zgasł: okazało się, że oto mam przed sobą drugą część serii The Field Party, o czym wcześniej nie wiedziałam. Zaintrygowana zawartością tomu, pobiegłam szybko do biblioteki, żeby nadrobić braki. Jednak szybko się okazało, że niepotrzebnie. Czemu? Już opowiadam.

Kocham cię bez słów to pełna ciepła opowieść dla nastolatków o problemach małych i dużych, o wszystkim tym, co jest wpisane w ich codzienność - niezależnie od tego, czy dobrą, czy nie najlepszą. To taka powieść, którą chce się czytać - z życia wzięta, przystępnie napisana, wypełniona niepowtarzalną atmosferą. Krótko mówiąc: aż żal odkładać. Przekonana, że Jesteś moim światłem będzie kontynuacją losów bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić w czasie lektury pierwszej części, szybko zabrałam się do jej lektury. I chociaż rzeczywiście powieść toczy się w tym samym świecie, co Kocham cię bez słów, na pierwszym planie pokazują się inne, po części nowe, postaci (struktura sagi przywodzi tu na myśl raczej koncepcję Jeżycjady) - a znajomość poprzedniej historii nie jest niezbędna, żeby cieszyć się lekturą. Nie byłoby w tym nic złego (choć zawsze witam takie relacje niezadowoleniem ;)), gdyby nie fakt, że drugi tom całkowicie niszczy wrażenie pozostawione przez tom pierwszy. Paradoksalnie, jestem przekonana, że to samo powiedziałabym o tomie pierwszym, gdybym zaczęła lekturę od drugiego. Dlaczego?

Dlatego, że autorce zdaje się wydawać, że tworzenie serii polega na wpisaniu nowych danych w ujednolicony schemat. Nie trzeba nawet specjalnie analizować tych powieści, aby zauważyć punkty wspólne: zagubiona nastolatka z problemami, przybywająca do nowego miejsca, stopniowo adaptująca się do sytuacji, wspomagana przez pomocnego przystojniaka w końcu dociera do punktu zwrotnego w swoim życiu, który rozgania dotychczas kłębiące się nad nią chmury. I choć koncepcja sama w sobie jest zupełnie w porządku, a wykonanie jeszcze lepsze, czytanie obydwu części jedna po drugiej prowadzi wyłącznie do zrujnowania początkowego dobrego wrażenia. I chociaż szczerze polecam obie powieści (mój faworyt to jednak Kocham cię bez słów), dobrze radzę: rozłóżcie je sobie w czasie. Wtedy będzie miło i tak, jak w powieściach być powinno. Bo Abbi Glines okazuje się być dobrą autorką, do której chętnie wrócę, jeśli znów nadarzy się ku temu literacka okazja. Mimo wszystko mam nadzieję, że do tego czasu problem schematu zniknie z prozy Abbi.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pascal.
Kocham Cię bez słów [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jesteś moim światłem [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Katarzyna Musiołek: Ktoś ci się przygląda

Ktoś ci się przygląda to książka, która powstała na fali mody na thrillery. I wyjaśnijmy to sobie od razu: nie mówię tak tylko dlatego, że to kolejna powieść w ramach tego gatunku, która trafiła niedawno na półki. Niestety, w historii widać dwa wyraźne wpływy: wspomnianej już mody i, tym samym, zapotrzebowania na kolejne warianty zagłębiania się w skomplikowane historie, oraz sukcesu Magdy Stachuli, który otworzył nowy rozdział dla polskich autorów, zwłaszcza tych specjalizujących się w "ciemnych" gatunkach. 

Tego "niestety" może i nikt by nie wypowiedział, gdyby była to inspiracja służąca stworzeniu czegoś nowego, lepszego, ciekawszego. Jednak w tym konkretnym przypadku zabrakło wielu ważnych dla sukcesu i poczytności czynników: książka jest dość przewidywalna, schematyczna i zdradza wyraźnie, gdzie i jaki rodzaj inspiracji został zaczerpnięty przez autorkę. Jednocześnie warto pochwalić sposób prowadzenia narracji - choć nie wyróżnia się on na tle pozostałych współczesnych powieści, jest na tyle dobry, że skutecznie wciągnął mnie w przeciętną historię. Gdyby nie jego literaccy poprzednicy, Ktoś ci się przygląda byłby niezłym prekursorem gatunku. Te czasy mamy jednak dawno za sobą, warto więc rozejrzeć się za czymś konkretniejszym. 

Ci, którzy zdecydują się na lekturę, raczej nie stracą bez sensu czasu - czyta się lekko i przyjemnie, mimo wszystko powieść ma w sobie "coś", co powoduje, że chcemy czytać dalej. Ci, co się wahają, mogą przejść do następnej pozycji z listy czytelniczej. I chyba ani jedni, ani drudzy nic przez swoje czytelnicze wybory nie stracą.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Muza.
Ktoś ci się przygląda [Katarzyna Misiołek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

(przedpremierowo) Felicia Yap: Wczoraj

Wow, co to była za lektura! Było mnóstwo napięcia i zwrotów akcji, ale też świetna konstrukcja postaci. No i najważniejsze: świat przedstawiony skonstruowano tak pomysłowo i błyskotliwie, że - gdyby pokusić się o inny splot wydarzeń - mógłby posłużyć do zbudowania zapierającej dech w piersiach sagi. Przed Wami niekwestionowany thriller roku!

Źródłem tych nieczęstych dla mnie zachwytów jest powieść Wczoraj autorstwa Felicii Yap (w polskiej wersji językowej ukaże się 1 sierpnia nakładem Wydawnictwa W.A.B.) - thriller w brawurowy sposób mieszający się z rasową dystopią i porządnym kryminałem. Cóż takiego mogła wymyślić Yap, żeby przebić się przez grubą taflę mody na spin-offowe thrillery wyrastające jeden po drugim jak grzyby po deszczu? To musiało być coś super - no i było.

Świat, w którym żyją bohaterowie Wczoraj, do złudzenia przypomina nasz - te same krajobrazy i miejsca, firmy, światowi giganci i sposób egzystencji. Z tą tylko różnicą, że Apple zbiło dwukrotny majątek, i to na produkcji... pamiętników. Bo w świecie wykreowanym przez Yap to pamiętniki podporządkowują sobie całą technologię i nie sposób się bez nich obejść. Dzieje się tak dlatego, że ludzi z tego świata nie dzieli, na wzór naszej rzeczywistości, religia i kolor skóry, ale zdolności ich mózgów. W społeczeństwie współegzystują dwie rasy: monosi i duosi - ludzi zdolni do, odpowiednio, zachowywania wspomnień z dnia lub dwóch dni wstecz - a normalne funkcjonowanie zapewnia im opracowywany przez lata sposób prowadzenia zapisków w ich dziennikach, które muszą prowadzić i których muszą za wszelką cenę strzec. Nie trudno się domyślić, że takie ograniczenia wywołują nie tylko problemy w życiu codziennym, ale też mogą prowadzić do manipulacji wspomnieniami, a tym samym - osobowościami. Jak w tak niebezpiecznym świecie odnaleźć swoje ja?

To tylko góra lodowa problemu, który uderza nas od pierwszych stron powieści. Bo główne pytanie brzmi: jak znaleźć mordercę, gdy pamiętasz tylko to, co zdarzyło się wczoraj? O tak, o morderstwie tu rzecz. O zagmatwanych intrygach, nieoczekiwanych zwrotach akcji i winie wyrastającej nie tylko na zbrodni, ale przede wszystkim na emocjach, które tak trudno zachować w świecie pozbawionym pamięci. Splot losów bohaterów, tak bardzo poróżnionych na skutek przynależności do dwóch różnych klas społecznych (czy aby na pewno tylko dwóch...?), może okazać się dużo głębszy i dużo bardziej skomplikowany, niż każe nam oczekiwać taki zarys fabuły. Wczoraj to nie tylko doskonały thriller z wątkami kryminalnymi, ale przede wszystkim świetnej jakości dystopia.

Szczerze mówiąc, trochę mi szkoda, że rozwój powieści poszedł w kierunku klasycznego thrillera - i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że konieczność wyjaśnienia intrygi (i zaskakiwania do końca, do tego nas czołówka współczesnych autorów przecież przyzwyczaiła) wprowadziła do tekstu dość obszerny, przegadany fragment, który - choć potrzebny w takim zamyśle fabularnym - tylko ostudził atmosferę i zwolnił akcję przed wielkim finałem. Po drugie - bo gdyby historię rozbudować i nieco inaczej poprowadzić ją do finału (może nawet zupełnie innego?), można by wyciągnąć z pomysłu fabularnego dużo więcej niż jedną powieść. Konkretniej rzecz biorąc - materiału wystarczyłoby na całą serię, którą z nieskrywaną przyjemnością przeczytałabym w rekordowym tempie. Jestem też całkiem przekonana, że dołączyłoby do mnie sporo fanów, których powieść z pewnością zyska bezpośrednio po swojej premierze.

Mimo to powieść w kształcie, który mu nadała autorka, również jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ma to, co mieć powinien każdy dobry thriller, a sukces wzmacnia stworzenie świata przedstawionego według nowego szablonu. Mimo pewnych niedoskonałości i wciąż nieodżałowanych braków poszerzających obraz świata jako takiego (wielki plus za "wycinki prasowe" przeplatające rozdziały, które - na wzór Delirium - tłumaczą nam świat, w który wchodzimy) jestem przekonana, że Wczoraj to książka, którą trzeba przeczytać. Z tego prostego powodu, że tak dobrego thrillera przez chwilę już nie miałam w rękach - i pewnie przez kolejną mieć nie będę. Miłej lektury! 

W. Bruce Cameron: Był sobie szczeniak. Ellie

Jest taka kategoria - czy to książek, zdjęć, filmów,... - która zawsze jest atrakcyjna i nie sposób ją poddać jakiejkolwiek rzetelnej ocenie. Czemu? To proste - uroczość zawsze zwycięża nad naszym krytycznym odbiorem. Czy to możliwe? Oczywiście! Wystarczy pokazać człowiekowi... szczeniaczki.

W taki właśnie sposób, kiedy tylko dowiedziałam się o książce Był sobie szczeniak. Ellie, już byłam w niej zakochana. Nie dość, że temat przemiły (i przepuchaty!), to jeszcze związany z cudownym Był sobie pies, który osiągnął niemały sukces nie tylko literacki, ale i kinowy. Mimo tych oczywistych zachwytów, postaram się mówić rzeczowo i obiektywnie :)

Głównym bohaterem powieści jest suczka, znana nam już z bestsellowego Był sobie pies - Ellie. Choć pracuje jako psi ratownik, tak naprawdę przyjdzie jej zmierzyć się z zupełnie innym rodzajem zagubienia - z zagubieniem emocjonalnym swoich ukochanych opiekunów. Czy jest to odpowiednie zajęcie dla psa? Czy to możliwe, że czworonogi radzą sobie z ludzkimi problemami przynajmniej tak dobrze, jak my sami? Na te i inne pytania odpowiada kolejna już "psia" historia W. Bruce'a Camerona.

Biorąc pod uwagę skupienie autora na świecie zwierząt, łatwo stanąć przed pytaniem: czy te książki aby nie będą powtarzalne? Takie obawy, choć ewidentnie są słuszne (daleko szukać nie trzeba, nawet w "ludzkich" światach przedstawionych!), tutaj się nie sprawdzą - każda z książek Camerona porusza inny temat i ukazuje świat nieco inaczej. Warto też dodać, że pozycja Był sobie szczeniak przeznaczona jest dla najmłodszych czytelników - i bardzo łatwo to przeznaczenie odczuć w sposobie pisania i wydźwięku powieści. Nie stoi to jednak na przeszkodzie, żeby miło spędzić wieczór przy pełnej ciepła lekturze, a przy okazji podsunąć ją najmłodszym. Mam przeczucie, że będzie to świetny prezent dla naszych najmłodszych członków rodziny.

Powieść prosta, lekka i przyjemna - i nic dziwnego, biorąc pod uwagę docelową grupę odbiorców. I przeuroczą bohaterkę powieści, oczywiście! Dla każdego, bez względu na wiek i zainteresowania - może nie jako dzieło literatury i absorbująca powieść, ale z pewnością jako źródło emocji i wzruszeń. Miłej lektury! 

[PRZEDPREMIEROWO] Karen Cleveland: Muszę to wiedzieć

Masz wszystko: dobrą pracę, troskliwego męża, szczęśliwe dzieci. Jeżeli czegoś jeszcze chcesz od losu, to może jedynie paru dodatkowych chwil dla rodziny, bo tę widujesz tylko wieczorami. Być może jest to duży problem - ale za moment okaże się, że w obliczu tego, co nadchodzi, jest zupełnie błahy. Co czujesz?

Muszę to wiedzieć to jeden z tych thrillerów, które powoli zakładają sidła - a kiedy uśpią Twoją czujność, błyskawicznie się zacieśniają i nie puszczają do ostatniej strony. No, prawie ostatniej. Bo z Muszę to wiedzieć mam też kilka problemów, które niestety przyćmiewają potencjał historii. Ale może od początku.

Vivian Miller, główna bohaterka książki, pracuje jako analityczna CIA w sekcji rosyjskiej. Poznajemy ją w dniu, kiedy po latach pracy wreszcie ma szansę wcielić w życie swój autorski projekt i tym samym dotrzeć do jednego z doskonale strzeżonych rosyjskich łączników. W tej emocjonującej chwili, kiedy Vivian już wita się ze zwycięstwem, jak grom z jasnego nieba uderza szokująca informacja, która zmienia dosłownie wszystko, na czym opierał się jej świat. I choć nie wolno mi powiedzieć, co to za informacja, bo spoilerów nikt nie lubi, gwarantuję Wam, że błyskawicznie się zorientujecie. Oto jedna z wad marketingu: choć robi dużo szumu, siłą rzeczy zdradza też częściowo fabułę. Coś, co mogłoby być wielkim BUM już na początku książki, a stało się wzruszeniem ramion okraszonym "łeee, jakie przewidywalne". A szkoda.

Niemniej jednak kiedy wybaczymy tę wpadkę i ruszymy dalej, robi się ciekawiej - zawiłe kłamstwa, trudne do rozwikłania powiązania, zmienne plany i spontaniczne działania. W miarę rozwoju akcji powstaje rasowy, mocny thriller psychologiczny - czyli to, na co wszyscy czekamy z każdą gatunkową nowością. I na tym z radością bym poprzestała, ale niestety wcale nie mamy do czynienia z takim ideałem, z jakim wydaje się nam po zapoznaniu z konstrukcją i "wkręceniu" w intrygę. Przykro mi, muszę Wam to zepsuć.

Choć Muszę to wiedzieć jest wręcz naszpikowany nieoczekiwanymi spin-offami, niestety maksimum napięcia potrafi momentalnie spaść przy okazji wrzucenia do historii elementu superoczywistego - a tych kilka się przytrafiło. Niestety, powieść wpadła też w sidła własnego gatunku - propozycja Karen Cleveland, głęboko zanurzona w nurt thrillera psychologicznego, siłą rzeczy jest też naszpikowana skrajnościami i nagłymi zwrotami akcji. Co ciekawe, z nimi też można przesadzić. I chociaż wiem, jak brzmi to w przypadku tego typu powieści, autorce się to udało - pewne "łaaaaaał momenty", kiedy się nimi przeładuje konstrukcje tekstu, zamiast szokować, zaczynają sprawiać wrażenie, że opowieść jest nieco naciągana i przekombinowana. A szkoda, bo do pewnego momentu naprawdę się wciągnęłam.

- UWAGA! Ta część zawiera spoilery konstrukcyjne, nie zdradza jednak treści zakończenia! -

Do którego dokładnie? Mniej więcej do rozwiązania akcji - które, niestety, nie rozegrało się na kilku ostatnich stronach, ale na kilku końcowych scenach. W czym problem? Ano w tym, że po punkcie kulminacyjnym autorka błyskawicznie rusza ku rozwiązaniu akcji, rozwlekając je na długo i szeroko, żebyśmy zyskali pewność, że będzie happy end i nic nie pozostanie niedopowiedziane. W niektórych przypadkach takie szczęśliwe zakończenia są wręcz nieodzowne dla historii - i Muszę to wiedzieć spokojnie można by zaliczyć do takiej grupy: ze względu na sposób poprowadzenia opowieści, jej klimat i sposób przedstawienia dzieci, które przecież na taki happy end zasługują. I tyle byłoby wystarczająco - parę słów o tym, że skończyło się dobrze i zamknięcie historii, bo w tym przypadku wcale nie zniszczyłoby efektu thrillera. Ale autorka postanowiła inaczej.

Jak zatem kończy się powieść? Tego też Wam nie zdradzę bo okazuje się, że nie wszystko złoto, co się świeci, i nie wszystko sielanka, co jest przesłodzone i przedłużane. Okazuje się, że ten przerost formy nad treścią w ostatniej sekcji książki to nie błąd pisarski, ale przygotowanie gruntu na jeszcze jeden, finałowy już, spin-off. Czy uratuje to końcowy odbiór powieści? To pozostawiam Waszej ocenie. Dla mnie to nadal przesadzone rozbudowanie zakończenia i wykorzystanie zaskoczenia czytelnika do wprowadzenia jeszcze jednego spin-offa, który - obawiam się - może zostać odebrany jako przegadanie całej powieści. Gdyby jednak posłużyć się nim nieco ostrożniej, efekt zostałby uzyskany.

- koniec spoilerów -

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak tylko ogłosić Karen Cleveland dobrą autorką i polecić Muszę to wiedzieć Waszej uwadze. Co prawda z pewnymi "ale" i na własną odpowiedzialność, ale mimo wszystko na plus. Miłej lektury!

PREMIERA już 6 czerwca 2018 roku!


Więcej o kulturze: KLIK * Instagram: KLIK * Za przedpremierowe udostępnienie powieści dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Colleen Hoover: Pułapka uczuć (trylogia)


Za każdym razem, gdy przyjdzie mi recenzować trylogię czy serię, staję przed tym samym problemem - jak omówić kolejne tomy bez posługiwania się spoilerami? Dziś znalazłam cudowne rozwiązanie - zamiast omawiać, można wgryźć się w elementy problematyczne. Zwłaszcza, jak trafi się taki kąsek jak dziś. Przed Wami Pułapka uczuć!

Ukazanie się Pułapki uczuć datuje się na początek kariery Colleen Hoover, która w zasadzie za sprawą tych książek ruszyła do przodu, ku Maybe Someday, z którym miałam styczność parę lat temu i które - mimo swojej cukierkowej otoczki - naprawdę mi się spodobało. I chociaż Hoover związana jest nierozerwalnie ze skojarzeniem autorki "romansideł", ma coś niezwykle cennego - talent do budowania niepowtarzalnego klimatu powieści, który daje nie tylko poczucie autentyczności, ale też wielką chęć przebywania w wykreowanym świecie. Nawet, jeśli romans to nie nasz gatunek. Kierując się tym wspomnieniem, po Maybe Someday postanowiłam zaszaleć i zobaczyć, co z lektury słynnej Pułapki uczuć może wyniknąć. Trylogia była wydana w Polsce dwukrotnie, pierwotnie przez Wydawnictwo W.A.B., a następnie przez YA!, wchodzące w skład tej samej grupy wydawniczej, co W.A.B. Czemu o tym wspominam? Ponieważ jest to zaledwie wznowienie - tłumaczenie pozostaje to samo, co może za chwilę okazać się ważną informacją dla naszych rozważań. Już Wam zdradzam, czemu - ale najpierw parę słów, z jaką materią mamy w ogóle do czynienia.

Pułapka uczuć to na pozór typowa amerykańska powieść obyczajowa dla nastolatków. Na pozór, bo Hoover idzie o krok dalej niż jej koledzy po fachu i rezygnuje z sielanki będącej tłem większości tego typu historii. Stawia natomiast na świat mniej odrealniony - pełen problemów i goryczy, ale też dobra i cennych chwil szczęścia. W świecie tym funkcjonuje główna bohaterka powieści - Layken, która wraz z mamą i młodszym bratem przybywają do stanu Michigan po nieoczekiwanej śmierci ojca. Nie jest tajemnicą, że zostawiając Teksas i bolesne wspomnienia za sobą, Layken wpada wprost w sielankowy pejzaż małej miejscowości, której częścią jest przystojny Will, opiekujący się swoim - również młodszym - bratem po tragicznej śmierci rodziców. Jakże (nie)oczekiwanie, dwoje młodych momentalnie się ze sobą zapoznaje, wpada sobie w oko i przechodzi do randkowania - ot tak, nawet nie z rozdziału na rozdział, ale ze strony na stronę. Tak pospieszne tempo przywodziło mi na myśl lecenie "po łebkach", żeby jak najszybciej wgryźć się w sedno i założony wcześniej przekaz, a nie zostać posądzonym o brak jakiegokolwiek wstępu; szybko się jednak przekonałam, że bardzo się myliłam. Podczas gdy byłam przekonana, że pierwsza randka wydarzyła się niemalże na pierwszych stronach powieści, żeby migusiem otworzyć autorce drogę do opisania romansu bohaterów i co bardziej ekscytujących momentów tej relacji, okazało się, że jest zupełnie odwrotnie - bohaterowie musieli się zapoznać, aby stać się tłem do kolejnych - niekoniecznie szczęśliwych - wydarzeń, które przedziwnie splotły się ze sobą na łamach tej powieści. Niemniej jednak, po lekturze wciąż czułam niedosyt - bo coś poszło nie tak, bo mnóstwo wątków skrócono i spłycono, a spokojnie można by pokusić się o książkę nieco dłuższą, a pełniejszą. I chociaż Pułapka uczuć doczekała się swojej kontynuacji (w postaci dwóch kolejnych tomów), nie dopełnia ona historii, a jedynie ją wydłuża, również pobieżnie. Ciekawa rzecz dzieje się w przypadku tomu trzeciego - jeśli spodziewacie się ciągu dalszego historii Layken i Willa, dostaniecie go. O łącznej objętości... paru stron. Jak to jest możliwe? Autorka dokonała bowiem czegoś, w czym zaczęła się w późniejszym czasie specjalizować (v. Hopeless i Losing Hope) - pokusiła się o odwrócenie perspektywy i ponownie dopuściła do głosu Willa. Jednak tym razem nie do końca wprowadzał on czytelników do nowego świata; schemat jest tu prosty: Layken i Will znajdują się na wspólnym wyjeździe, podczas którego wspominają to, jak się poznali. Proporcja wygląda natomiast następująco - 1:10, z czego 1 to akcja tocząca się w czasie teraźniejszym dla powieści, a 10 to retrospekcje (w większości wracamy do wątków, które już widzieliśmy oczami Layken). Taki zabieg, z pewnością wydający się autorce ciekawym, w rzeczywistości jest bardzo ryzykowny; oczywiście ma szansę się sprawdzić, ale tylko w dwóch sytuacjach: kiedy historia bohaterów urzeka do tego stopnia, że każdy nowy szczegół jest na wagę złota i taka publikacja pozwala nam wejść raz jeszcze do ukochanego przez nas świata. Drugim przypadkiem jest sytuacja, w której autor/autorka rozbuduje powieść do należytych rozmiarów, a później pokusi się o jej parafrazę, tak, żeby uzyskać studium postrzegania świata w zależności od płci, przeżyć i bagażu doświadczeń. W przypadku This girl (czyli tomu trzeciego) natomiast żadna z tych możliwości nie stała się faktem.

Dobrze jednak, że dotarliśmy do tego problemu - bo oto idealny pretekst, aby przejść do sedna, czyli tłumaczeniowych kwiatków. Jeśli zajrzymy na pierwsze strony kolejnych tomów - niezależnie od tego, czy sięgniemy po wydanie nowe, czy stare - zorientujemy się, że coś tu się nie zgadza. Tom pierwszy został przetłumaczony przez Katarzynę Puścian, natomiast dwa kolejne - przez Jarosława Mikosa. Długo można by dywagować o tym, na ile rozsądne jest zmienianie tłumacza w obrębie ściśle związanej ze sobą serii - zwłaszcza, gdzie tom trzeci jest swoistym powieleniem tomu pierwszego. Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy, zwłaszcza czytając tomy w niewielkim odstępie czasowym, na pewno zauważą rozbieżności między dialogami występującymi w Slammed oraz This girl - choćby dlatego, że są ewidentnie skopiowane z pierwszej części, a figurują w części trzeciej pod zupełnie odmienioną postacią. Zdradzają je widoczne zmiany w obrębie stosowania synonimów oraz konstrukcji zdania, a co za tym idzie - brak dbałości o szczegóły. I choć jest to raczej poważna wpadka, bez znajomości oryginału niestosowne byłyby dywagacje na temat tego, jakie i ile zmian wnosi tłumaczenie do treści oraz czy przewaga pierwszego tomu nad pozostałymi wynika z działań autorki czy dwóch rozbieżnych stylów tłumaczenia.

W kwestii dokonanych tłumaczeń - podczas lektury odnotowałam sobie w głowie dwie ważne dla mnie kwestie. Najważniejsza jest tu dla mnie kwestia tytułów - podczas gdy w przypadku pierwszego tomu przyklasnęłam pomysłowi pozostawienia tytułu oryginalnego (wieloznaczność w języku angielskim, odniesienia vs. nieprzekładalność), tak kolejne tytuły to po prostu wierne - lub mniej - przekłady tytułu wyjściowego (Point of retreat a Nieprzekraczalna granicaThis girl a Ta dziewczyna), których jedyną funkcją jest utrzymanie spójności z tomem pierwszym. Drugim ważnym dla mnie wątkiem jest pojawiająca się w części pierwszej poezja. Niezależnie od jej jakości i stopnia zawoalowania pewnych spraw środkami stylistycznymi, przekład poezji zawsze jest szalenie trudnym zadaniem dla tłumacza (o czym świadczyć może chociażby sięganie do powstałych wcześniej tłumaczeń w przypadku cytowania utworów istniejących). Jaki los spotkał utwory Hoover? Ponownie - trudno jednoznacznie to stwierdzić, nie mając możliwości przeczytania tekstów oryginalnych. Zauważyłam natomiast pewne tendencje w moim osobistym odbiorze cytowanych wierszy - większość wydawała mi się po prostu słaba (co przypisałam autorce) do momentu, w którym w jednych z wierszy pokazał się przypis, bo gra słów była zwyczajnie nieprzekładalna. Czy zatem jest nadzieja, że oryginalne utwory naprawdę są wartościowymi tekstami? To pytanie zostawiam dla czytających w oryginale - oni mają to szczęście cieszyć się pierwszym zamysłem i smaczkami, których w przekładzie niestety uchwycić się nie da.

W obrębie tematów oscylujących na pograniczu odpowiedzialności autora i odpowiedzialności tłumacza można zadawać sobie jeszcze mnóstwo pytań, na które bardzo często nie ma jasnych odpowiedzi. Klarownie można natomiast postawić zarzuty autorce - są to zarzuty dotyczące tych elementów, które, choć pewnie też zmodyfikowane w tłumaczeniu, siłą rzeczy pozostają w bliskim oryginałowi kształcie. Nawet po dziesiątym tłumaczeniu wykonywanym na bazie innego tłumaczenia. W przypadku Pułapki uczuć najbardziej zapadły mi w pamięć następujące kwestie:

Nie potrafię wyobrazić sobie Layken. Nie mam wrażenia, że mogłaby być obok mnie i przeżywać to, co przeżywa; nie potrafię też stworzyć jej obrazu - ani fizycznego, ani psychologicznego. Paradoksalnie, chociaż jest to powieść obyczajowa, nie mam silnego wrażenia, że postaci umiejscowione są w znanej mi codzienności.

Powieść napisana jest dość ogólnikowo, bez zagłębiania się w dłuższe analizy uczuć bohaterów. Można by stąd wnioskować, że przeznaczona jest dla młodszego czytelnika, który ceni raczej akcję, aniżeli egzystencjalne tyrady na kilka stron. Jednak niepokojące jest zinfaltynianie postaci - bohaterowie nie są przecież dziećmi, a momentami zdają się tak zachowywać i tak być ukazywane. Tendencja do spłycania bohaterów, aby dostosować treść do wieku czytelnika modelowego, jest niewłaściwa i szkodliwa, przede wszystkim dla rozwoju gustu czytelniczego i oczekiwań literackich.

No i wreszcie pytanie, które zadawałam sobie co chwilę, zwłaszcza przy lekturze drugiego tomu. Jak oni zarabiają na życie?! Layken i Will, a także ich młodsi bracia co rusz zamawiają jedzenie do domu czy oddają się innym rozrywkom, choć tylko Will ma jako taką pracę. Nie to, że komuś żałuję ;-), ale czy naprawdę warunkiem szczęścia bohaterów jest życie w świecie, który nie istnieje? Tak, jak obecność problemów i trosk codziennych i niecodziennych dodawała tej serii jakiegoś pierwiastka ludzkiego, tak infantylność postaci i nierealna codzienność wyrównują tę szalę.

Gdybym miała w jednym zdaniu podsumować trylogię Pułapka uczuć, byłoby to zdanie na tyle długie, żeby poważnie narazić się stylistyce języka polskiego. Z jednej strony zaczynamy od powieści obiecującej i po prostu niezłej, żeby za chwilę się przekonać, że została ona nieumiejętnie zubożona i zabrano nam to, co mogłoby być najbardziej wartościowe. Z nadzieją na coś więcej sięgamy po drugi tom, który jest po prostu przeciętny, żeby zamknąć przygodę z tomem trzecim, który wreszcie dawał nadzieję na uzupełnienie historii. Uzupełnienie, które nigdy się nie wydarzyło.

Czy zatem warto? Można, na deszczowy dzień albo podróż komunikacją miejską. Typowy lekki umilacz czasu, mimo treści niekoniecznie optymistycznych. Sprawdźcie sami - i dajcie znać!

Maciej A. Brzozowski: Sztuka bycia i obycia

Po dziś dzień pamiętam, jak w podstawówce moja Najlepsiejsza Pani Od Polskiego przeprowadziła z nami lekcję o savoir-vivrze. Rozwikłała tę zagadkową nazwę, opowiedziała o zawiłościach tej sztuki i chcący-niechcący zainspirowała mnie do wypożyczenia z biblioteki książki na ten temat, bo jakiś taki niedosyt mi towarzyszył po zaledwie 45-minutowej lekcji. Być może te wspomnienia i ówczesne zainteresowania zadziałały, kiedy dostałam propozycję przeczytania Sztuki bycia i obycia. W końcu sporo się zmieniło od pierwszego dziesięciolecia XXI wieku, popkultura już o to zadbała.

Niestety, ekscytacja tytułem nieco zmalała, kiedy znalazł się już w moich rękach. Powiem więcej - do nowej książki Macieja Brzozowskiego żywię uczucia wysoce ambiwalentne. Z jednej strony fajnie jest mieć taki poradnik dobrych manier w wersji współczesnej, uwarunkowanej trendami, które bodajże najszybciej w historii w tak duży sposób zmieniły społeczeństwo. Z drugiej strony musi być jakieś "ale", bo inaczej tej drugiej strony by nawet nie było. Pierwszym problemem jest potraktowanie zagadnień - znikome, lakoniczne i nie do końca wnoszące coś zauważalnego do zasobów mojej wiedzy. Czy to znaczy, że jestem tak światowa i obyta? No niestety, to nie to. Bardziej byłabym skłonna zasugerować, że Sztuka bycia i obycia to tylko muśnięcie problemu, i to w dość niefortunny sposób.

Drugi problem, z punktu widzenia użyteczności książki mniejszy, ale dla mnie już - znaczący. Rozchodzi się o styl, a jakże. Zacząć by należało od tego, że nie jest to typowa książka o savoir-vivrze - znajdziemy tu raczej własny komentarz, dyktowany jakąś subiektywnością i wybiórczością, aniżeli encyklopedyczne czy poradnikowe opracowanie zagadnień. I mogłaby to być zaleta książki, gdyby nie fakt, że ta subiektywna wybiórczość wchodzi w dość ostrą reakcję ze stylem autora. A jaki jest ten styl? W moim odczuciu autor próbuje ironizować pewne zachowania, niejednokrotnie w sposób nieudany, formą nawiązując do PRL-owskich poradników. Nie wiem, czy to ekstremalnie subiektywne złudzenie, czy jest coś na rzeczy (dajcie znać!), ale niestety w moich oczach na tym książka traci. A w połączeniu z wybiórczymi, jakby pofragmentowanymi informacjami, pozostawia dużo większe wrażenie niedosytu niż wspominana tak chętnie przeze mnie podstawówkowa lekcja polskiego.

Co mogę zrobić w tej sytuacji? Chyba tylko zaproponować, żeby pozwolić sobie samemu na szczerą ocenę. Być może ktoś, kto szuka anegdotycznego savoir-vivre'u w wersji kompaktowej, dopatrzy się w tej publikacji jakichś wyższych wartości. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie.

Oliver Burkeman: Szczęście. Poradnik dla pesymistów

Czy szczęście można opisać? I tak, i nie - ale już na pewno nie da się przygotować specjalnego przepisu na nie, choć dzisiejszy motywatorzy (pardon, kołcze) zdają się tym nie przejmować. Co na ten temat ma do powiedzenia autor książki, Oliver Burkeman?

Zacząć należy chyba od kwestii, że na pewno nie ma do powiedzenia tego, co sugeruje polski tytuł. Nie wiem, czym naraziło się angielskie The Antidote, ale z jakiegoś powodu uznano, że poradnik dla pesymistów to właśnie kwintesencja też książki. Być może miało być to ironiczne nawiązanie do kołczowania wszystkim nie nastrojonym optymistycznie do życia, ale jak dla mnie ironia jest nieczytelna. Książka, którą wam właśnie prezentuję, to nic innego, jak podróż przed historię i filozofię szczęścia. To właśnie to tytułowe antidotum na cały ten pozytywny bełkot, który nas otacza.

Oliver Burke zaczyna swoją opowieść od dnia, kiedy udał się na spotkanie motywacyjne z pewnym guru w swojej, powiedzmy, "branży". Świetnie zdawał sobie sprawę, że to takie gadanie o niczym, a kołcz-mowa nie jest w stanie dać szczęścia (jak ja bym chciała z tego powodu przybić z nim piątkę!). Jeśli myślisz inaczej, cieszę się, że potrafisz z tego czerpać inspirację. Ja nie potrafię, a każde super-hiper-optymistyczne teksty pod publikę działają na mnie jak płachta na byka - i chyba właśnie z tego powodu Szczęście. Poradnik dla pesymistów tak bardzo przypadł mi do gustu.

Tak jak wspomniałam, jest to przegląd koncepcji szczęścia - dość skrótowy, ale jednak skupiony na różnych interpretacjach. Studentom filozofii pewnie by się nie przydał, ale nam, laikom, daje bardzo fajny, przekrojowy pogląd na to, co było, zanim nastał kołczing i optymizm na pokaz. Do plusów zdecydowanie trzeba zaliczyć pomysł i odmienność poglądów od dzisiejszych trendów oraz sięgnięcie do historii filozofii - nie przesadne, a właśnie takie przystępne dla każdego. Minusy? Na pewno język - momentami ciężki, zdradzający bazowanie na źródłach, które - rzecz jasna - pisane są zupełnie inaczej niż zaserwowana nam konwencja popularnonaukowa. I zbyt duża wybiórczość zagadnień, z jednoczesnym rozwlekaniem tych wybranych.

Nie byłabym sobą, gdybym oprócz autora nie winiła wydawców. Choć treść jest całkiem przyzwoita, tytuł i okładka absolutnie nie robią roboty. I chociaż po okładce oceniać się nie powinno, nie zatrzymałabym się w sklepie, widząc kompilację: "szczęście" + "poradnik" + "pesymiści" + ten wściekle różowopomarańczowy kolor i grafika nie sugerująca absolutnie nic. I choć perła jest w muszli, a dusza wewnątrz ciała, w tym przypadku muszę dać się porwać pierwszemu wrażeniu. Albo mile się zaskoczyć, odkrywając zawartość niepozornej książki. Ale zdecydowanie jako odbiorca nie powinnam myśleć, że to kolejny błyskotliwy kołczing, co z pewnością by mi się przydarzyło, gdybym nie przeczytała opisu przed obejrzeniem okładki. Dlatego apeluję - tym razem z ta okładką to szczera prawda. Zresztą - sprawdźcie sami.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza.

W. Bruce Cameron: Był sobie pies

Jest mały, gapciowaty, ale wcale nie taki najsłabszy z rodzeństwa. Lubi wykwintne zapachy domowych odpadów i chłód betonu w kanale. Chociaż jego mamie nie podobają się ludzie, jemu jawią się w kolorowych barwach. Poznajcie Baileya, optymistycznego czteronoga.

Kiedy pewnego dnia kilka sekund zawahania zmienia całe jego życie, jest jeszcze szczeniakiem. Wraz z rodzeństwem i mamą zostają wypatrzeni przez ludzi i zabrani do schroniska – a tam to jest istny raj! Mnóstwo piesków i suczek, wielkie michy karmy i przesympatyczna Pani Człowiek. Jest wszystko. Ale… Ale to dopiero początek przygód. Jak potoczą się losy małego wędrownika? Na kogo przeleje całą swoją miłość w każdym ze swoich psich żyć? Przekonajcie się sami! Od początku miesiąca Był sobie pies gości w księgarniach, a od dziś do kin wchodzi film pod tym samym tytułem. Wiem, nie sposób się oprzeć. Nawet nie próbujcie.

O książce mogłabym mówić długo. Wręcz chciałabym mówić długo, dobra książka zawsze zasługuje na dobrą recenzję. Ale cóż mogę stworzyć w obliczu opisu wydawcy: ciepła jak nagrzany brzuszek szczeniaczka? Pozostaje mi tylko potwierdzić – książka jest pełna ciepła i serdeczności, wręcz wylewa miód na serce czytelnika. Ale nie jest przesłodzona – jest po prostu miła, puchata i bardzo psia. I w dodatku dla każdego, bez względu na wiek i zainteresowania.

Bardzo psi jest też bohater, Bailey. Pełen psiej inteligencji, wierności i oddania. Miłości. Mogłabym jeszcze długo mnożyć zachwyty, ale może będzie rozsądniej, jeśli zostawię Wam tę przyjemność? No przecież wiem, że przeczytacie. Obok takiej książki nie przechodzi się obojętnie.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję grupie Business&Culture oraz Wydawnictwu Kobiecemu.