Alice Vincent: Mowa roślin

Czy betonowe dżungle bez duszy to nasza przyszłość? Czy przywykliśmy już do tego, że nocą nie słyszymy cykania świerszczy i nie zauważamy, że z miast zniknęło wiele gatunków roślin? Czy współczesny styl życia wyklucza symbiozę z przyrodą? To chyba były moje pierwsze pytania, kiedy pojawiła się u mnie refleksja nad naszą kondycją jako elementów natury. Refleksję tę z kolei zawdzięczam "Mowie roślin" Alice Vincent, choć sama lektura nie ujęła mnie w sposób, a jaki oczekiwałam. Dziś zdradzam, dlaczego.

Wydana niedawno "Mowa roślin" to swego rodzaju opowieść o odejściu i powrocie do natury. O przeproszeniu się z zapomnianymi elementami niegdysiejszej, nie tak odległej od naszej codzienności i potrzebie cofnięcia się o kilka lat ku pełniejszemu życiu. Przy okazji, a może szczególnie, to też opowieść o poszukiwaniu siebie i swojego sposobu na przeżycie życia, o znajdywaniu i tworzeniu swojego miejsca na Ziemi. To w końcu zapis przemyśleń i przeżyć ze świata, który wyraźnie idzie w niewłaściwym kierunku i zatraca się we wszystkim co od natury stroni, czy wręcz ją niszczy. Alice Vincent jest wyraźnie zainspirowana powrotem do korzeni w sensie dosłownym, ale też można się pokusić o przypisanie jej chęci - a może potrzeby, zważywszy na temat? - wpisania się w popularny niedawno nurt, w którym przyroda grała pierwsze skrzypce ("Sekretne życie pszczół" i "Błękit" Mai Lunde czy wachlarz publikacji o duchowości roślin i zwierząt). Czy zatem jest to ważny głos w świetle obecnej kondycji ludzkości?

I tak, i nie. Zdecydowanie na plus trzeba tu zaliczyć wątek zamiłowania do roślin i ich sadzenia, pomimo mieszkania w mieszkaniu w środku miasta - to taka miła odmiana od tego, co widujemy na co dzień i w pewnym stopniu inspiracja do szerzenia trendu miejskiej dżungli (ale zielonej dżungli wbrew miastu, a nie metaforycznej dżungli z betonu!). Trzeba też oddać autorce niesamowitą lekkość pióra - po przeczytaniu pierwszych stron już miałam przed oczami sceny z własnego dzieciństwa: barwne wiejskie pola z wakacyjnych wyjazdów, plecenie wianków, fuzja zapachów, łapanie i wypuszczanie koników polnych. Już kilka pierwszych stron wystarczyło, żebym się zauroczyła i uświadomiła sobie, ile z normalnych niegdyś elementów otaczającego mnie świata nie jest już obecnych w moim życiu.

Niestety, to co zaliczyłam na poczet kwiecistości języka, muszę też zaliczyć do grupy potencjalnych problemów z odbiorem. Otóż cała powieść napisana jest w podobny sposób, przy czym nie zawsze są to opisy malujące przed czytelnikiem znane mu, sielskie obrazy. Często są to opisy życia, stanów i przeżyć, które oczywiście stanowią duszę tej książki, ale jednocześnie mogą być dla niektórych odbiorców nużące. Jeżeli wrażliwość autorki nie pokryje się z wrażliwością odbiorcy, niektóre rozdziały mogą okazać się zastojem nie do przezwyciężenia; nie pomaga też fakt, że w książce praktycznie nie istnieją dialogi. I chociaż po stokroć muszę podkreślić, że mamy tu do czynienia z niezwykłą plastycznością języka, osobiście bardziej interesowało mnie samo sedno tej opowieści ukryte za słowami niż same słowa. Tak, jak czasami czytanie jest przyjemnością samą w sobie, tutaj przyjemność sprawia raczej odkrywanie pewnego przekazu niż sam jego kanał.

Być może jest to mylne wrażenie, ale w czasie lektury wydawało mi się, że jest to raczej historia, którą czujesz całą sobą, jeśli ją przeżywasz, ale niekoniecznie porwie ona tłumy, stając się uniwersalną lekturą dla każdego. Ze swojej strony polecam spróbować polubić się z "Mową roślin", bo o ile trafi we wrażliwość odbiorcy, jest wartościową historią. Po prostu nie dla każdego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Drogi Czytelniku! Dziękuję Ci serdecznie, że tu zajrzałeś i że poświęciłeś mi chwilę. Proszę, zostaw po sobie ślad, ponieważ każdy komentarz jest dla mnie największą nagrodą za włożoną pracę i serce :)