Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień

Ona - perfekcyjna pani domu, piękna żona, troskliwa mama. On - człowiek sukcesu, kochający mężczyzna trzymający wszystko w ryzach. Ale... czy na pewno? Oto pytanie, które w ostatnim czasie bardzo chętnie stawia czytelnikom literatura - zwłaszcza ta akcji. Ale nie dajmy się zwieść - Ten jeden dzień nie ma w sobie nic z dotychczasowych bestsellerów.

Choć powieść Roudy jeszcze dobrze nie weszła na polskie półki, już zaczęły pojawiać się głosy, że do złudzenia przypomina niedawny hit wydawniczy, Za zamkniętymi drzwiami (B.A.Paris). I choć rzeczywiście opis powieści zdaje się to sugerować, pozwolę sobie na stwierdzenie, że to na nim zatrzymali się najgorliwsi orędownicy takich opinii. Już od pierwszych stron ogarnia czytelnika powiew świeżości: wbrew wszelkim oczekiwaniom i przyzwyczajeniom, do których doprowadziła nas powtarzalność wydawnicza, pałeczkę narratora (pierwszoosobowego!) przejmuje niemalże na wyłączność mężczyzna. Ów człowiek, Paul, jest głową rodziny: ma dwójkę synów, których chce wychować na prawdziwych mężczyzn oraz żonę - piękną, zdolną Mię, którą z powodzeniem postanowił uwieść w chwili, w której tylko ją zobaczył. A idealna rodzina oznacza idealne życie - i takie też jest: prestiżowa praca, bogactwo, wystawne domy. Do tego perfekcyjnego życia zaglądamy o poranku, akurat w dniu, gdy Paul odwozi swoich synów do szkoły, a następnie zabiera żonę na romantyczny weekend do domku letniskowego nad jeziorem.

I choć perfekcja aż zionie z każdego skrawka powieści, jest to ten rodzaj idealności, w którym od razu wyczuwa się powierzchowność. A może to po prostu złe przeczucia biorą górę? Bo te zdecydowanie trzeba mieć - i to wcale nie ze względu na intrygujący opis powieści, ale na niezwykłą umiejętność autorki do przenoszenia emocji na papier (w tym miejscu ogromne brawa dla tłumaczki!). Gwarantuję, że już od pierwszych zdań będziecie czuć, że coś jest nie tak - a później rozwinie się napięcie, które nie opuści Was prawie do końca. Jednak to wszystko jest możliwe pod jednym warunkiem - że nie będziecie oczekiwać od Tego jednego dnia, że będzie thrillerem. Bo, wbrew zapowiedziom, wcale nim nie jest.

Czytając tę powieść w kluczu thrillera, można się w pewnym momencie akcji zdziwić - żeby nie powiedzieć: rozczarować. Owszem, historia trzyma w napięciu, a wydarzenia nieubłaganie prowadzą ku podejrzanemu finałowi - ale nie jest to ani ten rodzaj napięcia, jakiego należy oczekiwać po thrillerze, ani nie są to wydarzenia, które zapewniłyby historii dynamikę powieści akcji, ani nawet finał nie szykuje brawurowego twista. Po części to wina wydawcy, po części autorki - z jednej strony opis okładkowy sugeruje jeszcze jeden wydawniczy smaczek dla fanów napięcia i błyskotliwych pomysłów, z drugiej zaś sama autorka nie do końca udanie oscyluje między dramatem psychologicznym a thrillerem. Czuć, że powieść ma potencjał, a i Rouda ma ambicję, aby prowadzić do czegoś intensywniejszego i barwniejszego niż dramat obyczajowy - ale nie ma na tyle odwagi, żeby z historii z tłem zaburzeń osobowościowych pójść o krok dalej i uwić konkretną intrygę. I tak Mia i Paul wiszą poniekąd zawieszeni w próżni - zbyt przerysowani, by być odzwierciedleniem realnych życiowych dramatów, ale zbyt życiowi, żeby być bohaterami zapierającego dech w piersiach thrillera. I choć powieść sama w sobie jest dobra, a styl autorki zachwycający, "niedorysowani" bohaterowie (a może niezdecydowanie ich twórczyni?) pozostawiają niedosyt i wrażenie odrealnienia, niezależnie od tego, jak potraktujemy powieść.

Czy zatem warto? Oczywiście, pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, czego oczekujemy - a w tym przypadku należy oczekiwać dobrej powieści psychologicznej z suspensem. Jeśli pozwolimy sobie na "wkręcenie się" w opowieść Paula i jego codzienność, jeśli damy się zaniepokoić doskonałemu doborowi słów i podszeptom między wierszami, i jeśli będziemy odbierać historię przez pryzmat samych siebie - ludzi z krwi i kości żyjących w realnym świecie - zamiast widzów zapierających dech w piersiach wydarzeń, Ten jeden dzień na pewno trafi do naszej wrażliwości. Nie jako książka wyjątkowa i nie jako coś niepowtarzalnego, ale zdecydowanie jako kawałek niezłej literatury z ogromnym potencjałem pisarki. Miejmy nadzieję, że przy następnej okazji posłuży on czemuś jeszcze lepszemu.

Książka ukaże się 30 stycznia 2019 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Abbi Glines: Kocham cię bez słów + Jesteś moim światłem

Kiedy dotarła do mnie powieść Jesteś moim światłem i moim oczom ukazała się bardzo estetyczna okładka, uśmiech szybko zgasł: okazało się, że oto mam przed sobą drugą część serii The Field Party, o czym wcześniej nie wiedziałam. Zaintrygowana zawartością tomu, pobiegłam szybko do biblioteki, żeby nadrobić braki. Jednak szybko się okazało, że niepotrzebnie. Czemu? Już opowiadam.

Kocham cię bez słów to pełna ciepła opowieść dla nastolatków o problemach małych i dużych, o wszystkim tym, co jest wpisane w ich codzienność - niezależnie od tego, czy dobrą, czy nie najlepszą. To taka powieść, którą chce się czytać - z życia wzięta, przystępnie napisana, wypełniona niepowtarzalną atmosferą. Krótko mówiąc: aż żal odkładać. Przekonana, że Jesteś moim światłem będzie kontynuacją losów bohaterów, do których zdążyłam się przyzwyczaić w czasie lektury pierwszej części, szybko zabrałam się do jej lektury. I chociaż rzeczywiście powieść toczy się w tym samym świecie, co Kocham cię bez słów, na pierwszym planie pokazują się inne, po części nowe, postaci (struktura sagi przywodzi tu na myśl raczej koncepcję Jeżycjady) - a znajomość poprzedniej historii nie jest niezbędna, żeby cieszyć się lekturą. Nie byłoby w tym nic złego (choć zawsze witam takie relacje niezadowoleniem ;)), gdyby nie fakt, że drugi tom całkowicie niszczy wrażenie pozostawione przez tom pierwszy. Paradoksalnie, jestem przekonana, że to samo powiedziałabym o tomie pierwszym, gdybym zaczęła lekturę od drugiego. Dlaczego?

Dlatego, że autorce zdaje się wydawać, że tworzenie serii polega na wpisaniu nowych danych w ujednolicony schemat. Nie trzeba nawet specjalnie analizować tych powieści, aby zauważyć punkty wspólne: zagubiona nastolatka z problemami, przybywająca do nowego miejsca, stopniowo adaptująca się do sytuacji, wspomagana przez pomocnego przystojniaka w końcu dociera do punktu zwrotnego w swoim życiu, który rozgania dotychczas kłębiące się nad nią chmury. I choć koncepcja sama w sobie jest zupełnie w porządku, a wykonanie jeszcze lepsze, czytanie obydwu części jedna po drugiej prowadzi wyłącznie do zrujnowania początkowego dobrego wrażenia. I chociaż szczerze polecam obie powieści (mój faworyt to jednak Kocham cię bez słów), dobrze radzę: rozłóżcie je sobie w czasie. Wtedy będzie miło i tak, jak w powieściach być powinno. Bo Abbi Glines okazuje się być dobrą autorką, do której chętnie wrócę, jeśli znów nadarzy się ku temu literacka okazja. Mimo wszystko mam nadzieję, że do tego czasu problem schematu zniknie z prozy Abbi.

Egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości Wydawnictwa Pascal.
Kocham Cię bez słów [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jesteś moim światłem [Abbi Glines]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Colleen Hoover: Pułapka uczuć (trylogia)


Za każdym razem, gdy przyjdzie mi recenzować trylogię czy serię, staję przed tym samym problemem - jak omówić kolejne tomy bez posługiwania się spoilerami? Dziś znalazłam cudowne rozwiązanie - zamiast omawiać, można wgryźć się w elementy problematyczne. Zwłaszcza, jak trafi się taki kąsek jak dziś. Przed Wami Pułapka uczuć!

Ukazanie się Pułapki uczuć datuje się na początek kariery Colleen Hoover, która w zasadzie za sprawą tych książek ruszyła do przodu, ku Maybe Someday, z którym miałam styczność parę lat temu i które - mimo swojej cukierkowej otoczki - naprawdę mi się spodobało. I chociaż Hoover związana jest nierozerwalnie ze skojarzeniem autorki "romansideł", ma coś niezwykle cennego - talent do budowania niepowtarzalnego klimatu powieści, który daje nie tylko poczucie autentyczności, ale też wielką chęć przebywania w wykreowanym świecie. Nawet, jeśli romans to nie nasz gatunek. Kierując się tym wspomnieniem, po Maybe Someday postanowiłam zaszaleć i zobaczyć, co z lektury słynnej Pułapki uczuć może wyniknąć. Trylogia była wydana w Polsce dwukrotnie, pierwotnie przez Wydawnictwo W.A.B., a następnie przez YA!, wchodzące w skład tej samej grupy wydawniczej, co W.A.B. Czemu o tym wspominam? Ponieważ jest to zaledwie wznowienie - tłumaczenie pozostaje to samo, co może za chwilę okazać się ważną informacją dla naszych rozważań. Już Wam zdradzam, czemu - ale najpierw parę słów, z jaką materią mamy w ogóle do czynienia.

Pułapka uczuć to na pozór typowa amerykańska powieść obyczajowa dla nastolatków. Na pozór, bo Hoover idzie o krok dalej niż jej koledzy po fachu i rezygnuje z sielanki będącej tłem większości tego typu historii. Stawia natomiast na świat mniej odrealniony - pełen problemów i goryczy, ale też dobra i cennych chwil szczęścia. W świecie tym funkcjonuje główna bohaterka powieści - Layken, która wraz z mamą i młodszym bratem przybywają do stanu Michigan po nieoczekiwanej śmierci ojca. Nie jest tajemnicą, że zostawiając Teksas i bolesne wspomnienia za sobą, Layken wpada wprost w sielankowy pejzaż małej miejscowości, której częścią jest przystojny Will, opiekujący się swoim - również młodszym - bratem po tragicznej śmierci rodziców. Jakże (nie)oczekiwanie, dwoje młodych momentalnie się ze sobą zapoznaje, wpada sobie w oko i przechodzi do randkowania - ot tak, nawet nie z rozdziału na rozdział, ale ze strony na stronę. Tak pospieszne tempo przywodziło mi na myśl lecenie "po łebkach", żeby jak najszybciej wgryźć się w sedno i założony wcześniej przekaz, a nie zostać posądzonym o brak jakiegokolwiek wstępu; szybko się jednak przekonałam, że bardzo się myliłam. Podczas gdy byłam przekonana, że pierwsza randka wydarzyła się niemalże na pierwszych stronach powieści, żeby migusiem otworzyć autorce drogę do opisania romansu bohaterów i co bardziej ekscytujących momentów tej relacji, okazało się, że jest zupełnie odwrotnie - bohaterowie musieli się zapoznać, aby stać się tłem do kolejnych - niekoniecznie szczęśliwych - wydarzeń, które przedziwnie splotły się ze sobą na łamach tej powieści. Niemniej jednak, po lekturze wciąż czułam niedosyt - bo coś poszło nie tak, bo mnóstwo wątków skrócono i spłycono, a spokojnie można by pokusić się o książkę nieco dłuższą, a pełniejszą. I chociaż Pułapka uczuć doczekała się swojej kontynuacji (w postaci dwóch kolejnych tomów), nie dopełnia ona historii, a jedynie ją wydłuża, również pobieżnie. Ciekawa rzecz dzieje się w przypadku tomu trzeciego - jeśli spodziewacie się ciągu dalszego historii Layken i Willa, dostaniecie go. O łącznej objętości... paru stron. Jak to jest możliwe? Autorka dokonała bowiem czegoś, w czym zaczęła się w późniejszym czasie specjalizować (v. Hopeless i Losing Hope) - pokusiła się o odwrócenie perspektywy i ponownie dopuściła do głosu Willa. Jednak tym razem nie do końca wprowadzał on czytelników do nowego świata; schemat jest tu prosty: Layken i Will znajdują się na wspólnym wyjeździe, podczas którego wspominają to, jak się poznali. Proporcja wygląda natomiast następująco - 1:10, z czego 1 to akcja tocząca się w czasie teraźniejszym dla powieści, a 10 to retrospekcje (w większości wracamy do wątków, które już widzieliśmy oczami Layken). Taki zabieg, z pewnością wydający się autorce ciekawym, w rzeczywistości jest bardzo ryzykowny; oczywiście ma szansę się sprawdzić, ale tylko w dwóch sytuacjach: kiedy historia bohaterów urzeka do tego stopnia, że każdy nowy szczegół jest na wagę złota i taka publikacja pozwala nam wejść raz jeszcze do ukochanego przez nas świata. Drugim przypadkiem jest sytuacja, w której autor/autorka rozbuduje powieść do należytych rozmiarów, a później pokusi się o jej parafrazę, tak, żeby uzyskać studium postrzegania świata w zależności od płci, przeżyć i bagażu doświadczeń. W przypadku This girl (czyli tomu trzeciego) natomiast żadna z tych możliwości nie stała się faktem.

Dobrze jednak, że dotarliśmy do tego problemu - bo oto idealny pretekst, aby przejść do sedna, czyli tłumaczeniowych kwiatków. Jeśli zajrzymy na pierwsze strony kolejnych tomów - niezależnie od tego, czy sięgniemy po wydanie nowe, czy stare - zorientujemy się, że coś tu się nie zgadza. Tom pierwszy został przetłumaczony przez Katarzynę Puścian, natomiast dwa kolejne - przez Jarosława Mikosa. Długo można by dywagować o tym, na ile rozsądne jest zmienianie tłumacza w obrębie ściśle związanej ze sobą serii - zwłaszcza, gdzie tom trzeci jest swoistym powieleniem tomu pierwszego. Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy, zwłaszcza czytając tomy w niewielkim odstępie czasowym, na pewno zauważą rozbieżności między dialogami występującymi w Slammed oraz This girl - choćby dlatego, że są ewidentnie skopiowane z pierwszej części, a figurują w części trzeciej pod zupełnie odmienioną postacią. Zdradzają je widoczne zmiany w obrębie stosowania synonimów oraz konstrukcji zdania, a co za tym idzie - brak dbałości o szczegóły. I choć jest to raczej poważna wpadka, bez znajomości oryginału niestosowne byłyby dywagacje na temat tego, jakie i ile zmian wnosi tłumaczenie do treści oraz czy przewaga pierwszego tomu nad pozostałymi wynika z działań autorki czy dwóch rozbieżnych stylów tłumaczenia.

W kwestii dokonanych tłumaczeń - podczas lektury odnotowałam sobie w głowie dwie ważne dla mnie kwestie. Najważniejsza jest tu dla mnie kwestia tytułów - podczas gdy w przypadku pierwszego tomu przyklasnęłam pomysłowi pozostawienia tytułu oryginalnego (wieloznaczność w języku angielskim, odniesienia vs. nieprzekładalność), tak kolejne tytuły to po prostu wierne - lub mniej - przekłady tytułu wyjściowego (Point of retreat a Nieprzekraczalna granicaThis girl a Ta dziewczyna), których jedyną funkcją jest utrzymanie spójności z tomem pierwszym. Drugim ważnym dla mnie wątkiem jest pojawiająca się w części pierwszej poezja. Niezależnie od jej jakości i stopnia zawoalowania pewnych spraw środkami stylistycznymi, przekład poezji zawsze jest szalenie trudnym zadaniem dla tłumacza (o czym świadczyć może chociażby sięganie do powstałych wcześniej tłumaczeń w przypadku cytowania utworów istniejących). Jaki los spotkał utwory Hoover? Ponownie - trudno jednoznacznie to stwierdzić, nie mając możliwości przeczytania tekstów oryginalnych. Zauważyłam natomiast pewne tendencje w moim osobistym odbiorze cytowanych wierszy - większość wydawała mi się po prostu słaba (co przypisałam autorce) do momentu, w którym w jednych z wierszy pokazał się przypis, bo gra słów była zwyczajnie nieprzekładalna. Czy zatem jest nadzieja, że oryginalne utwory naprawdę są wartościowymi tekstami? To pytanie zostawiam dla czytających w oryginale - oni mają to szczęście cieszyć się pierwszym zamysłem i smaczkami, których w przekładzie niestety uchwycić się nie da.

W obrębie tematów oscylujących na pograniczu odpowiedzialności autora i odpowiedzialności tłumacza można zadawać sobie jeszcze mnóstwo pytań, na które bardzo często nie ma jasnych odpowiedzi. Klarownie można natomiast postawić zarzuty autorce - są to zarzuty dotyczące tych elementów, które, choć pewnie też zmodyfikowane w tłumaczeniu, siłą rzeczy pozostają w bliskim oryginałowi kształcie. Nawet po dziesiątym tłumaczeniu wykonywanym na bazie innego tłumaczenia. W przypadku Pułapki uczuć najbardziej zapadły mi w pamięć następujące kwestie:

Nie potrafię wyobrazić sobie Layken. Nie mam wrażenia, że mogłaby być obok mnie i przeżywać to, co przeżywa; nie potrafię też stworzyć jej obrazu - ani fizycznego, ani psychologicznego. Paradoksalnie, chociaż jest to powieść obyczajowa, nie mam silnego wrażenia, że postaci umiejscowione są w znanej mi codzienności.

Powieść napisana jest dość ogólnikowo, bez zagłębiania się w dłuższe analizy uczuć bohaterów. Można by stąd wnioskować, że przeznaczona jest dla młodszego czytelnika, który ceni raczej akcję, aniżeli egzystencjalne tyrady na kilka stron. Jednak niepokojące jest zinfaltynianie postaci - bohaterowie nie są przecież dziećmi, a momentami zdają się tak zachowywać i tak być ukazywane. Tendencja do spłycania bohaterów, aby dostosować treść do wieku czytelnika modelowego, jest niewłaściwa i szkodliwa, przede wszystkim dla rozwoju gustu czytelniczego i oczekiwań literackich.

No i wreszcie pytanie, które zadawałam sobie co chwilę, zwłaszcza przy lekturze drugiego tomu. Jak oni zarabiają na życie?! Layken i Will, a także ich młodsi bracia co rusz zamawiają jedzenie do domu czy oddają się innym rozrywkom, choć tylko Will ma jako taką pracę. Nie to, że komuś żałuję ;-), ale czy naprawdę warunkiem szczęścia bohaterów jest życie w świecie, który nie istnieje? Tak, jak obecność problemów i trosk codziennych i niecodziennych dodawała tej serii jakiegoś pierwiastka ludzkiego, tak infantylność postaci i nierealna codzienność wyrównują tę szalę.

Gdybym miała w jednym zdaniu podsumować trylogię Pułapka uczuć, byłoby to zdanie na tyle długie, żeby poważnie narazić się stylistyce języka polskiego. Z jednej strony zaczynamy od powieści obiecującej i po prostu niezłej, żeby za chwilę się przekonać, że została ona nieumiejętnie zubożona i zabrano nam to, co mogłoby być najbardziej wartościowe. Z nadzieją na coś więcej sięgamy po drugi tom, który jest po prostu przeciętny, żeby zamknąć przygodę z tomem trzecim, który wreszcie dawał nadzieję na uzupełnienie historii. Uzupełnienie, które nigdy się nie wydarzyło.

Czy zatem warto? Można, na deszczowy dzień albo podróż komunikacją miejską. Typowy lekki umilacz czasu, mimo treści niekoniecznie optymistycznych. Sprawdźcie sami - i dajcie znać!

Haruki Murakami: Mężczyźni bez kobiet

Mężczyźni bez kobiet to moje pierwsze spotkanie z krótkimi formami w wydaniu Murakamiego. I choć ten fakt nie jest obojętny dla oceny tego zbioru, odnoszę wrażenie, że można mówić o pewnym powiewie świeżości w murakamowskiej prozie.

Niezwykle trudnym zadaniem jest ocena opowiadań, podczas gdy to nie pierwsza przygoda Japończyka z tą formą, natomiast moja – i owszem. Nie tak w ogóle oczywiście, choć bez ogródek przyznam się, że od form krótkich stronię w każdym przypadku. Żeby zatem nie narazić się na gołosłowność, podeprę się powieściami autora.

A powieści te, już na pierwszy rzut oka podzielić można na dwie grupy: te „bardziej” i „mniej obyczajowe”. Chyba każdy, kto zetknął się już z twórczością Murakamiego, wyraźnie widzi grubą linię, która rozdziela większość z jego powieści (Na południe od granicy, na zachód od słońca jest tu wyjątkiem – bardzo zgrabnym i moim ulubionym, ale jednak wyjątkiem): wstęp i pierwsze fazy akcji przebiegają jak w każdej dobrze napisanej obyczajówce. Poznajemy bohaterów, nierzadko z tłem psychologicznym odmalowanym na kształt ludzkich, mniej lub bardziej codziennych, problemów. I kiedy każdy inny autor pokusiłby się o zwrot akcji, może komplikację, a może wprowadzenie nowego bohatera, który wszystko odmieni, Murakami wymyka się zwyczajności i – ni z tego, ni z owego – odmienia świat przedstawiony, wrzuca go na głęboką wodę realizmu magicznego, w którym od teraz, aż do końca powieści, historia będzie się regularnie zanurzać (najlepszym przykładem jest chyba Sputnik Sweetheart i absolutnie zmieniająca całą historię opowieść o wesołym miasteczku i oknie mieszkania bohaterki, czyż nie?). I, zostając na tej powierzchniowej (ale nie powierzchownej) warstwie tekstu, oto mamy cel sam w sobie: powieść traktuje o jakiejś historii bliskiej naszemu światu, nagle zostaje wrzucona w oniryzm; w rezultacie otrzymujemy jednocześnie historię z wydźwiękiem społecznym i historię, której zakończenie i możliwe dalsze rozwinięcie chowa się w tak głębokiej mgle dziwności i trudnych do wyłapania przez europejskiego czytelnika metafor, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko docenić jej urok – albo dać się porwać w labirynt japońskich odniesień i aluzji. Jestem niemalże przekonana, że w przypadku poprzednich opowiadań Murakamiego sytuacja jest taka sama – a może wręcz głębiej się zanurzamy w ten klimat.

W przypadku Mężczyzn bez kobiet dzieje się coś innego. Z początku myślałam, że opowiadania te będą zbliżone do przywołanego już Na południe od granicy, na zachód od słońca – że będzie tu więcej obyczajowości niż pierwiastków magicznych, a ze względu na formę, autor pokusi się o jakiś metaforyczny, a może nawet i dosłowny przekaz. A tymczasem w najnowszych opowiadaniach dzieje się coś niesamowicie ciekawego: narrator snuje opowieść, rozbudowuje ją o kolejne wątki, wyjaśnia przytaczane historie, zupełnie jakby szykował się na wyjaśnianie dłuższej całości, która będzie miała sens tylko wtedy, jeśli wszystkie jej składowe będą dla nas jasne. I, kiedy spodziewamy się puenty, historia się urywa, obraz znika, zostajemy niemalże siłą wyrwani z historii, która – wydawałoby się – dopiero się rozwija. I w ten, wydawałoby się, prosty sposób Murakami zwraca uwagę na pewną życiową prawdę: nie wszystkiemu w życiu towarzyszą fajerwerki i nie każda historia ma puentę. W ogólnym rozrachunku każde działanie może mieć głębszy sens i prowadzić do kolejnych zdarzeń, ale wyrwane z kontekstu, jako jedne z wielu, jest po prostu historią bez finału, która może dowolnie potoczyć się dalej.

Daleka jestem od powiedzenia, że najnowsze opowieści Murakamiego to krótkie historyjki wymyślone na poczekaniu, a porzucone z powodu braku pomysłu na efektowne zakończenie. Wręcz przeciwnie: to bardzo ciekawy zabieg stylistyczny, będący jednocześnie potężnym nośnikiem treści, a także potwierdzenie, że Haruki nie potrzebuje niesamowitych historii, aby niesamowicie opowiadać. Polecam, choć – rzecz jasna – z dozą zrozumienia dla nieszablonowego pisania.

Sandy Hall: Musimy coś zmienić [przedpremierowo!]

Oto klasyczna historia: ona zauroczona, on oczarowany. I choć oboje mają się ku sobie, nic z tego nie wychodzi, bo na drodze stają im ich własne słabości – a to, oczywiście, prowadzi do wielu nieporozumień. A jednak jest coś, co sprawia, że historia Lei i Gabe’a jest wyjątkowa. W czym rzecz?

Mimo że znajomość tych dwojga jest raczej trudna, a oboje zmagają się z problemami podobnymi do problemów tysięcy nastolatków – i setek bohaterów literackich – Musimy coś zmienić jest historią absolutnie oryginalną, a co najważniejsze – ciepłą i całkiem zabawną. Całą opowieść, począwszy od tego, jak Lea i Gabe się poznają, a skończywszy na tym, że powoli zaczynają przełamywać lody, relacjonują czytelnikowi ludzie z ich otoczenia: rodzina, przyjaciele, a nawet obcy ludzie, zwierzęta i… elementy wystroju. Ich znajomość, powoli nabierająca rumieńców, ale i nie wolna od nieporozumień, rozwija się w ciągu dziewięciu miesięcy ich nauki w collegu – a my obserwujemy ją dokładnie tak, jakbyśmy byli uczestnikami tej historii! Dzięki takiemu oryginalnemu zabiegowi, jakim jest oddanie głosu bohaterom drugoplanowym, nie tylko poznajemy historię z wielu różnych punktów widzenia, ale też sama opowieść zyskuje na realności: poznajemy skrawek rzeczywistości w takiej formie, jak w życiu codziennym – choć obserwujemy sytuacje, rozmawiamy z ludźmi i odbieramy bodźce, nigdy nie odbierzemy idealnie myśli drugiej osoby, nie spojrzymy jej oczami na relacjonowaną sytuację. I w przypadku historii, w której pojawia się dwóch nieśmiałych bohaterów, o odmiennych charakterach i całkiem różnych losach, taki zabieg doskonale obrazuje, jak oni i ich postępowanie są postrzegani w społeczeństwie. Jest to obraz niezmącony subiektywnymi przemyśleniami głównych bohaterów – i co prawda pozbawia nas to wiedzy, jaką zapewnia wypowiedź narratora wszechwiedzącego, ale za to mamy wrażenie, że obraz sytuacji jest bardzo realny, a sami czujemy się uczestnikami wydarzeń.

Niestety, mimo że pomysł na budowę historii jest świetny, ma on swoje wady. Jak już wspomniałam, historia znajomości dwójki młodych ludzi relacjonowana jest przez rozmaite postaci: pojawia się między innymi brat Gabe’a, przyjaciele Lei, wykładowczyni kreatywnego pisania, baristka ze Starbucksa, inni studenci, kierowca autobusu,… Długo by wymieniać. Jest nawet przesympatyczna wiewiórka-entuzjastka orzechów i ławka, której przemyślenia o świetnym tyłku Gabe’a naprawdę mnie rozbawiły. Ale w pewnym momencie lektury zaczęłam zastanawiać się nad realnością tych historii. Bezdyskusyjnie jestem w stanie zgodzić się, że postać wykładowczyni, która uwielbia swatać swoich uczniów, ma prawo istnieć w realnym świecie – jest to osoba nietuzinkowa, a jej hobby jest wprost szalone, ale ma swój urok i bez żadnego „ale” akceptuję jej obecność. Natomiast jej rozmowy ze swoim asystentem, w których analizują postęp w znajomości Lei i Gabe’a, jest absurdalny i wydaje się być sztuczny, co psuje klimat historii. Podobnie jest na przykład z kierowcą autobusu – sposób, w jaki opowiada o tej parze i fakt, że jego żona uwielbia o niej słuchać, zdaje się być naciągany. Nie chcę przez to powiedzieć, że są to sytuacje niemożliwe, w końcu nasze myśli często skupiają się na przypadkowo spotkanych osobach i bywają abstrakcyjne; odnoszę jednak wrażenie, że zbyt wiele przypadkowych postaci angażuje się emocjonalnie w znajomość Lei i Gabe’a, którzy – nie oszukujmy się – są zwykłymi, niczym nie wyróżniającymi się ludźmi, a ich znajomość rozwija się raczej powoli i bez fajerwerków.

Kolejnym problemem (i zarazem zaletą!) jest długość wątków – są to wręcz miniatury, które, owszem, czyta się świetnie, ale pozbawiają czytelnika możliwości bliższego poznania bohaterów. Analizując Musimy coś zmienić jako całość, otrzymujemy sporą dawkę wiedzy zarówno na temat Lei i Gabe’a, jak i ludzi komentujących ich znajomość. Brakowało mi jednak rozwinięcia wątków pod kątem życia tych konkretnych narratorów – mało wiarygodne jest to, że myślą oni tylko o głównych bohaterach i sprawach z nimi związanych.

Chciałabym jednak zwrócić uwagę, że Musimy coś zmienić to powieść dla młodzieży – i w tym kontekście uważam, że należy ją pochwalić: w raczej średniej objętości zawiera sporo treści, pokazuje, że zwykłą historię można przedstawić w inny, ciekawy sposób i uczy kreatywnych rozwiązań. Choć czytałam tę powieść ze świadomością jej niewielkich mankamentów, z przyjemnością wciągnęłam się w historię, aż wreszcie poczułam się członkiem świata stworzonego przez Sandy Hall. Oto doskonały przykład tego, że ciekawym zabiegiem stylistycznym można stworzyć zupełnie nową jakość. To taka lekka i przyjemna, ale przy tym inteligentnie skonstruowana odskocznia od życia codziennego. Polecam!

_________________
premiera: 13 maja 2015r.
za przedpremierowe udostępnienie egzemplarza dziękuję serdecznie


Colleen Hoover: Maybe Someday [przedpremierowo!]

Maybe Someday - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Życie pisze różne historie: całkiem prozaiczne i te wyjątkowe. Proste i skomplikowane, szczęśliwe i bez happy endu. Ale życie ma też poczucie humoru – czasami bardzo ironiczne: i tak oto proste relacje się komplikują, szczęśliwe chwile zaczynają się boleśnie kojarzyć. To, co uznawane jest za złe, tak naprawdę jest czymś dobrym, co zdarzyło się w nieodpowiednim miejscu i czasie… I tak też stało się z Sydney i Ridgem.

Zaczęło się prozaicznie: on na balkonie ćwiczył swoje kompozycje, ona, po drugiej stronie dziedzińca, podśpiewywała wymyślone przed siebie teksty granych piosenek. On nie miał natchnienia – jej to przychodziło ot tak sobie. I tak się poznali. Sploty pewnych wydarzeń spowodowały, że szybko się zaprzyjaźnili, a więź, która wytworzyła się między nimi była czymś zdecydowanie większym niż przyjaźń. Nie jest to jednak historia, w której tak po prostu dwoje ludzi może być szczęśliwych bez pozostawiania za sobą żadnych ofiar.

Colleen Hoover w Maybe Someday podjęła bardzo trudny temat. Zdrada, bo wokół niej kręci się cała opowieść, jest tutaj oddana bardzo życiowo: jest rysą na szkle nieskazitelnego charakteru, ale też staje się czymś wątpliwym i niejednoznacznym. Autorka w błyskotliwy sposób odrysowuje prawdę starą jak świat: nic nie jest całkiem czarne ani całkiem białe. Przywiązując nas do bohaterów, łamie nam serca – pokazuje, że ktoś, w kogo wierzymy i kogo kochamy, może popełnić błąd; przy okazji Hoover gra też nam na nosie, przebiegle wplatając w fabułę niewygodne pytanie: czemu kogoś postrzeganego negatywnie potępiamy za ten sam czyn, z powodu którego staramy się usprawiedliwiać dobrego człowieka?

Bardzo odważnie odrysowana jest tutaj rzeczywistość: codzienność to nie tylko proza życia i działania o określonej wartości: dobre/złe. To też walka z samym sobą, zwłaszcza jeśli znienacka pojawia się ktoś, kto w jednej chwili potrafi przemeblować poukładane na pozór życie. Tutaj radość przeplata się z cierpieniem, moralność z pożądaniem. Zdrada psychiczna boli tutaj tak, jak zdrada fizyczna (a może nawet bardziej...?), a granice się zacierają. Co można usprawiedliwić dobrymi intencjami? Co można wybaczyć w imię szczerości i wyższych ideałów?

Cała książka wprost emanuje ciepłym, przytulnym klimatem – czytelnik bez wahania zanurza się w kolejne strony i przepada bez reszty, na dobre zadomawiając się wśród bohaterów. Choć niejednokrotnie jest to słodko-gorzka historia, czujemy się w niej świetnie: fabuła wręcz płynie do przodu, czujemy się jak uczestnicy wydarzeń i ani nam w głowie opuszczać ten świat. Miłe uczucia dopełniane są muzyką przygotowaną na potrzeby książki: Griffin Peterson stworzył osiem klimatycznych kompozycji, które odpowiadają piosenkom tworzonym w powieści przez Ridge’a i Sydney. I chociaż teksty nie zawsze do mnie przemawiały, tak muzyka jest naprawdę dobra – a razem tworzą bardzo przyjemną dla ucha mieszankę.

Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was wszystkich do lektury Maybe Someday – to taki wycinek życia zwykłego człowieka, któremu nadano odpowiednią perspektywę i udowodniono, że może być magiczne wskutek tego, co możemy poczuć do drugiej osoby. Może nie jest to powieść idealna, ale z pewnością jest bardzo dobra – i niezwykle przyjemna w odbiorze. Oprócz tego, że funduje czytelnikom cały wachlarz emocji, daje coś jeszcze: sprawia, że chcemy jeszcze intensywniej odczuwać własne życie. I za tę inspirującą dawkę optymizmu, mimo wielu smutnych chwil w życiu bohaterów, szczególnie dziękuję autorce.


_________
za przedpremierowy egzemplarz dziękuję


Sue Monk Kidd: Sekretne życie pszczół

Sekretne życie pszczół [Sue Monk Kidd]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Życie, w ogólnym rozrachunku, wydaje się być słodko-gorzkie: wzloty, upadki, chwile radości i zwątpienia. I choć nie powinno się takim wydawać czternastolatce, historia nastoletniej Lily jest wprost urzekająca.

Agresywny ojciec i niepokojące dziewczynę widma przeszłości sprawiają, że postanawia uciec z brzoskwiniowej farmy. W plan wciąga swoją opiekunkę i tak dostają się do Tiburonu – małego malowniczego miasteczka w Karolinie Południowej. I choć mała biała dziewczynka i potężna dorosła Murzynka tworzą dość zaskakującą wówczas parę podróżniczek, z powodzeniem udaje im się znaleźć schronienie. Do różowego domku otoczonego ulami prowadzi je jedna z pamiątek po matce – wizerunek ciemnoskórej Matki Boskiej, który Lily rozpoznała w miejscowym sklepie. Pokierowane przez sprzedawcę w odpowiednie miejsce nie tylko spotykają trzy dobroduszne siostry, które udzielają im schronienia, ale przede wszystkim odnajdują spokój i redefiniują swoje spojrzenie na życie. Tylko czy taki stan może trwać w nieskończoność, jeśli przywykło się do przeciwności losu?

Sekretne życie pszczół, podobnie jak życie ludzkie, o którym opowiada, jest słodko-gorzkie. Nie brakuje tu rozczarowań, cierpienia i bolesnych widm przeszłości – ale jest też spokój, zrozumienie, wyciszenie i radość życia. I choć historia jest przede wszystkim o tych emocjach i odnajdywaniu siebie, nie nuży nas ani przez moment; to taki mały wycinek ludzkiego życia, który – nie zawsze szczęśliwy – twardo osadzony jest w rzeczywistości i ukazuje, jak wiele aspektów może mieć taka niedługa chwila. Akcja toczy się w latach 60. w Południowej Karolinie: panuje tam wówczas lato, a więc upały ścinające z nóg. I taka też jest atmosfera powieści: powolna, pachnąca latem i słodkim, lepkim miodem. Autorka doskonale posługuje się słowem, bez większego wysiłku odmalowując przed oczami czytelnika pasieki, między którymi słychać bzyczenie pszczół i czuć duszne powiewy upalnego powietrza. Zresztą nie tylko krajobraz jest wyrazem kunsztu Sue Monk Kidd – są to przede wszystkim emocje, zdarzenia i postaci. To właśnie bohaterowie nadają Sekretnemu życiu pszczół prawdziwego charakteru: każdy z nich jest niepowtarzalną, oryginalną osobowością, której cechy towarzyszą tak naprawdę każdemu jej działaniu. Nie dość, że są to postaci bardzo przemyślane i odrysowane w powieści jak żywe, to do tego część z nich jest naprawdę… specyficzna. Nie trzeba daleko szukać – spójrzmy na siostry z kalendarza, których imiona odpowiadają wiosennym i letnim miesiącom: jest August, która służy dobrą radą i roztacza wokół siebie takie ciepło i poczucie bezpieczeństwa, że dociera ono aż do czytelnika; jej siostra, June, choć na początku nie lubi Lily, nie jest w swoich uczuciach zwykła i przewidywalna; no i wreszcie May, postać absolutnie nietuzinkowa. Majowa kobieta jest wrażliwa za siebie, nas wszystkich i jeszcze trochę na zapas: wpada w histerię, ilekroć coś złego się przydarzy. I choć jest to przygnębiające, a dla niej trudne, nie sposób się nie zaśmiać, ilekroć zaczyna zawodzić Oh! Susanna, kiedy stara się uspokoić – nierzadko po zdarzeniach dla nas błahych.

Jednak Sekretne życie pszczół to nie tylko opowiastka o życiu w sielankowym Tiburonie. W powieści przewija się też wątek społeczno-polityczny; i choć jest bardzo subtelnie wpleciony w historię nastoletniej Lily, odgrywa ważną rolę i jeszcze mocniej osadza w kontekście opowieść o ciemnoskórych kobietach. Lata 60. to oczywiście pierwsze prawa dla Murzynów żyjących w Ameryce Północnej i fala przemocy i sprzeciwu względem tak kontrowersyjnych postanowień. Tłem dla życia jednostki jest tutaj uzyskanie prawa do głosowania, niesamowite emocje temu towarzyszące, konflikty etniczne, dyskryminacja i problem tolerancji i współistnienia w społeczeństwie. Wszystko to sprawia, że powieść wydaje się nie tylko bardzo realna, ale też dodaje to kolejne emocje do i tak ogromnego przekroju tego, co przyszło czuć kobietom z Sekretnego życia pszczół – i tego, co czuje każdy człowiek. I choć dynamika wydarzeń nie jest w tej powieści priorytetem, to jest to wieloaspektowa historia, którą warto znać – czy to dla wątków społeczno-politycznych, historycznych, czy czysto życiowych. Bo niezależnie od tego, czy autorka opisuje rzeczywistość, czy życie wewnętrzne bohaterów, robi to nad wyraz trafnie. Bez dwóch zdań, polecam!

W gruncie rzeczy nie trzeba być w czymś najlepszym, wystarczy, że się to kocha.



Uwaga, uwaga, Kochani, wspaniałe wieści! Pamiętacie Isabelle? Recenzowałam ją dla Was w marcu - a teraz została doceniona: możecie przeczytać ją ponownie, tym razem w kwietniowym numerze Dwumiesięcznika Literackiego SOFA! Jeśli macie ochotę przejrzeć magazyn, kliknijcie w jego przepiękną okładkę :)

Rainbow Rowell: Eleonora i Park [przedpremierowo!]

Eleonora i Park [Rainbow Rowell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Eleonora i Park. Dwa żywioły. Dzieli ich niemalże wszystko, łączy – miłość do muzyki. Czy wspólna pasja to wystarczająco dużo, żeby stworzyć silną więź i być ze sobą na dobre i na złe?

O tym, że Eleonora i Park choćby w najmniejszym stopniu zbliżą się do siebie, nie świadczyło nic. Eleonora już od swojego pierwszego dnia w szkole była postrzegana jako dziwak: czerwona burza włosów, nietypowe ubrania. Park zaś jest indywidualistą, a wręcz – outsiderem: zaszyty samotnie na siedzeniu szkolnego autobusu czyta komiksy i słucha muzyki. Jak zatem mogli zwrócić na siebie uwagę?

Prawdopodobnie tak by się nie stało, gdyby nie zadziałał przypadek, i to w wydaniu dość banalnym: Eleonora, jako nowa uczennica, nie miała swojego miejsca w autobusie. Park nie miał w autobusie swojej pary. I tak to się zaczęło: od milczenia, przez nieśmiałe spojrzenia i podczytywanie komiksów przez ramię, do rozmów i coraz bliższej znajomości. Czy jednak sam fakt, że oboje zwrócili na siebie uwagę oznacza, że czeka ich filmowy happy end?

Na to pytanie niestety nie mogę Wam odpowiedzieć, ale zapewniam, że tej dwójce nie będzie łatwo. Eleonora to żadna tam szara myszka, płacząca po kątach, że nikt nie rozumie jej odmienności: to dziewczyna z problemami, dla której szkolne nieprzyjemności to tylko kropla w morzu prawdziwych dramatów. Park zaś jest zdeterminowany, żeby te problemy rozwiązać. Czy są w stanie nieść na własnych barkach takie brzemię? Czy ich silna, ale jednak pierwsza miłość ma jakieś szanse wzmocnić się, zamiast ugiąć pod ciężarem takich doświadczeń?

Eleonora i Park to słodko-gorzka powieść dla młodzieży – a przy okazji też dla ich starszego rodzeństwa, rodziców, cioć i każdego, kto zechce po tę historię sięgnąć. Bo chociaż mowa tu o pierwszej miłości i nastoletnich problemach, wiele z wydarzeń rozgrywających się na kartach powieści to znacznie poważniejsze historie: ocieramy się o złe wybory, przemoc w rodzinie, gnębienie i prześladowanie. Ta powieść to piękny i zatrważający zarazem obraz tego, jaki wpływ może mieć człowiek na drugiego człowieka: może stworzyć mu raj na ziemi, ale może też przeobrazić ten raj w piekło.

Mimo wielu poważnych problemów, z jakimi przyjdzie zmierzyć się bohaterom powieści, jest to także bardzo pogodna historia: o tym, jaką radość może nieść zwykła codzienność, obecność drugiej osoby, jak niesamowity jest okres zauroczenia i wchodzenia w pierwsze związki. Powieść Eleonora i Park wywarła na mnie wrażenie, jakiego już dawno nie doświadczyłam – poczułam, że wciąga mnie na swój wyjątkowy sposób, zupełnie, jak robiły to książki w okresie, kiedy poznawałam literaturę. Jest to o tyle niesamowite uczucie, że obecnie czytając książki młodzieżowe albo stwierdzam, że są poważnie napisane i nadają się dla dorosłego czytelnika, albo – co jest naturalną konsekwencją – odczuwam ich prosty język, czasami pewną infantylność. W tym przypadku nie ulegało wątpliwości, że jest to książka młodzieżowa – a jednak w pewien sposób przeniosła mnie w czasie, pozwalając raz jeszcze poczuć, jak kiedyś z wypiekami na twarzy połykało się dopiero co odkryte powieści. I za to ogromny plus dla Rainbow Rowell, bo budzenie takich emocji to raczej nie jest powszechna umiejętność.

Bardzo długo można by się rozwodzić nad walorami tej powieści: ma zdecydowanie wszystko to, co powinna zawierać dobra książka dla młodzieży, a przy tym satysfakcję z lektury odczują i dorośli czytelnicy. Przyjemnej lektury!

nie mogę uwierzyć, że życie dało nam siebie nawzajem


_________________________________________________
za przedpremierowe przysłanie egzemplarza dziękuję serdecznie

Gayle Forman: Wróć, jeśli pamiętasz [+wideorecenzja!]

Wróć, jeśli pamiętasz [Gayle Forman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Historia Mii i Adama, bohaterów Zostań, jeśli kochasz, nie ogranicza się do wątku pary, która w skutek strasznego wypadku zostaje rozdzielona: Mia walczy w szpitalu o życie, a Adam, dowiedziawszy się o nieszczęściu, stara się nie rozsypać na milion kawałków na szpitalnym korytarzu. To nie tylko tragedia i jej wszystkie odcienie. To coś znacznie więcej.

Wróć, jeśli pamiętasz, czyli kontynuacja Zostań, jeśli kochasz to esencja tego, czym jest związek Mii i Adama – wspólnie spędzany czas, to, co ich łączy i to, co ich dzieli. To, co stanowią jako para i to, kim są bez siebie. Drugi tom opowieści o ich losach to porywający obraz uczucia oraz tego, jak odmiennie każde z nich na nie patrzy. Tak, taka dwojaka perspektywa to doskonały powiew świeżości zarówno dla opowiedzianej historii, jak i dla każdego związku, jaki kiedykolwiek tworzyliśmy. To przypomnienie, że każda rzecz i każdy stan nie są tylko tym, co my widzimy i że to jest najciekawsze we wzajemnych relacjach.

Gayle Forman: Zostań, jeśli kochasz [+wideorecenzja!]

Zostań, jeśli kochasz [Gayle Forman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Mia jest szczęśliwa: ma kochającą rodzinę, chłopaka i ogromny talent, który może rozwijać. Pewnego dnia jednak harmoniczne życie rozpada się na kawałki: cała rodzina ulega wypadkowi samochodowemu – rodzice giną, brat walczy o życie, a Mia zapada w śpiączkę. Czy uda się jej wygrać walkę o życie?

W momencie, gdy dochodzi do wypadku, Mia ma zamknięte oczy – a gdy je otwiera, orientuje się, że stoi w przydrożnym rowie. Jakkolwiek by siła wyrzutu nie zadziałała, jest to dalece nieprawdopodobne – i szybko się okazuje, że ciało rzeczywiście leży zupełnie gdzie indziej. Mia zapadła bowiem w śpiączkę, w wyniku czego znajduje się w stanie zawieszenia między ciałem a niebytem i obserwuje tragedię z boku.

Dziewczyna zostaje zabrana do szpitala, gdzie jest niewidocznym świadkiem dramatu swojej dalszej rodziny i przyjaciół, słucha ich rozmów, wspomina czasy, które bezpowrotnie się skończyły – i rozważa, czy chce wrócić do nowej, trudnej codzienności, czy umrzeć. Czy Mia znajdzie w sobie siłę do życia? 

Haruki Murakami: Norwegian Wood [+wideorecenzja!]

Norwegian Wood [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Miłość, strata, przyjaźń, rozpacz, nadzieja, strach. Jest w nich cały przekrój sprzecznych emocji, każdy z nich ma swoje demony. Jednak każde z nich wydaje się je inaczej odbierać i inaczej przysposabiać je do życia. Jak poradzić sobie ze stratą, kiedy wszystko wokół wydaje się tracić sens?

Toru Watanabe jest zwykłym młodym mężczyzną, który wyjechał do Tokio, aby rozpocząć studia i życie na własną rękę. Monotonny bieg nieszczególnie radosnej, ale za to bezpiecznej rzeczywistości odmienia się, kiedy chłopak niespodziewanie wpada na Naoko, znajomą z dawnych lat. Nie jest to jednak zwykła znajoma – Naoko to była dziewczyna jego najlepszego przyjaciela, który całkiem niedawno popełnił samobójstwo. Choć Naoko i Watanabe nigdy nie spędzali czasu we dwójkę, coś się pomiędzy nimi zmienia i rozwija – coś, co podświadomie kojarzą z bolesną dla nich śmiercią ich wspólnego przyjaciela i co prowadzi do wielu pytań bez odpowiedzi. Delikatna dziewczyna zamyka się w sobie i znika z życia Watanabe, natomiast on żyje dalej w Tokio, wplątując się w kolejne znajomości. Jedną z nich jest Midori, całkowite przeciwieństwo Naoko. Jak potoczy się życie każdego z nich?

K.A. Tucker: Dziesięć płytkich oddechów

Dziesięć płytkich oddechów [K.A. Tucker]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Jeden moment. Nagłe szarpnięcie i głucha cisza. Jeszcze tak naprawdę nie wiadomo, co się wydarzyło, ale poczucie, że jest to coś strasznego, wzmaga się z każdą sekundą. Dotyk chłodniejącej dłoni. Odgłos ostatniego oddechu…

Traumatyczne zdarzenie wywraca do góry nogami życie Kacey i jej siostry Livie. Nieuśmierzony nigdy ból oraz późniejsze zdarzenia powodują, że dziewczyna podejmuje decyzję – zabiera młodszą siostrę do Miami, by zacząć życie na własną rękę. Wybór ten nie oznacza jednak dramatycznej próby rozpoczęcia nowego rozdziału wolnego od zmartwień – Kacey tonie w swoich problemach i nie łudzi się, że zmiana otoczenia zmieni jej życie; robi to jedynie dla Livie. Niespodziewanie jednak przez pancerz ochronny starszej z sióstr Cleary zaczynają przebijać się kolejne życzliwe osoby – sąsiadka Storm, jej mała córeczka Mia, a wreszcie przystojny sąsiad z mieszkania 1D. Livie się uczy, Kacey pracuje i nieźle zarabia – słowem: wszystko zaczyna się układać. Niestety nie wszystko jest takie, na jakie wygląda…

Klaudia Kopiasz: W głąb lawendowych uliczek

W głąb lawendowych uliczek [Klaudia Kopiasz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Zamknij oczy i wyobraź sobie stół zastawiony specjałami włoskiej kuchni. Poczuj woń lawendy i bazylii, pozwól się muskać ciepłym promieniom południowego słońca. Przyjemnie? No to ruszamy na wyprawę śladami Olivera, głównego bohatera powieści W głąb lawendowych uliczek, który doznał podobnej inspiracji…

Już pisząc powyższe słowa, zrodził się we mnie swoisty niepokój. Otóż Oliver, wiedziony chęcią przeczytania dobrej powieści, trafia do księgarni prowadzonej przez Włocha. Właściciel ów stawia sobie za punkt honoru pokazać Amerykaninowi, jak piękne są jego okolice – tylko zaraz, dlaczego, skoro Oliver wybiera się do Francji?

Powszechnie wiele kwestii kulturowych i krajobrazowych łączy Włochy i Francję – zamiłowanie do winiarstwa, nieprzebrane pola lawendy, pastelowe krainy, kulinaria, rodzina językowa. Dzieli ich natomiast cały wachlarz rozmaitości – położenie geograficzne, klimat, temperament, atmosfera,… Co zatem powodowało Włochem, że zaczął zachwalać obcokrajowcowi Francję, a nie własną ojczyznę? Tego nie wiem, ale jego charyzma i sięgająca głębi ludzkiej duszy powieść tajemniczej autorki są siła napędową Olivera, który postanawia w trybie natychmiastowym zakupić bilet do Francji. Czy mężczyzna porzuci wszystko i wyruszy w nieznane? Jak skończy się jego wyprawa w poszukiwaniu prawdziwej miłości?

Michelle Cohen Corasanti: Drzewo migdałowe

Drzewo migdałowe [Michelle Cohen Corasanti]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Masowe przesiedlenia, akty przemocy i posyłanie na pewną śmierć cywili to codzienność w dwudziestowiecznej Palestynie. Agresję Izraela, rozprzestrzeniającą się na ziemiach palestyńskich, obserwuje chłopiec – Ahmad, któremu szybko przyjdzie poznać gorycz wojny i zgubną siłę nienawiści, ale też wagę szacunku i miłości ponad podziałami. Jego historia opowiedziana w Drzewie migdałowym to barwny obraz zachodniej Azji oraz fascynująca panorama historii Palestyny bez tabu.

Ahmad Hamid szybko przekonuje się, że życie nie jest zabawą – zaledwie w wieku kilkunastu lat jest zmuszony oglądać śmierć maleńkiej siostrzyczki, żyć ze świadomością, że jego ojciec został aresztowany z jego powodu, a wreszcie – pomóc przetrwać wielodzietnej rodzinie, którą eksmitowano. Kiedy zabrano ojca, a tym samym odcięto jego bliskich od funduszy i dachu nad głową, Ahmad staje się głową rodziny. Mimo że jest to o wiele za wcześnie dla chłopca w jego wieku, rzuca szkołę, podejmuje pracę fizyczną i odkłada każdy grosz, nieprzerwanie walcząc z piętrzącymi się przeciwnościami losu. I choć jego wielka fascynacja naukami ścisłymi rozjaśnia mrok, a z czasem staje się furtką do lepszego życia, nie przeradza się ona w szybki happy end.

Jostein Gaarder: Dziewczyna z Pomarańczami


Miłość to nie szalone randki, fale namiętności i ckliwe opowiastki. Miłość to przede wszystkim sztuka szukania i znajdowania, dostrzegania w sobie siły przenoszącej góry i wiara, że nic nie może stanąć nam na drodze. I o tym właśnie jest Dziewczyna z Pomarańczami – o (nie)cierpliwych poszukiwaniach, prawdziwej Miłości i Romantyzmie przez wielkie R. Ale też o cierpieniu, stracie i bolesnych, ale ważnych powrotach do przeszłości.

Piętnastoletni Georg z dnia na dzień zostaje ponownie popchnięty ku bolesnej przeszłości – niespodziewanie odnajduje się list napisany przed wielu laty przez nieżyjącego już ojca chłopca. I choć w Georgu odzywa się mieszanina niepokoju i ciekawości, a wspomnienie taty jest bardzo zamglone i niejasne, chłopiec otwiera kopertę i rozpoczyna podróż przez wspomnienia zmarłego. Jan Olav, bo tak mu było na imię, doświadczył w życiu wiele; choć wieść o chorobie sprawiła, że każdy następny dzień naznaczony był lękiem i smutkiem związanym z niechybną stratą tego, co kocha, postanowił napisać o tym, co w jego życiu było najważniejsze. A najważniejsza, prócz syna, okazała się tajemnicza Dziewczyna z Pomarańczami, kobieta-zagadka osadzona gdzieś w oparach dalekiej przeszłości. Mężczyzna snuje historię poszukiwań intrygującej dziewczyny, tym samym zastanawiając się nad ludzkim losem, sensem życia i nieuchronnością śmierci. Jak duży wpływ na postrzeganie świata może mieć miłość?

Eric-Emmanuel Schmitt: Tajemnica pani Ming

Tajemnica pani Ming [Eric-Emmanuel Schmitt]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Pani Ming, tytułowa bohaterka najnowszej opowieści Schmitta, roztacza przed czytelnikiem obraz chińskiej prowincji Guangdong, dzieli się myślami Konfucjusza, które stały się mądrością ludową, a przede wszystkim snuje fantastyczną historię dziesięciorga swoich dzieci, przepełnioną właściwymi Schmittowi emocjami i barwami. Choć jak zwykle jest klimatycznie i kunsztownie, Schmitt stracił co nieco ze swojej „schmittowości”.
W przypadku tak znanego – i przy tym rewelacyjnego – pisarza, od razu nasuwa się pytanie: czy ta zmiana wyszła prozie Schmitta na dobre? I tak, i nie. Z jednej strony mniej jest typowego dla Schmitta gloryfikowania życia, ubierania go w przypowiastkę z motywującym morałem, co pozwoliło historii fantastycznie płynąć. Z drugiej strony stało się coś mniej dobrego – narrator, w tym przypadku francuski biznesmen, został potraktowany mocno po macoszemu. Można wręcz odnieść wrażenie, że autor się nim posługuje do opowiedzenia historii, ale jego losy zdawkowo prezentuje w zaledwie kilku zdaniach, choć historia pozwala – a wręcz wymaga! – na rozbudowanie wątku Francuza. Żebyście jednak mieli szansę zrozumieć, skąd tak naprawdę pochodzą moje zarzuty, skupmy się przez moment na fabule.