Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedpremierowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedpremierowo. Pokaż wszystkie posty

[przedpremierowo!] Sanjida Kay: Skradzione dziecko

"Skradzione dziecko" to taka nieoczywista książka, że aż miło czytać! Zatem zacznijmy od najważniejszego: jeśli nie lubisz historii o dramatach rodzinnych i porwaniach dzieci (ja nie znoszę!), nie skreślaj tej książki. Jeśli odrzucają Cię wszystko sugerujące tytuły, nie omijaj tej powieści. Jeśli masz już dość schematycznych thrillerów, nie wrzucaj tej publikacji do tego worka. Wbrew tytułowi i opisowi, w "Skradzionym dziecku" dzieje się ciekawie - nie tylko pod względem fabularnym, ale też narracyjnym i językowym. Jest dobrze!

Z pozoru "Skradzione dziecko" to taka typowa dla literatury opowieść - adoptowane dziecko, które po latach jest odnajdywane przez biologicznych rodziców, wzajemne oskarżenia, mamienie Bogu ducha winnego malucha, próby porwania, niekończąca się walka. Skłamałabym mówiąc, że w powieści Sanjidy Kay tych wątków w ogóle nie ma - przecież są nierozłączne z tematyką, którą podjęła autorka. Niemniej jednak w tym przypadku schematy są tak dalekie od treści, jak tylko się da.

To, co od razu mi się spodobało, to fabularne rozplanowanie powieści - chociaż zawirowania wokół rodziców Evie, córeczki głównej bohaterki, są głównym tematem, czytelnik nie został rzucony na głęboką wodę, prosto w wir walki i "zamieszania" wokół dziewczynki. Akcja rozwija się stosunkowo powoli (ale nie nudno!), jako czytelnicy mamy okazję dobrze poznać nie tylko Evie, ale i jej bliskich, środowisko, w którym żyje i świat, po którym poruszają się bohaterowie. Wchodząc w świat powieści, znajdujemy się w konstrukcji typowej dla powieści obyczajowej, i to bardzo sprawnie napisanej - poznajemy osoby, które będą nam towarzyszyć w czasie lektury (i trzeba przyznać, że są to dobrze wykreowane postaci!), zanurzamy się w klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja (pięknie oddana małomiasteczkowość i cudowny klimat jesiennego, nieco mrocznego wrzosowiska), utożsamiamy się z akcją na tyle, żeby uczestniczyć w niej jako obserwator będący częścią społeczności wykreowanej przez Kay. W ten sposób otrzymujemy nie tylko właściwe proporcje powieści, które dodatkowo pomagają nam się zżyć z bohaterami, ale też doskonałą powieść obyczajową. Powieść, która szybko rozwija się w thriller, nie tracąc przy tym samym swojej doskonałej narracji. Nie ma tu kurczowego trzymania się głównego wątku, tło tworzą wątki poboczne, ale wcale nie mniej ważne niż ten wiodący. Co ciekawe, jest to chyba pierwsza książka, która miała na tyle dobrze napisane postaci, że najwięcej uwagi (i sympatii!) poświęciłam nie tyle głównej bohaterce czy bohaterom bezpośrednio rozpisanym w głównej akcji, ale małemu chłopcu, który jest przeuroczą postacią.

Czy wobec tego książka ma jakieś wady? No jasne, każdy i wszystko ma swoje wady. Chociaż tempo fabularne i rozpisanie historii jest niemalże doskonałe, ta iluzja dosłownie runęła pod koniec powieści, w punkcie kulminacyjnym i zamknięciu konfliktu. I chociaż ze względu na specyfikę opowiedzianej historii zakończenie jest słuszne i kompozycyjnie właściwe, wydaje się trochę przegadane. Konstrukcja epilogu, właściwego raczej powieściom obyczajowym, uspokaja i wycisza akcję, pozostawiając wrażenie niedosytu, że w ostatnich zdaniach nie było efektu "wow". A szkoda, bo sama zagadka, kto stoi po "ciemnej stronie" powieści, była nieprzewidywalna i mnie zaskoczyła.

Podsumowując - warto, mimo drobnych potknięć. Zarówno dla miłośników thrillerów, jak i obyczajówek i dramatów. Wszystkiego tu po trochu, i wszystko jest bardzo dobre w ramach gatunków. Polecam!

[przedpremierowo] Kaira Rouda: Ten jeden dzień

Ona - perfekcyjna pani domu, piękna żona, troskliwa mama. On - człowiek sukcesu, kochający mężczyzna trzymający wszystko w ryzach. Ale... czy na pewno? Oto pytanie, które w ostatnim czasie bardzo chętnie stawia czytelnikom literatura - zwłaszcza ta akcji. Ale nie dajmy się zwieść - Ten jeden dzień nie ma w sobie nic z dotychczasowych bestsellerów.

Choć powieść Roudy jeszcze dobrze nie weszła na polskie półki, już zaczęły pojawiać się głosy, że do złudzenia przypomina niedawny hit wydawniczy, Za zamkniętymi drzwiami (B.A.Paris). I choć rzeczywiście opis powieści zdaje się to sugerować, pozwolę sobie na stwierdzenie, że to na nim zatrzymali się najgorliwsi orędownicy takich opinii. Już od pierwszych stron ogarnia czytelnika powiew świeżości: wbrew wszelkim oczekiwaniom i przyzwyczajeniom, do których doprowadziła nas powtarzalność wydawnicza, pałeczkę narratora (pierwszoosobowego!) przejmuje niemalże na wyłączność mężczyzna. Ów człowiek, Paul, jest głową rodziny: ma dwójkę synów, których chce wychować na prawdziwych mężczyzn oraz żonę - piękną, zdolną Mię, którą z powodzeniem postanowił uwieść w chwili, w której tylko ją zobaczył. A idealna rodzina oznacza idealne życie - i takie też jest: prestiżowa praca, bogactwo, wystawne domy. Do tego perfekcyjnego życia zaglądamy o poranku, akurat w dniu, gdy Paul odwozi swoich synów do szkoły, a następnie zabiera żonę na romantyczny weekend do domku letniskowego nad jeziorem.

I choć perfekcja aż zionie z każdego skrawka powieści, jest to ten rodzaj idealności, w którym od razu wyczuwa się powierzchowność. A może to po prostu złe przeczucia biorą górę? Bo te zdecydowanie trzeba mieć - i to wcale nie ze względu na intrygujący opis powieści, ale na niezwykłą umiejętność autorki do przenoszenia emocji na papier (w tym miejscu ogromne brawa dla tłumaczki!). Gwarantuję, że już od pierwszych zdań będziecie czuć, że coś jest nie tak - a później rozwinie się napięcie, które nie opuści Was prawie do końca. Jednak to wszystko jest możliwe pod jednym warunkiem - że nie będziecie oczekiwać od Tego jednego dnia, że będzie thrillerem. Bo, wbrew zapowiedziom, wcale nim nie jest.

Czytając tę powieść w kluczu thrillera, można się w pewnym momencie akcji zdziwić - żeby nie powiedzieć: rozczarować. Owszem, historia trzyma w napięciu, a wydarzenia nieubłaganie prowadzą ku podejrzanemu finałowi - ale nie jest to ani ten rodzaj napięcia, jakiego należy oczekiwać po thrillerze, ani nie są to wydarzenia, które zapewniłyby historii dynamikę powieści akcji, ani nawet finał nie szykuje brawurowego twista. Po części to wina wydawcy, po części autorki - z jednej strony opis okładkowy sugeruje jeszcze jeden wydawniczy smaczek dla fanów napięcia i błyskotliwych pomysłów, z drugiej zaś sama autorka nie do końca udanie oscyluje między dramatem psychologicznym a thrillerem. Czuć, że powieść ma potencjał, a i Rouda ma ambicję, aby prowadzić do czegoś intensywniejszego i barwniejszego niż dramat obyczajowy - ale nie ma na tyle odwagi, żeby z historii z tłem zaburzeń osobowościowych pójść o krok dalej i uwić konkretną intrygę. I tak Mia i Paul wiszą poniekąd zawieszeni w próżni - zbyt przerysowani, by być odzwierciedleniem realnych życiowych dramatów, ale zbyt życiowi, żeby być bohaterami zapierającego dech w piersiach thrillera. I choć powieść sama w sobie jest dobra, a styl autorki zachwycający, "niedorysowani" bohaterowie (a może niezdecydowanie ich twórczyni?) pozostawiają niedosyt i wrażenie odrealnienia, niezależnie od tego, jak potraktujemy powieść.

Czy zatem warto? Oczywiście, pod warunkiem, że od razu powiemy sobie, czego oczekujemy - a w tym przypadku należy oczekiwać dobrej powieści psychologicznej z suspensem. Jeśli pozwolimy sobie na "wkręcenie się" w opowieść Paula i jego codzienność, jeśli damy się zaniepokoić doskonałemu doborowi słów i podszeptom między wierszami, i jeśli będziemy odbierać historię przez pryzmat samych siebie - ludzi z krwi i kości żyjących w realnym świecie - zamiast widzów zapierających dech w piersiach wydarzeń, Ten jeden dzień na pewno trafi do naszej wrażliwości. Nie jako książka wyjątkowa i nie jako coś niepowtarzalnego, ale zdecydowanie jako kawałek niezłej literatury z ogromnym potencjałem pisarki. Miejmy nadzieję, że przy następnej okazji posłuży on czemuś jeszcze lepszemu.

Książka ukaże się 30 stycznia 2019 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

(przedpremierowo) Felicia Yap: Wczoraj

Wow, co to była za lektura! Było mnóstwo napięcia i zwrotów akcji, ale też świetna konstrukcja postaci. No i najważniejsze: świat przedstawiony skonstruowano tak pomysłowo i błyskotliwie, że - gdyby pokusić się o inny splot wydarzeń - mógłby posłużyć do zbudowania zapierającej dech w piersiach sagi. Przed Wami niekwestionowany thriller roku!

Źródłem tych nieczęstych dla mnie zachwytów jest powieść Wczoraj autorstwa Felicii Yap (w polskiej wersji językowej ukaże się 1 sierpnia nakładem Wydawnictwa W.A.B.) - thriller w brawurowy sposób mieszający się z rasową dystopią i porządnym kryminałem. Cóż takiego mogła wymyślić Yap, żeby przebić się przez grubą taflę mody na spin-offowe thrillery wyrastające jeden po drugim jak grzyby po deszczu? To musiało być coś super - no i było.

Świat, w którym żyją bohaterowie Wczoraj, do złudzenia przypomina nasz - te same krajobrazy i miejsca, firmy, światowi giganci i sposób egzystencji. Z tą tylko różnicą, że Apple zbiło dwukrotny majątek, i to na produkcji... pamiętników. Bo w świecie wykreowanym przez Yap to pamiętniki podporządkowują sobie całą technologię i nie sposób się bez nich obejść. Dzieje się tak dlatego, że ludzi z tego świata nie dzieli, na wzór naszej rzeczywistości, religia i kolor skóry, ale zdolności ich mózgów. W społeczeństwie współegzystują dwie rasy: monosi i duosi - ludzi zdolni do, odpowiednio, zachowywania wspomnień z dnia lub dwóch dni wstecz - a normalne funkcjonowanie zapewnia im opracowywany przez lata sposób prowadzenia zapisków w ich dziennikach, które muszą prowadzić i których muszą za wszelką cenę strzec. Nie trudno się domyślić, że takie ograniczenia wywołują nie tylko problemy w życiu codziennym, ale też mogą prowadzić do manipulacji wspomnieniami, a tym samym - osobowościami. Jak w tak niebezpiecznym świecie odnaleźć swoje ja?

To tylko góra lodowa problemu, który uderza nas od pierwszych stron powieści. Bo główne pytanie brzmi: jak znaleźć mordercę, gdy pamiętasz tylko to, co zdarzyło się wczoraj? O tak, o morderstwie tu rzecz. O zagmatwanych intrygach, nieoczekiwanych zwrotach akcji i winie wyrastającej nie tylko na zbrodni, ale przede wszystkim na emocjach, które tak trudno zachować w świecie pozbawionym pamięci. Splot losów bohaterów, tak bardzo poróżnionych na skutek przynależności do dwóch różnych klas społecznych (czy aby na pewno tylko dwóch...?), może okazać się dużo głębszy i dużo bardziej skomplikowany, niż każe nam oczekiwać taki zarys fabuły. Wczoraj to nie tylko doskonały thriller z wątkami kryminalnymi, ale przede wszystkim świetnej jakości dystopia.

Szczerze mówiąc, trochę mi szkoda, że rozwój powieści poszedł w kierunku klasycznego thrillera - i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że konieczność wyjaśnienia intrygi (i zaskakiwania do końca, do tego nas czołówka współczesnych autorów przecież przyzwyczaiła) wprowadziła do tekstu dość obszerny, przegadany fragment, który - choć potrzebny w takim zamyśle fabularnym - tylko ostudził atmosferę i zwolnił akcję przed wielkim finałem. Po drugie - bo gdyby historię rozbudować i nieco inaczej poprowadzić ją do finału (może nawet zupełnie innego?), można by wyciągnąć z pomysłu fabularnego dużo więcej niż jedną powieść. Konkretniej rzecz biorąc - materiału wystarczyłoby na całą serię, którą z nieskrywaną przyjemnością przeczytałabym w rekordowym tempie. Jestem też całkiem przekonana, że dołączyłoby do mnie sporo fanów, których powieść z pewnością zyska bezpośrednio po swojej premierze.

Mimo to powieść w kształcie, który mu nadała autorka, również jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ma to, co mieć powinien każdy dobry thriller, a sukces wzmacnia stworzenie świata przedstawionego według nowego szablonu. Mimo pewnych niedoskonałości i wciąż nieodżałowanych braków poszerzających obraz świata jako takiego (wielki plus za "wycinki prasowe" przeplatające rozdziały, które - na wzór Delirium - tłumaczą nam świat, w który wchodzimy) jestem przekonana, że Wczoraj to książka, którą trzeba przeczytać. Z tego prostego powodu, że tak dobrego thrillera przez chwilę już nie miałam w rękach - i pewnie przez kolejną mieć nie będę. Miłej lektury! 

[PRZEDPREMIEROWO] Karen Cleveland: Muszę to wiedzieć

Masz wszystko: dobrą pracę, troskliwego męża, szczęśliwe dzieci. Jeżeli czegoś jeszcze chcesz od losu, to może jedynie paru dodatkowych chwil dla rodziny, bo tę widujesz tylko wieczorami. Być może jest to duży problem - ale za moment okaże się, że w obliczu tego, co nadchodzi, jest zupełnie błahy. Co czujesz?

Muszę to wiedzieć to jeden z tych thrillerów, które powoli zakładają sidła - a kiedy uśpią Twoją czujność, błyskawicznie się zacieśniają i nie puszczają do ostatniej strony. No, prawie ostatniej. Bo z Muszę to wiedzieć mam też kilka problemów, które niestety przyćmiewają potencjał historii. Ale może od początku.

Vivian Miller, główna bohaterka książki, pracuje jako analityczna CIA w sekcji rosyjskiej. Poznajemy ją w dniu, kiedy po latach pracy wreszcie ma szansę wcielić w życie swój autorski projekt i tym samym dotrzeć do jednego z doskonale strzeżonych rosyjskich łączników. W tej emocjonującej chwili, kiedy Vivian już wita się ze zwycięstwem, jak grom z jasnego nieba uderza szokująca informacja, która zmienia dosłownie wszystko, na czym opierał się jej świat. I choć nie wolno mi powiedzieć, co to za informacja, bo spoilerów nikt nie lubi, gwarantuję Wam, że błyskawicznie się zorientujecie. Oto jedna z wad marketingu: choć robi dużo szumu, siłą rzeczy zdradza też częściowo fabułę. Coś, co mogłoby być wielkim BUM już na początku książki, a stało się wzruszeniem ramion okraszonym "łeee, jakie przewidywalne". A szkoda.

Niemniej jednak kiedy wybaczymy tę wpadkę i ruszymy dalej, robi się ciekawiej - zawiłe kłamstwa, trudne do rozwikłania powiązania, zmienne plany i spontaniczne działania. W miarę rozwoju akcji powstaje rasowy, mocny thriller psychologiczny - czyli to, na co wszyscy czekamy z każdą gatunkową nowością. I na tym z radością bym poprzestała, ale niestety wcale nie mamy do czynienia z takim ideałem, z jakim wydaje się nam po zapoznaniu z konstrukcją i "wkręceniu" w intrygę. Przykro mi, muszę Wam to zepsuć.

Choć Muszę to wiedzieć jest wręcz naszpikowany nieoczekiwanymi spin-offami, niestety maksimum napięcia potrafi momentalnie spaść przy okazji wrzucenia do historii elementu superoczywistego - a tych kilka się przytrafiło. Niestety, powieść wpadła też w sidła własnego gatunku - propozycja Karen Cleveland, głęboko zanurzona w nurt thrillera psychologicznego, siłą rzeczy jest też naszpikowana skrajnościami i nagłymi zwrotami akcji. Co ciekawe, z nimi też można przesadzić. I chociaż wiem, jak brzmi to w przypadku tego typu powieści, autorce się to udało - pewne "łaaaaaał momenty", kiedy się nimi przeładuje konstrukcje tekstu, zamiast szokować, zaczynają sprawiać wrażenie, że opowieść jest nieco naciągana i przekombinowana. A szkoda, bo do pewnego momentu naprawdę się wciągnęłam.

- UWAGA! Ta część zawiera spoilery konstrukcyjne, nie zdradza jednak treści zakończenia! -

Do którego dokładnie? Mniej więcej do rozwiązania akcji - które, niestety, nie rozegrało się na kilku ostatnich stronach, ale na kilku końcowych scenach. W czym problem? Ano w tym, że po punkcie kulminacyjnym autorka błyskawicznie rusza ku rozwiązaniu akcji, rozwlekając je na długo i szeroko, żebyśmy zyskali pewność, że będzie happy end i nic nie pozostanie niedopowiedziane. W niektórych przypadkach takie szczęśliwe zakończenia są wręcz nieodzowne dla historii - i Muszę to wiedzieć spokojnie można by zaliczyć do takiej grupy: ze względu na sposób poprowadzenia opowieści, jej klimat i sposób przedstawienia dzieci, które przecież na taki happy end zasługują. I tyle byłoby wystarczająco - parę słów o tym, że skończyło się dobrze i zamknięcie historii, bo w tym przypadku wcale nie zniszczyłoby efektu thrillera. Ale autorka postanowiła inaczej.

Jak zatem kończy się powieść? Tego też Wam nie zdradzę bo okazuje się, że nie wszystko złoto, co się świeci, i nie wszystko sielanka, co jest przesłodzone i przedłużane. Okazuje się, że ten przerost formy nad treścią w ostatniej sekcji książki to nie błąd pisarski, ale przygotowanie gruntu na jeszcze jeden, finałowy już, spin-off. Czy uratuje to końcowy odbiór powieści? To pozostawiam Waszej ocenie. Dla mnie to nadal przesadzone rozbudowanie zakończenia i wykorzystanie zaskoczenia czytelnika do wprowadzenia jeszcze jednego spin-offa, który - obawiam się - może zostać odebrany jako przegadanie całej powieści. Gdyby jednak posłużyć się nim nieco ostrożniej, efekt zostałby uzyskany.

- koniec spoilerów -

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak tylko ogłosić Karen Cleveland dobrą autorką i polecić Muszę to wiedzieć Waszej uwadze. Co prawda z pewnymi "ale" i na własną odpowiedzialność, ale mimo wszystko na plus. Miłej lektury!

PREMIERA już 6 czerwca 2018 roku!


Więcej o kulturze: KLIK * Instagram: KLIK * Za przedpremierowe udostępnienie powieści dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Sandy Hall: Musimy coś zmienić [przedpremierowo!]

Oto klasyczna historia: ona zauroczona, on oczarowany. I choć oboje mają się ku sobie, nic z tego nie wychodzi, bo na drodze stają im ich własne słabości – a to, oczywiście, prowadzi do wielu nieporozumień. A jednak jest coś, co sprawia, że historia Lei i Gabe’a jest wyjątkowa. W czym rzecz?

Mimo że znajomość tych dwojga jest raczej trudna, a oboje zmagają się z problemami podobnymi do problemów tysięcy nastolatków – i setek bohaterów literackich – Musimy coś zmienić jest historią absolutnie oryginalną, a co najważniejsze – ciepłą i całkiem zabawną. Całą opowieść, począwszy od tego, jak Lea i Gabe się poznają, a skończywszy na tym, że powoli zaczynają przełamywać lody, relacjonują czytelnikowi ludzie z ich otoczenia: rodzina, przyjaciele, a nawet obcy ludzie, zwierzęta i… elementy wystroju. Ich znajomość, powoli nabierająca rumieńców, ale i nie wolna od nieporozumień, rozwija się w ciągu dziewięciu miesięcy ich nauki w collegu – a my obserwujemy ją dokładnie tak, jakbyśmy byli uczestnikami tej historii! Dzięki takiemu oryginalnemu zabiegowi, jakim jest oddanie głosu bohaterom drugoplanowym, nie tylko poznajemy historię z wielu różnych punktów widzenia, ale też sama opowieść zyskuje na realności: poznajemy skrawek rzeczywistości w takiej formie, jak w życiu codziennym – choć obserwujemy sytuacje, rozmawiamy z ludźmi i odbieramy bodźce, nigdy nie odbierzemy idealnie myśli drugiej osoby, nie spojrzymy jej oczami na relacjonowaną sytuację. I w przypadku historii, w której pojawia się dwóch nieśmiałych bohaterów, o odmiennych charakterach i całkiem różnych losach, taki zabieg doskonale obrazuje, jak oni i ich postępowanie są postrzegani w społeczeństwie. Jest to obraz niezmącony subiektywnymi przemyśleniami głównych bohaterów – i co prawda pozbawia nas to wiedzy, jaką zapewnia wypowiedź narratora wszechwiedzącego, ale za to mamy wrażenie, że obraz sytuacji jest bardzo realny, a sami czujemy się uczestnikami wydarzeń.

Niestety, mimo że pomysł na budowę historii jest świetny, ma on swoje wady. Jak już wspomniałam, historia znajomości dwójki młodych ludzi relacjonowana jest przez rozmaite postaci: pojawia się między innymi brat Gabe’a, przyjaciele Lei, wykładowczyni kreatywnego pisania, baristka ze Starbucksa, inni studenci, kierowca autobusu,… Długo by wymieniać. Jest nawet przesympatyczna wiewiórka-entuzjastka orzechów i ławka, której przemyślenia o świetnym tyłku Gabe’a naprawdę mnie rozbawiły. Ale w pewnym momencie lektury zaczęłam zastanawiać się nad realnością tych historii. Bezdyskusyjnie jestem w stanie zgodzić się, że postać wykładowczyni, która uwielbia swatać swoich uczniów, ma prawo istnieć w realnym świecie – jest to osoba nietuzinkowa, a jej hobby jest wprost szalone, ale ma swój urok i bez żadnego „ale” akceptuję jej obecność. Natomiast jej rozmowy ze swoim asystentem, w których analizują postęp w znajomości Lei i Gabe’a, jest absurdalny i wydaje się być sztuczny, co psuje klimat historii. Podobnie jest na przykład z kierowcą autobusu – sposób, w jaki opowiada o tej parze i fakt, że jego żona uwielbia o niej słuchać, zdaje się być naciągany. Nie chcę przez to powiedzieć, że są to sytuacje niemożliwe, w końcu nasze myśli często skupiają się na przypadkowo spotkanych osobach i bywają abstrakcyjne; odnoszę jednak wrażenie, że zbyt wiele przypadkowych postaci angażuje się emocjonalnie w znajomość Lei i Gabe’a, którzy – nie oszukujmy się – są zwykłymi, niczym nie wyróżniającymi się ludźmi, a ich znajomość rozwija się raczej powoli i bez fajerwerków.

Kolejnym problemem (i zarazem zaletą!) jest długość wątków – są to wręcz miniatury, które, owszem, czyta się świetnie, ale pozbawiają czytelnika możliwości bliższego poznania bohaterów. Analizując Musimy coś zmienić jako całość, otrzymujemy sporą dawkę wiedzy zarówno na temat Lei i Gabe’a, jak i ludzi komentujących ich znajomość. Brakowało mi jednak rozwinięcia wątków pod kątem życia tych konkretnych narratorów – mało wiarygodne jest to, że myślą oni tylko o głównych bohaterach i sprawach z nimi związanych.

Chciałabym jednak zwrócić uwagę, że Musimy coś zmienić to powieść dla młodzieży – i w tym kontekście uważam, że należy ją pochwalić: w raczej średniej objętości zawiera sporo treści, pokazuje, że zwykłą historię można przedstawić w inny, ciekawy sposób i uczy kreatywnych rozwiązań. Choć czytałam tę powieść ze świadomością jej niewielkich mankamentów, z przyjemnością wciągnęłam się w historię, aż wreszcie poczułam się członkiem świata stworzonego przez Sandy Hall. Oto doskonały przykład tego, że ciekawym zabiegiem stylistycznym można stworzyć zupełnie nową jakość. To taka lekka i przyjemna, ale przy tym inteligentnie skonstruowana odskocznia od życia codziennego. Polecam!

_________________
premiera: 13 maja 2015r.
za przedpremierowe udostępnienie egzemplarza dziękuję serdecznie


Colleen Hoover: Maybe Someday [przedpremierowo!]

Maybe Someday - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Życie pisze różne historie: całkiem prozaiczne i te wyjątkowe. Proste i skomplikowane, szczęśliwe i bez happy endu. Ale życie ma też poczucie humoru – czasami bardzo ironiczne: i tak oto proste relacje się komplikują, szczęśliwe chwile zaczynają się boleśnie kojarzyć. To, co uznawane jest za złe, tak naprawdę jest czymś dobrym, co zdarzyło się w nieodpowiednim miejscu i czasie… I tak też stało się z Sydney i Ridgem.

Zaczęło się prozaicznie: on na balkonie ćwiczył swoje kompozycje, ona, po drugiej stronie dziedzińca, podśpiewywała wymyślone przed siebie teksty granych piosenek. On nie miał natchnienia – jej to przychodziło ot tak sobie. I tak się poznali. Sploty pewnych wydarzeń spowodowały, że szybko się zaprzyjaźnili, a więź, która wytworzyła się między nimi była czymś zdecydowanie większym niż przyjaźń. Nie jest to jednak historia, w której tak po prostu dwoje ludzi może być szczęśliwych bez pozostawiania za sobą żadnych ofiar.

Colleen Hoover w Maybe Someday podjęła bardzo trudny temat. Zdrada, bo wokół niej kręci się cała opowieść, jest tutaj oddana bardzo życiowo: jest rysą na szkle nieskazitelnego charakteru, ale też staje się czymś wątpliwym i niejednoznacznym. Autorka w błyskotliwy sposób odrysowuje prawdę starą jak świat: nic nie jest całkiem czarne ani całkiem białe. Przywiązując nas do bohaterów, łamie nam serca – pokazuje, że ktoś, w kogo wierzymy i kogo kochamy, może popełnić błąd; przy okazji Hoover gra też nam na nosie, przebiegle wplatając w fabułę niewygodne pytanie: czemu kogoś postrzeganego negatywnie potępiamy za ten sam czyn, z powodu którego staramy się usprawiedliwiać dobrego człowieka?

Bardzo odważnie odrysowana jest tutaj rzeczywistość: codzienność to nie tylko proza życia i działania o określonej wartości: dobre/złe. To też walka z samym sobą, zwłaszcza jeśli znienacka pojawia się ktoś, kto w jednej chwili potrafi przemeblować poukładane na pozór życie. Tutaj radość przeplata się z cierpieniem, moralność z pożądaniem. Zdrada psychiczna boli tutaj tak, jak zdrada fizyczna (a może nawet bardziej...?), a granice się zacierają. Co można usprawiedliwić dobrymi intencjami? Co można wybaczyć w imię szczerości i wyższych ideałów?

Cała książka wprost emanuje ciepłym, przytulnym klimatem – czytelnik bez wahania zanurza się w kolejne strony i przepada bez reszty, na dobre zadomawiając się wśród bohaterów. Choć niejednokrotnie jest to słodko-gorzka historia, czujemy się w niej świetnie: fabuła wręcz płynie do przodu, czujemy się jak uczestnicy wydarzeń i ani nam w głowie opuszczać ten świat. Miłe uczucia dopełniane są muzyką przygotowaną na potrzeby książki: Griffin Peterson stworzył osiem klimatycznych kompozycji, które odpowiadają piosenkom tworzonym w powieści przez Ridge’a i Sydney. I chociaż teksty nie zawsze do mnie przemawiały, tak muzyka jest naprawdę dobra – a razem tworzą bardzo przyjemną dla ucha mieszankę.

Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was wszystkich do lektury Maybe Someday – to taki wycinek życia zwykłego człowieka, któremu nadano odpowiednią perspektywę i udowodniono, że może być magiczne wskutek tego, co możemy poczuć do drugiej osoby. Może nie jest to powieść idealna, ale z pewnością jest bardzo dobra – i niezwykle przyjemna w odbiorze. Oprócz tego, że funduje czytelnikom cały wachlarz emocji, daje coś jeszcze: sprawia, że chcemy jeszcze intensywniej odczuwać własne życie. I za tę inspirującą dawkę optymizmu, mimo wielu smutnych chwil w życiu bohaterów, szczególnie dziękuję autorce.


_________
za przedpremierowy egzemplarz dziękuję


Zoe Sugg: Girl Online [przedpremierowo!]

Girl Online [Zoe Sugg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Poznajcie Penny: oto nastolatka, która żyje w kochającej rodzinie, ma najlepszego przyjaciela tuż za ścianą i uwielbia fotografować. Ma też sekret: pisze anonimowego bloga, który staje się coraz bardziej znany i uwielbiany. Ale kiedy przyjdzie wyjechać jej do Ameryki, wszystko się zmieni…

Kiedy w życiu niezdarnej Penny przydarza się coś, co staje się pożywką dla całej szkoły, a ją samą pogrąża w niemałej rozpaczy, przychodzi pora na punkt zwrotny: oto rodzice dziewczyny, którzy prowadzą firmę zajmującą się organizacją wesel, dostają ogromne zlecenie – i to za oceanem. W perspektywie dziewczyna ma spędzenie kilku dni w Nowym Jorku – i choć lot ją przeraża, postanawia pokonać własne słabości i lęki i przeżyć przygodę swojego życia. Dzięki temu wiele zyska… ale też coś straci. Jak potoczy się dalej życie nastoletniej Penny? Jakie czekają na nią przygody?

Girl Online to debiutancka powieść Zoe Sugg, czyli znanej vlogerki Zoelli. Biorąc pod uwagę, że jest to jej pierwsza książka, a sama autorka swoje filmy poświęca innej tematyce niż literatura, jest to historia nad wyraz udana. Owszem, powieść jest przy tym przewidywalna aż do bólu, ale za to jej klimat został zbudowany bezbłędnie – razem z Penny się śmiejemy, smucimy i denerwujemy, a czytając sceny w rodzinnym domu, wręcz czujemy emanujące stamtąd ciepło. I za to wielkie brawa dla autorki, bo umiejętność takiego budowania słowem jest bardzo cenna.

Jeśli zaś chodzi o kwestie mniej udane, nie sposób nie zauważyć pewnego rozdźwięku między wiekiem a zachowaniem głównej bohaterki. Niby jest to już uczennica liceum, jednak jej zachowania są typowe raczej dla młodszych dziewczyn – podobnie jak i jej problemy i rozważania. Nie chcę w żaden sposób dyskredytować tego, jak i kiedy nastolatki przeżywają określone sytuacje i emocje, bo to jeden z najlepszych momentów w życiu – chodzi mi jedynie o to, że Girl Online najbardziej przypadnie do gustu czytelniczkom młodszym, niż sama bohaterka. I właśnie tym czytelniczkom (a może i czytelnikom?) z całego serca polecam tę historię: jest naprawdę ciepła i barwna, a w dodatku tak umiejętnie napisana, że nie jedna dziewczyna z łatwością zidentyfikuje się z Penny. I właśnie to mi się tak podoba w powieści Zoelli – stanowi ona zbiór typowych dla nastolatek problemów (no, może nie każda dziewczyna jest sławna, ale za to każda przechodzi przez płacz nad kompleksami i przez pierwsze miłości), a przy okazji daje inspirację do rozwiązywania ich. Dlatego też lekturę Girl Online bez wahania polecam dziewczynom w wieku 11-14 lat, a wszystkie starsze czytelniczki zapewniam, że choć powieść jest boleśnie schematyczna, w stu procentach nadrabia swoim urokiem. I jak porywa!

Odnosząc ją do innych powieści dla młodzieży, nie sposób nabrać do Girl Online stosunku raczej ambiwalentnego: z jednej strony buduje plastyczny, atrakcyjny dla czytelnika świat, co jest sztuką bardzo trudną, a jednocześnie bardzo pożądaną. Z drugiej zaś główna bohaterka miewa momenty, kiedy zachowuje się jak typowa amerykańska szalona nastolatka z typowo amerykańskiego, przesłodzonego serialu dla młodzieży. Na szczęście jest ich niewiele, co pozwoliło mi wreszcie polubić Penny i jej przygody. Kiedy zamykałam książkę po skończeniu lektury, nadal nie wiedziałam, jak tak naprawdę oceniam tę historię – niektóre kwestie związane z budową fabuły i postaci są rażące, ale z drugiej strony też nie były w stanie przyćmić atmosfery wręcz wylewającej się z każdej strony powieści. Dla czytelniczek dojrzewających zarówno życiowo, jak i literacko, jest ona w sam raz; dlatego też jestem na tak, choć obeszło się bez fajerwerków – to raczej lektura na jeden raz.


_______________________________________
za przysłanie egzemplarza recenzenckiego dziękuję

Rainbow Rowell: Eleonora i Park [przedpremierowo!]

Eleonora i Park [Rainbow Rowell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Eleonora i Park. Dwa żywioły. Dzieli ich niemalże wszystko, łączy – miłość do muzyki. Czy wspólna pasja to wystarczająco dużo, żeby stworzyć silną więź i być ze sobą na dobre i na złe?

O tym, że Eleonora i Park choćby w najmniejszym stopniu zbliżą się do siebie, nie świadczyło nic. Eleonora już od swojego pierwszego dnia w szkole była postrzegana jako dziwak: czerwona burza włosów, nietypowe ubrania. Park zaś jest indywidualistą, a wręcz – outsiderem: zaszyty samotnie na siedzeniu szkolnego autobusu czyta komiksy i słucha muzyki. Jak zatem mogli zwrócić na siebie uwagę?

Prawdopodobnie tak by się nie stało, gdyby nie zadziałał przypadek, i to w wydaniu dość banalnym: Eleonora, jako nowa uczennica, nie miała swojego miejsca w autobusie. Park nie miał w autobusie swojej pary. I tak to się zaczęło: od milczenia, przez nieśmiałe spojrzenia i podczytywanie komiksów przez ramię, do rozmów i coraz bliższej znajomości. Czy jednak sam fakt, że oboje zwrócili na siebie uwagę oznacza, że czeka ich filmowy happy end?

Na to pytanie niestety nie mogę Wam odpowiedzieć, ale zapewniam, że tej dwójce nie będzie łatwo. Eleonora to żadna tam szara myszka, płacząca po kątach, że nikt nie rozumie jej odmienności: to dziewczyna z problemami, dla której szkolne nieprzyjemności to tylko kropla w morzu prawdziwych dramatów. Park zaś jest zdeterminowany, żeby te problemy rozwiązać. Czy są w stanie nieść na własnych barkach takie brzemię? Czy ich silna, ale jednak pierwsza miłość ma jakieś szanse wzmocnić się, zamiast ugiąć pod ciężarem takich doświadczeń?

Eleonora i Park to słodko-gorzka powieść dla młodzieży – a przy okazji też dla ich starszego rodzeństwa, rodziców, cioć i każdego, kto zechce po tę historię sięgnąć. Bo chociaż mowa tu o pierwszej miłości i nastoletnich problemach, wiele z wydarzeń rozgrywających się na kartach powieści to znacznie poważniejsze historie: ocieramy się o złe wybory, przemoc w rodzinie, gnębienie i prześladowanie. Ta powieść to piękny i zatrważający zarazem obraz tego, jaki wpływ może mieć człowiek na drugiego człowieka: może stworzyć mu raj na ziemi, ale może też przeobrazić ten raj w piekło.

Mimo wielu poważnych problemów, z jakimi przyjdzie zmierzyć się bohaterom powieści, jest to także bardzo pogodna historia: o tym, jaką radość może nieść zwykła codzienność, obecność drugiej osoby, jak niesamowity jest okres zauroczenia i wchodzenia w pierwsze związki. Powieść Eleonora i Park wywarła na mnie wrażenie, jakiego już dawno nie doświadczyłam – poczułam, że wciąga mnie na swój wyjątkowy sposób, zupełnie, jak robiły to książki w okresie, kiedy poznawałam literaturę. Jest to o tyle niesamowite uczucie, że obecnie czytając książki młodzieżowe albo stwierdzam, że są poważnie napisane i nadają się dla dorosłego czytelnika, albo – co jest naturalną konsekwencją – odczuwam ich prosty język, czasami pewną infantylność. W tym przypadku nie ulegało wątpliwości, że jest to książka młodzieżowa – a jednak w pewien sposób przeniosła mnie w czasie, pozwalając raz jeszcze poczuć, jak kiedyś z wypiekami na twarzy połykało się dopiero co odkryte powieści. I za to ogromny plus dla Rainbow Rowell, bo budzenie takich emocji to raczej nie jest powszechna umiejętność.

Bardzo długo można by się rozwodzić nad walorami tej powieści: ma zdecydowanie wszystko to, co powinna zawierać dobra książka dla młodzieży, a przy tym satysfakcję z lektury odczują i dorośli czytelnicy. Przyjemnej lektury!

nie mogę uwierzyć, że życie dało nam siebie nawzajem


_________________________________________________
za przedpremierowe przysłanie egzemplarza dziękuję serdecznie