Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

Abby Jimenez: To tylko przyjaciel

Słodko-gorzka, niebanalna, romantyczna, zabawna, życiowa... Podejrzewam, że dla wielu tak prezentuje się opis idealnej książki. Jeśli tak właśnie jest, myślę, że mam coś, co poprawi Wam czytelniczy humor - "To tylko przyjaciel" Abby Jimenez nie tylko spełnia te wszystkie kryteria, ale też wbija się szturmem na szczyty literackich notowań!

Na pierwszy rzut oka, Jimenez napisała schematyczny romans: ona i on, wpadają na siebie w sytuacji doprowadzającej ich do czegoś między furią i omdlewaniem z wrażenia. Żeby tego było mało, za chwilę znów się spotykają i - zgadnijcie co! - okazuje się, że los splata ich życiowe drogi. On chce, ona nie może. Ona może, ale nie chce. Pojawiają się niedomówienia, tajemnice, problemy... Ot, klasyka gatunku. Nie pomaga też szablonowy wręcz tytuł i okładka, a także fakt, że za granicą "The Friend Zone" rozrosło się już do rozmiarów serii (niestety, rzadko kiedy to kończy się uznaniem dla całości). Jak to się zatem stało, że "To tylko przyjaciel" stał się tak popularny, a ja, recenzent z uczuleniem na nadmiar lukru, namawia do sięgnięcia po taką powieść? Już tłumaczę.

Chyba najważniejsze to powiedzieć sobie na wstępie, że wspomnianego lukru nie ma aż tak dużo, jak można by się spodziewać, słysząc "romans". Zamiast tego są solidnie zbudowane wątki komediowe, rozważnie poprowadzona linia "wątków smutnych", która tonuje tematykę powieści i powoduje, że traktujemy ją z większą powagą niż historie typowo romansowe. Pojawia się też wątek choroby, która jest istotnym, ale często stygmatyzowanym tematem w dzisiejszym świecie. Wszystko to sprawia, że "To tylko przyjaciel" staje się w odbiorze życiową, realistyczną historią, z którą nie trzeba się identyfikować, żeby ją poczuć i przeżyć. I chociaż nie jest skrojona idealnie, ta życiowość jest na tyle silnym atutem, że przyćmiewa większość potknięć.

Ale jeśli już o potknięciach mowa, niestety parę rzeczy wprost prosi się o wytknięcie. Największym zgrzytem, który powracał kilkakrotnie i to w najmniej oczekiwanym momencie, jest pomysł na Josha, a konkretniej na jego zrozumienie kobiecych tematów. Jeżeli jakakolwiek opowieść bazuje na ważnym zagadnieniu (w tym przypadku zaburzeń funkcjonowania narządów rozrodczych i gospodarki hormonalnej, ważny temat!), obowiązkiem autora jest zrobić wszystko, żeby historia była realistyczna i naturalna dla czytelnika, bo to prowadzi do uwrażliwienia na poruszany temat. W tym przypadku z posłowia autorki wiemy, że bazowała na sytuacji swojej znajomej, a tymczasem w swojej powieści każe głównemu bohaterowi każde zaobserwowane zaburzenie kwitować "aaa, tak, wiem, bo moja siostra coś tam". Nie zrozumcie mnie źle - fajnie, jeśli faceci mają wiedzę na tematy typowo kobiece, a skąd ją mają czerpać, jeśli nie z życia pod jednym dachem z kobietami właśnie? Problem jest jednak gdzie indziej. 

(to jest taki dziwny moment w recenzjach współczesnych książek, że trzeba się odnieść do stanów fizjologicznych i innych spraw intymnych, bo dla pełnej oceny książki nie można tego przemilczeć. Jeśli nie masz ochoty na tego typu opowieści, które faktycznie nie są standardowym contentem w krytyce literackiej ;), opuść poniższy akapit)

Niestety powtarzanie kwestii i sprowadzanie wszystkiego do rozmyślań w stylu "wiem, że ma obfite miesiączki, bo kupuje wytrzymałe podpaski, które też kupowała jedna z moich sióstr" brzmi sztucznie, nieco żenująco i, no cóż, jak usilna próba usprawiedliwienia, czemu bohater męski ma tego typu wiedzę. Niestety nie miałam okazji przekartkować oryginału, więc nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że to na pewno jest problem budowy tekstu, a nie tłumaczenia - być może w oryginale jest to na tyle neutralnie przemycone, że czytelnik pomyśli sobie "aha, okej" i po prostu ruszy dalej. Natomiast mogę z całą pewnością powiedzieć, że po polsku wyszło to bardzo niezgrabnie i zwyczajnie wytrąca czytelnika z rytmu powieści i wrażenia, że czyta coś naprawdę dobrego i na pewnych płaszczyznach ważnego.

Będąc przy pomyśle na Josha, warto też przemyśleć jego postawę: facet nie tyle skłonny, co wręcz palący się do wielkich gestów, praktycznie nie użalający się na swój los mimo odtrącenia, sprawiający wrażenie, że ilekroć by skamlał, nigdy nie warknie. I chociaż nie ulega wątpliwości, że i taki typ osobowości można spotkać w realnym świecie, mimo wszystko nieco tę historię odrealnia i popycha do myślenia o nim jako o "facecie z romansu". Ale w zasadzie czy paniom to przeszkadza...? :)

Drugim zarzutem jest nierówność w budowie fabuły: mamy solidną pierwszą połowę (mimo że mocno osadzoną w schemacie gatunku), później spowolnienie i kręcenie się po raz już wykorzystanym schemacie. I chociaż chwilową monotonię przerywa naprawdę nieoczekiwany plot twist, który był potrzebny, żeby uniknąć szablonowego zakończenia, za chwilę czytelnik odkrywa, że autorka nadbudowała nad ten plot... kolejny plot. Czy to dobrze, czy źle - to już oceńcie sami. Jedno jest pewne: powieść Abby Jimenez obfituje we wrażenia i zwroty akcji. I chociaż pozwoliłam sobie skupić się przede wszystkim na minusach kompozycyjnych, w dalszym ciągu podkreślam, że mamy do czynienia z całkiem dobrą powieścią. Mamy tu romans, sporo życiowych sytuacji, trochę słodyczy, trochę goryczy i przyjemny w odbiorze styl autorki, dzięki któremu przez powieść się płynie. Jeśli więc lubicie z jednej strony lekkie, ale ważne i niepowierzchowne historie, "To tylko przyjaciel" to pozycja obowiązkowa tego lata.

Rebecca Fleet: Zamiana

Carolina i Francis, małżeństwo po przejściach, wyjeżdża na tydzień za miasto, żeby odpocząć od problemów i dać sobie kolejną szansę. Jako destynację wybierają podmiejski domek, w zamian oddając swoje mieszkanie do dyspozycji lokatorom z przedmieść. Szybko jednak okazuje się, że  nadchodzący tydzień będzie daleki od beztroski, a niewinna wymiana domami z nieznajomymi kryje w sobie drugie dno.

Tak jak brzmi, tym też jest - przedstawiam Wam jeszcze jeden thriller, i to całkiem niezły. I choć daleko mu formą do bestsellerów patrzących na nas z niemalże każdej księgarnianej półki, w tym tkwi jego siła - ma coś swojego, oryginalnego, niepowtarzalnego. I chociaż - jak w wielu innych powieściach w tym nurcie - króluje w nim zagadka i niepewność, retrospekcje pełne bólu i rozpaczliwe próby zrozumienia, dlaczego, w "Zamianie" jest coś jeszcze. Są to uczucia: pewnie, konkretnie zarysowane, wypełniające bohaterów i ich działania, a nie tylko zasygnalizowane gdzieś "obok", jakby mimochodem, żeby atmosfera była podsycana czymś nienamacalnym. Tutaj króluje całe spektrum odczuć i wrażeń, a także liczne wątki, które powodują, że aż chce się to podkreślić: ta książka jest niesamowicie seksowna. I to wcale nie chodzi o to, że są w niej wątki erotyczne czy miłosne. Nie, że ktoś kogoś pragnie i o tym rozmyśla. Nie. To jest seksowność w czystej postaci. A konkretniej w postaci nieopisywalnego napięcia wplecionego gdzieś między wersy, dobrze oddana atmosfera potrzeby drugiej osoby, a dopiero na końcu - seks sam w sobie. Jest to tak rzadkie zjawisko - zwłaszcza w tak dobrej formie! - że aż prosi się, żeby o tym powiedzieć. Bo mam wrażenie, że ta idealnie oddana zmysłowość jest tu wręcz większym atutem niż sama thrillerowa konstrukcja. Choć i ta nie ma się specjalnie czego wstydzić.

Jeśli chodzi o zarzuty, to tu (niezmiennie!) będzie to zakończenie. Za zwykłe, zbyt przegadane, zostawiające wrażenie niweczenia tego, co autorka tak starannie budowała na kolejnych stronach powieści. To tyle z punktu widzenia thrillera. Z punktu widzenia powieści obyczajowej, może nawet trochę psychologicznej, zabrakło mi tu czegoś innego - skoro już nie kończymy mocno, gatunkowo, to może chociaż byśmy zamknęli temat jeszcze jednym ładnym, zmysłowym obrazkiem? Jednak tak też się nie dzieje, co prowadzi do wniosku, że zamknięcie całej historii wychodzi poza kompozycję i obniża wartość całej powieści. Mimo to uważam, że "Zamianę" warto znać - trochę z powodu opowiedzianej historii, a trochę z powodu, w jaki autorka przemyca emocje i jak prawdziwie one wyglądają. A taka umiejętność jest bezcenna.

Araminta Hall: Okrutne pragnienie

Powiedzmy to sobie na wstępie - "Okrutne pragnienie" to taka powieść, która pewnie nie przyciągnie tłumów od samego leżenia we właściwym miejscu księgarni. Tytuł jakiś taki niezdecydowany, co właściwie reprezentuje, okładka też tak jakby pozbawiona przekazu - no, błądzimy na oślep. Może jakiś kryminał? A może erotyk? Może jego zawartość będzie równie "płaska" jak opakowanie? Jasne, wszyscy wiemy, że książki po okładce się nie ocenia. Ale też dzisiejszy marketing - i ceny książek również - przyzwyczaiły nas do tego, że jednak wrażenia estetyczne też są mile połechtane (albo całkowicie zdeptane, ale to już temat na zupełnie inną historię). A tu proszę - książka tajemnica, i to wcale nie taka hipnotycznie przyciągająca ku sobie. ALE. Ja tę książkę dostałam po zapoznaniu się z jej opisem - i niezależnie od tego, jak łatwo prześlizguje się po niej wzrok w księgarni pełnej kolorów, jak przypomnicie sobie jej tytuł to ją kupcie, wypożyczcie, wybłagajcie koleżankę, żeby się podzieliła, albo przyjdźcie do mnie. Słowem - przeczytajcie ją!

Dlaczego mi tak na tym zależy? Bo czym więcej thrillerów czytam, tym więcej słabych bestsellerów udaje mi się wyłowić. Trudno kogokolwiek za to winić - żaden gatunek nie jest z gumy, nawet najbardziej płodny pisarz-entuzjasta innowacji w pewnym momencie jest skazany na powielanie schematów, a przynajmniej przetartych szlaków. A w "Okrutnym pragnieniu" niby tak nie jest? - zapytacie. Ano nie do końca. Bo chociaż niektóre elementy wprost muszą się pokrywać z tym, co już kiedyś zostało napisane, samo spojrzenie na historię jest dla mnie powiewem świeżości. Nie mówiąc już o mistrzowskim piórze i bardzo dobrym przekładzie, co niezmiennie dodaje wartości historiom.

Głównych bohaterów, Mike'a i Verity, poznajemy w samym środku wspomnienia o ich nietypowej grze miłosnej, której lubili oddawać się bez reszty. Verity, piękna, zmysłowa kobieta, wchodziła do baru i czekała (jak się domyślacie, nieszczególnie długo), aż jakiś zainteresowany nią mężczyzna podejdzie poflirtować. Wszystko z boku obserwował Mike, jednocześnie czekając na znak ukochanej, po którym wkraczał do akcji i przemocą tłumaczył delikwentowi, gdzie jego miejsce. Odgrywana po stokroć scena za każdym razem działała na kochanków jak afrodyzjak - i prowadziła ich do toalety lub tuż za drzwi lokalu, gdzie dawali upust emocjom. I chociaż sam wstęp raczej sugerowałby rasowy erotyk, albo przynajmniej powieść z pikantnymi wątkami, tak naprawdę warto postawić sobie pytanie, jak ta scena wygląda z perspektywy psychologicznej? Może i to dziwne pytanie, ale wierzcie mi, zadacie je sobie jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt razy. A dopiero jesteśmy na początku lektury.

"Okrutne pragnienie" jest w gruncie rzeczy opowieścią o miłości i namiętności, ale też zawiłościach ludzkiej psychiki, zranieniu i wyborach. Jest thrillerem psychologicznym z górnej półki, choć wcale czas zamknięty na kartach powieści nie galopuje w tempie typowym dla tego gatunku. "Okrutne pragnienie", choć być może ma mocno nietrafiony tytuł, tak naprawdę jest pokazem fantastycznego pióra autorki - opowiedziana historia jednocześnie wywołuje tyle sprzecznych uczuć, że najpierw czytelnik się dezorientuje, a później chce więcej. Powieść jest seksowna, niepokojąca, zastanawiająca. Potrafi sympatię do bohatera przemienić na niechęć, strach, a później spowodować, że będzie nam tej samej postaci żal. Potrafi spowodować, że nie będziemy umieli wybrać stron, a podział na czarne i białe definitywnie przestanie istnieć.

Jeśli czegoś mi żal, to konstrukcji ostatniej części. Tempo trochę zwolniło, opowieść odkrywała pominięte wątki dość po macoszemu, jakby z powinności. I zakończenie - to rzadko kiedy się udaje, a tak dobrze napisana powieść na pewno na nie zasługuje. W tym przypadku niestety też się nie udało. Jednak mimo tych mankamentów muszę przyznać, że jestem zauroczona piórem Araminty Hall, a budową powieści autorka udowodniła, że wciąż zostało wystarczająco przestrzeni w literaturze, żeby ukazać coś w nowatorski sposób. Polecam!

Christina Dalcher: Vox

Zaczęło się prozaicznie - mimochodem redukowane pozycje reprezentacyjne zajmowane przez kobiety, tłumienie protestów, indoktrynacja dzieci pod płaszczykiem edukacji. Może i niezbyt zdrowe obrazki, ale na pewno znane z historii, nawet tej najnowszej. Kiedy jednak wybory wygrały "właściwe" osoby, cicha polityka przemieniła się w otwartą agresję: kobietom założono na nadgarstki liczniki słów, z dnia na dzień pozbawiono ich pracy, zamknięto w domowych kieratach bez wolności i godności. Brzmi przerysowanie? No jasne. Ale wypadło całkiem wiarygodnie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o powieści "Vox", miałam mocno mieszane uczucia. Zamknięcie kobiecych ust siłą, rozgrywające się w skali państwowej? Bransoletki rażące prądem za przekroczenie limitu 100 słów? Zaprowadzenie absurdalnego wręcz terroru w  A m e r y c e , najbardziej wyzwolonym miejscu na Ziemi? No, nie wiem. Zwłaszcza, jeśli promocja publikacji aż ociekała dyskursem feministycznym, który - nie oszukujmy się - w ostatnich czasach wywędrował zdecydowanie za daleko od swojej pierwotnej idei. Dlatego też do powieści podeszłam dość sceptycznie, gotowa na idee, o których wcale nie chcę czytać.

Ale, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, powieść okazała się być całkiem dobrym thrillerem. Wbrew reklamie, wcale nie ociekała feminizmem ani postulatami - ani dobrymi, ani złymi. Jak już, to była popisem rasowego szowinizmu, ale tego akurat należało się spodziewać, skoro autorka zamierzała uzyskać efekt państwa zdominowanego przez mężczyzn. Mamy więc neutralne dla świata realnego, ale bardzo barwne dla warunków powieściowych zarysowanie świata. Mamy ciekawych bohaterów, niebanalną fabułę (choć taki gatunek wręcz musi zahaczyć o obowiązkowe "punkty programu", pomiędzy nimi autorka bardzo ładnie przemyciła kilka niebanalnych wątków towarzyszących) i lekkie pióro. Do tego stopnia lekkie, że świat, o którym zaledwie kilka zdań wcześniej napisałam, że jest przerysowany, stał się miejscem ciekawym i dosyć realnym (choć tylko na potrzeby powieści, bo nakładając jej obraz na nasze życie, możemy tylko uśmiechnąć się z pobłażaniem). I chociaż można by wyliczyć kilka mankamentów, a już z całą pewnością zarzucić pośpieszne, niechlujne wręcz zakończenie tak misternie witej historii, "Vox" samo w sobie jest poprawną, dobrą pozycją do poduszki.

Jak to jednak w dzisiejszych czasach bywa, reklama dźwignią handlu - i reklama źródłem nieszczęść. Jak dla mnie, w tym przypadku skłaniałabym się raczej ku stwierdzeniu, że polski marketing (zakładam, że na wzór marketingu rodzimego dla autorki) zrobił "Voxowi" krzywdę. OK, osoby intensywnie funkcjonujące w dzisiejszym kształcie nurtu feministycznego na pewno kupiły tę powieść w ciemno - ale cała reszta społeczeństwa? Czy reklamowanie powieści oderwanej od rzeczywistości (bo to jest, proszę Państwa, klasyczna antyutopia, nie zapominajmy proszę o tym!) hasłami "ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet", "niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze" lub "czy to tylko zatrważająca dystopia?", jest na pewno w porządku?

Tak, dzisiejszy świat (i nie tylko dzisiejszy!) jest pełen podziałów i dyskryminacji. Tak, kobietom wciąż odmawia się pewnych rzeczy, zwłaszcza w mniej rozwiniętych rejonach świata. Tak, powieściowe zakucie w kajdany można traktować jak metaforę - a jej przerysowanie jak znak, że i my, jako gatunek ludzki, zaczynamy przekraczać niewłaściwe granice. To wszystko jest prawdą, ale jednak nie nazwałabym "Vox" manifestem. A tym bardziej byłabym ostrożna w zacieraniu linii, która w tym przypadku dość stabilnie oddziela nas od świata przedstawionego, mimo że przebiega ona po płaszczyźnie tematyki bardzo aktualnej w realnym życiu.

Czy zatem mogę polecić powieść Christiny Dalcher? Oczywiście. Nie jest to genialna praca, ale z pewnością jest poprawna i przyjemna dla czytelnika. Prowokuje do myślenia i analizy świata, który otacza nas na co dzień. Mimo to zachęcam do pozostawienia jej tam, gdzie jej miejsce - w sferze literatury. I nie powołujmy się tu na Huxleya i Orwella, bo to - niestety - trochę nie ta półka.

Suzanne Collins: Igrzyska śmierci

Jak wie już KAŻDY, w świecie Suzanne Collins po USA zostały jedynie zgliszcza. Na zgliszczach wybudowało się potężne Panem, podzielone na dwanaście dystryktów. Jak to w każdej społeczności bywa, zwykli śmiertelnicy nie zawsze są zadowoleni z życia - a żeby mocarstwo pozostało mocarstwem, Panem skutecznie musi pokazać ludowi, że zadowolony być musi. W ten sposób powstaje idea Głodowych Igrzysk - corocznej krwawej jatki, na którą wysyła się po dwóch młodocianych delegatów z każdego dystryktu, za każdym razem chłopaka i dziewczynę. Główna bohaterka, Katniss, nie bez powodu jest główną bohaterką - w końcu i w tym roku musi być ktoś, kto będzie dumnie reprezentował dystrykt dwunasty - ostatni i jednocześnie najbiedniejszy ze wszystkich. Do Katniss dołącza Peeta, oczywiście połączony z Katniss wspólną przeszłością. No, nie jest to zbyt obfita we wspólne chwile przeszłość, ale gdzieś już  tam ich drogi się skrzyżowały. Ale teraz to już będzie istne rondo turbinowe.

Nie wdając się w dalsze opowieści o fabule, która sprawia w tej historii najwięcej radości, po prostu skonkluduję: to naprawdę dobra powieść. Błyskotliwe połączenie przerabianego już w różnych konfiguracjach motywu igrzysk, Big Brothera, Harry'ego Pottera i Czary Ognia, produkowanych na pęczki programów o metamorfozach i wreszcie: krwawej powieści akcji. Różność form tutaj jest niewiarygodnie harmonijna, wszystko zdaje się do siebie sensownie pasować, chociaż od ciężkiej doli mieszkańców ubogiej dzielnicy do prezentowania całemu kraju swoich wdzięków jest raczej daleko. To już chyba bliżej ciężkiej doli do brutalnego surwiwalu na arenie Igrzysk. Niemniej jednak wszystkie te inspiracje łączą się w całość, wydają się oczywistymi następstwami konkretnych zdarzeń i jakoś tak po prostu leżą idealnie. Aż miło się czyta.

Ale mimo tego miłego czytania i ładnej formy, autorka niejednokrotnie zaskakuje. Przede wszystkim zawsze myślałam, że jest to książka adresowana raczej do dzieci i młodzieży - tymczasem okazuje się, że niektóre opisy są tak wyraziste i brutalne, że skóra cierpła, a ja mrużyłam oczy. Wszyscy przecież wiemy, że czytając przez przymrużone oczy nie będzie tak strasznie i na pewno skończy się dobrze.

A propos końca. Wydaje Ci się, że wiesz, jak się skończą Igrzyska śmierci? Istnieje szansa, że dobrze kombinujesz. A wiesz, co jest najlepsze? Ano to, że niezależnie od tego, czy się spodziewasz czy się nie spodziewasz, i tak będziesz się świetnie bawić przy lekturze. Zwroty akcji i nieszablonowe rozwiązania są super, nawet jeśli sobie niechcący zaspoilerowałeś zakończenie tak, jak mi udało się to uczynić. Sama sobie! Tak czy inaczej znając zakończenie nadal byłam ciekawa, jak do niego dojdzie. A to już chyba znak, że książka jest czegoś warta.

Zatem jeśli jakimś cudem jeszcze jej nie czytałaś/-eś, zrób to, serio. Ręczę. Nawet po obejrzeniu filmu, przecież wszyscy wiemy, że książki są lepsze prawie zawsze. To znaczy tak myślę, bo do filmu dopiero się przymierzam. I mam nadzieję, że seans będzie równie dobry, co lektura. Miłego!

Powyższa recenzja została napisana na potrzeby mojego prywatnego bloga, a opublikowana jako wpis z cyklu Leniwa niedziela. Zapraszam do lektury! :)

Haruki Murakami: Mężczyźni bez kobiet

Mężczyźni bez kobiet to moje pierwsze spotkanie z krótkimi formami w wydaniu Murakamiego. I choć ten fakt nie jest obojętny dla oceny tego zbioru, odnoszę wrażenie, że można mówić o pewnym powiewie świeżości w murakamowskiej prozie.

Niezwykle trudnym zadaniem jest ocena opowiadań, podczas gdy to nie pierwsza przygoda Japończyka z tą formą, natomiast moja – i owszem. Nie tak w ogóle oczywiście, choć bez ogródek przyznam się, że od form krótkich stronię w każdym przypadku. Żeby zatem nie narazić się na gołosłowność, podeprę się powieściami autora.

A powieści te, już na pierwszy rzut oka podzielić można na dwie grupy: te „bardziej” i „mniej obyczajowe”. Chyba każdy, kto zetknął się już z twórczością Murakamiego, wyraźnie widzi grubą linię, która rozdziela większość z jego powieści (Na południe od granicy, na zachód od słońca jest tu wyjątkiem – bardzo zgrabnym i moim ulubionym, ale jednak wyjątkiem): wstęp i pierwsze fazy akcji przebiegają jak w każdej dobrze napisanej obyczajówce. Poznajemy bohaterów, nierzadko z tłem psychologicznym odmalowanym na kształt ludzkich, mniej lub bardziej codziennych, problemów. I kiedy każdy inny autor pokusiłby się o zwrot akcji, może komplikację, a może wprowadzenie nowego bohatera, który wszystko odmieni, Murakami wymyka się zwyczajności i – ni z tego, ni z owego – odmienia świat przedstawiony, wrzuca go na głęboką wodę realizmu magicznego, w którym od teraz, aż do końca powieści, historia będzie się regularnie zanurzać (najlepszym przykładem jest chyba Sputnik Sweetheart i absolutnie zmieniająca całą historię opowieść o wesołym miasteczku i oknie mieszkania bohaterki, czyż nie?). I, zostając na tej powierzchniowej (ale nie powierzchownej) warstwie tekstu, oto mamy cel sam w sobie: powieść traktuje o jakiejś historii bliskiej naszemu światu, nagle zostaje wrzucona w oniryzm; w rezultacie otrzymujemy jednocześnie historię z wydźwiękiem społecznym i historię, której zakończenie i możliwe dalsze rozwinięcie chowa się w tak głębokiej mgle dziwności i trudnych do wyłapania przez europejskiego czytelnika metafor, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko docenić jej urok – albo dać się porwać w labirynt japońskich odniesień i aluzji. Jestem niemalże przekonana, że w przypadku poprzednich opowiadań Murakamiego sytuacja jest taka sama – a może wręcz głębiej się zanurzamy w ten klimat.

W przypadku Mężczyzn bez kobiet dzieje się coś innego. Z początku myślałam, że opowiadania te będą zbliżone do przywołanego już Na południe od granicy, na zachód od słońca – że będzie tu więcej obyczajowości niż pierwiastków magicznych, a ze względu na formę, autor pokusi się o jakiś metaforyczny, a może nawet i dosłowny przekaz. A tymczasem w najnowszych opowiadaniach dzieje się coś niesamowicie ciekawego: narrator snuje opowieść, rozbudowuje ją o kolejne wątki, wyjaśnia przytaczane historie, zupełnie jakby szykował się na wyjaśnianie dłuższej całości, która będzie miała sens tylko wtedy, jeśli wszystkie jej składowe będą dla nas jasne. I, kiedy spodziewamy się puenty, historia się urywa, obraz znika, zostajemy niemalże siłą wyrwani z historii, która – wydawałoby się – dopiero się rozwija. I w ten, wydawałoby się, prosty sposób Murakami zwraca uwagę na pewną życiową prawdę: nie wszystkiemu w życiu towarzyszą fajerwerki i nie każda historia ma puentę. W ogólnym rozrachunku każde działanie może mieć głębszy sens i prowadzić do kolejnych zdarzeń, ale wyrwane z kontekstu, jako jedne z wielu, jest po prostu historią bez finału, która może dowolnie potoczyć się dalej.

Daleka jestem od powiedzenia, że najnowsze opowieści Murakamiego to krótkie historyjki wymyślone na poczekaniu, a porzucone z powodu braku pomysłu na efektowne zakończenie. Wręcz przeciwnie: to bardzo ciekawy zabieg stylistyczny, będący jednocześnie potężnym nośnikiem treści, a także potwierdzenie, że Haruki nie potrzebuje niesamowitych historii, aby niesamowicie opowiadać. Polecam, choć – rzecz jasna – z dozą zrozumienia dla nieszablonowego pisania.

Victoria Aveyard: Czerwona Królowa

Czerwona Królowa [Victoria Aveyard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czarno-biały świat. A w zasadzie – srebrno-czerwony, bo takie są ludzkie „barwy”: czerwoni służący i srebrni panowie.

Kontrast między czerwonym i srebrnym zdaje się być wypominany przez każdy aspekt życia – od statusu społecznego, przez przywileje, aż do kwestii zasadniczej: czerwoni to zwykły lud chłopski, srebrni to potęga nadprzyrodzonych mocy. I podczas gdy srebrni pławią się w luksusach dworu i doskonalą swoje umiejętności, czerwoni ledwo wiążą koniec z końcem w swoich wioskach, gdzie racjonuje się wszystko, włącznie z „porcjami” prądu. W takiej rzeczywistości dorasta Mare Barrow – młoda Czerwona, która specjalizuje się w kradzieżach, a nade wszystko boi się zbliżającego się dnia poboru do wojska. A z wojska – prosto na wojnę. Kiedy pewnego wieczora „pracuje” w mieście, na ofiarę kradzieży obiera sobie młodzieńca, który orientuje się w jej zamiarach. Nazajutrz w jej domu rodzinnym pojawiają się wysłannicy Srebrnych. Co to oznacza dla Mare? Dla jej rodziny? Przyjaciela?

Czerwona Królowa to powieść-zagadka: z jednej strony pociąga oryginalną fabułą i lekkością pióra autorki, z drugiej studzi czytelniczy zapał prostotą rozwiązań i powierzchownością wątków. Nie jest jednak tak, żeby zniechęcała do siebie czy nudziła: całą lekturę połknęłam z wypiekami na twarzy, absolutnie zafascynowana światem stworzonym przez Aveyard – szczególnie podobały mi się moce Srebrnych, ich nietuzinkowość i sposób wykorzystania. Z niesłabnącym zainteresowaniem śledziłam intrygę i podziwiałam życie pałacowe, które – choć bezlitosne – naprawdę mnie zafascynowało. Tak naprawdę dopiero skończywszy powieść, poczyniłam prostą refleksję: było super, ale za mało. Oczywiście, że i dłuższa, szerzej rozbudowana akcja by nie zawadziła. Ale chodzi mi przede wszystkim o potencjał zbudowanego świata: życie wewnętrzne rodów, możliwości związane z nadprzyrodzonymi mocami, a wreszcie: intryga. Czytając Czerwoną Królową miałam wrażenie, że cała działalność, nazwijmy ją „nieoficjalną”, opiera się na schemacie: hej, jesteśmy członkami podziemia, ty na pewno nas nie wydasz, dołącz do nas -> plan jest taki, zrobimy to za X dni -> okej, już jest ten dzień, działamy -> okej, coś tam wyszło, nie jest źle. I… tyle. Podobnie jest z wątkiem miłosnym: pojawiają się namiastki trójkąta uczuciowego, więc dlaczego autorka tego nie wykorzystała? Takie niewykorzystane możliwości nasuwają mi pytanie zasadnicze: po co pojawiają się niektóre wątki, skoro nie są rozbudowywane, a i nie stają się narzędziem w rękach intrygantów? Dlaczego dostajemy coś naprawdę dobrego, a nie mamy okazji się w to „wbić”?

>Nie znaczy to wcale, że książka była zła. Wręcz przeciwnie – była bardzo dobra, ale – też bardzo – niedopracowana. Na szczęście zapowiedziane są kolejne tomy tej serii – i żywię ogromną nadzieję, że Czerwona Królowa to był tylko taki wstęp do tematyki, a kolejne części ułożą się w pełen, klarowny obraz i będą kawałem dobrej roboty. Czy tak się stanie, jeszcze nie wiem, ale zaryzykuję i polecę Wam Czerwoną Królową – bo historia jest naprawdę dobra, choć (jeszcze) niepogłębiona. Spróbujcie, zwłaszcza jeśli nie czytacie na co dzień fantastyki.

Potężni są ci, którzy wyglądają na potężnych.

Ten sam temat z perspektywy...
  • Marthy Oakiss [Secret Books]
  • Tetiany [Czytam Oglądam Recenzuję]
  • Chcesz się tu znaleźć? Czytałaś/eś książkę, wyraziłaś/eś, co Ci w duszy gra? Świetnie, skonfrontujmy zatem nasze punkty widzenia! W każdy poprzedzający publikację recenzji piątek o 20:00 na moim fanpagu pojawiać się będzie informacja, co opublikuję. Jeśli pisałaś/eś na ten sam temat, zostaw mi link do recenzji, a ja umieszczę go pod moim teksem. Zawsze warto poznać opinie innych! :) Szczegóły akcji TUTAJ.

KONKURS z Girl Online przedłużony o tydzień. Termin nadsyłania odpowiedzi upływa w piątek, 19 czerwca, o 20:00. Zgłaszamy się TUTAJ :)

Sue Monk Kidd: Sekretne życie pszczół

Sekretne życie pszczół [Sue Monk Kidd]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Życie, w ogólnym rozrachunku, wydaje się być słodko-gorzkie: wzloty, upadki, chwile radości i zwątpienia. I choć nie powinno się takim wydawać czternastolatce, historia nastoletniej Lily jest wprost urzekająca.

Agresywny ojciec i niepokojące dziewczynę widma przeszłości sprawiają, że postanawia uciec z brzoskwiniowej farmy. W plan wciąga swoją opiekunkę i tak dostają się do Tiburonu – małego malowniczego miasteczka w Karolinie Południowej. I choć mała biała dziewczynka i potężna dorosła Murzynka tworzą dość zaskakującą wówczas parę podróżniczek, z powodzeniem udaje im się znaleźć schronienie. Do różowego domku otoczonego ulami prowadzi je jedna z pamiątek po matce – wizerunek ciemnoskórej Matki Boskiej, który Lily rozpoznała w miejscowym sklepie. Pokierowane przez sprzedawcę w odpowiednie miejsce nie tylko spotykają trzy dobroduszne siostry, które udzielają im schronienia, ale przede wszystkim odnajdują spokój i redefiniują swoje spojrzenie na życie. Tylko czy taki stan może trwać w nieskończoność, jeśli przywykło się do przeciwności losu?

Sekretne życie pszczół, podobnie jak życie ludzkie, o którym opowiada, jest słodko-gorzkie. Nie brakuje tu rozczarowań, cierpienia i bolesnych widm przeszłości – ale jest też spokój, zrozumienie, wyciszenie i radość życia. I choć historia jest przede wszystkim o tych emocjach i odnajdywaniu siebie, nie nuży nas ani przez moment; to taki mały wycinek ludzkiego życia, który – nie zawsze szczęśliwy – twardo osadzony jest w rzeczywistości i ukazuje, jak wiele aspektów może mieć taka niedługa chwila. Akcja toczy się w latach 60. w Południowej Karolinie: panuje tam wówczas lato, a więc upały ścinające z nóg. I taka też jest atmosfera powieści: powolna, pachnąca latem i słodkim, lepkim miodem. Autorka doskonale posługuje się słowem, bez większego wysiłku odmalowując przed oczami czytelnika pasieki, między którymi słychać bzyczenie pszczół i czuć duszne powiewy upalnego powietrza. Zresztą nie tylko krajobraz jest wyrazem kunsztu Sue Monk Kidd – są to przede wszystkim emocje, zdarzenia i postaci. To właśnie bohaterowie nadają Sekretnemu życiu pszczół prawdziwego charakteru: każdy z nich jest niepowtarzalną, oryginalną osobowością, której cechy towarzyszą tak naprawdę każdemu jej działaniu. Nie dość, że są to postaci bardzo przemyślane i odrysowane w powieści jak żywe, to do tego część z nich jest naprawdę… specyficzna. Nie trzeba daleko szukać – spójrzmy na siostry z kalendarza, których imiona odpowiadają wiosennym i letnim miesiącom: jest August, która służy dobrą radą i roztacza wokół siebie takie ciepło i poczucie bezpieczeństwa, że dociera ono aż do czytelnika; jej siostra, June, choć na początku nie lubi Lily, nie jest w swoich uczuciach zwykła i przewidywalna; no i wreszcie May, postać absolutnie nietuzinkowa. Majowa kobieta jest wrażliwa za siebie, nas wszystkich i jeszcze trochę na zapas: wpada w histerię, ilekroć coś złego się przydarzy. I choć jest to przygnębiające, a dla niej trudne, nie sposób się nie zaśmiać, ilekroć zaczyna zawodzić Oh! Susanna, kiedy stara się uspokoić – nierzadko po zdarzeniach dla nas błahych.

Jednak Sekretne życie pszczół to nie tylko opowiastka o życiu w sielankowym Tiburonie. W powieści przewija się też wątek społeczno-polityczny; i choć jest bardzo subtelnie wpleciony w historię nastoletniej Lily, odgrywa ważną rolę i jeszcze mocniej osadza w kontekście opowieść o ciemnoskórych kobietach. Lata 60. to oczywiście pierwsze prawa dla Murzynów żyjących w Ameryce Północnej i fala przemocy i sprzeciwu względem tak kontrowersyjnych postanowień. Tłem dla życia jednostki jest tutaj uzyskanie prawa do głosowania, niesamowite emocje temu towarzyszące, konflikty etniczne, dyskryminacja i problem tolerancji i współistnienia w społeczeństwie. Wszystko to sprawia, że powieść wydaje się nie tylko bardzo realna, ale też dodaje to kolejne emocje do i tak ogromnego przekroju tego, co przyszło czuć kobietom z Sekretnego życia pszczół – i tego, co czuje każdy człowiek. I choć dynamika wydarzeń nie jest w tej powieści priorytetem, to jest to wieloaspektowa historia, którą warto znać – czy to dla wątków społeczno-politycznych, historycznych, czy czysto życiowych. Bo niezależnie od tego, czy autorka opisuje rzeczywistość, czy życie wewnętrzne bohaterów, robi to nad wyraz trafnie. Bez dwóch zdań, polecam!

W gruncie rzeczy nie trzeba być w czymś najlepszym, wystarczy, że się to kocha.



Uwaga, uwaga, Kochani, wspaniałe wieści! Pamiętacie Isabelle? Recenzowałam ją dla Was w marcu - a teraz została doceniona: możecie przeczytać ją ponownie, tym razem w kwietniowym numerze Dwumiesięcznika Literackiego SOFA! Jeśli macie ochotę przejrzeć magazyn, kliknijcie w jego przepiękną okładkę :)

T.E. Sivec: Piękne kłamstwo

Piękne kłamstwo. Igrając z ogniem [Tara Sivec]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Ona – pani fotograf, roztaczająca wokół siebie niesamowitą aurę. Oni – Garrett i Milo, najlepsi przyjaciele z czasów szkolnych. Kiedy los splata ich drogi, stają się przyjaciółmi, ale też wikłają się w emocjonalny trójkąt, który starają się przemilczeć i zrobić przysłowiową minę do złej gry. Na domiar złego, Milo ginie podczas wykonywania misji dla marynarki wojennej. Czy wszystko jednak jest takie, na jakie wygląda?

Każdy ma swoje tajemnice. Nie ma jednak miejsca na przyziemne sekrety, gdy jest się związanym z marynarką wojenną – tu w grę wchodzą tajemnice wagi państwowej i śmiertelne niebezpieczeństwo. Ale pod płaszczyk tajemnicy zawodowej można wiele upchnąć…

Kiedy poznajemy Parker i Garretta, zmuszeni są już żyć w świecie bez ich najbliższego przyjaciela, Mila, który zginął na Dominikanie podczas rutynowej akcji. I choć są przepełnieni bólem po jego stracie, wciąż buzują w nich skrywane przez lata emocje: choć Parker była z Milem bardzo szczęśliwa, tak naprawdę zakochała się od pierwszego wejrzenia w Garrecie. Garrett zresztą czuł to samo, ale które z nich miałoby odwagę się do tego przyznać? Oboje żyli uczuciem do Mila, które napędzało także poczucie, że nie mogą Milowi dokładać zmartwień i ciosów ze względu na jego przeszłość. Kiedy Garrett decyduje się wyjechać na Dominikanę, żeby zbadać okoliczności śmierci przyjaciela, akcja nabiera rumieńców: powoli układają się wszystkie elementy układanki, a prawda z chwili na chwilę staje się coraz bardziej szokująca. Co tak naprawdę się wydarzyło? I czy mężczyzna ma szansę zdobyć serce ukochanej?


Piękne kłamstwo to powieść o wielu twarzach: utrzymana w konwencji thrillera, nie stroni też od cech powieści obyczajowej, a nawet erotycznej. Wartka akcja przeplatana jest wątkiem miłosnym, wspomnieniami bohaterów, ale też ostrzejszymi scenami: zarówno erotycznymi, jak i walki. Nie jest jednak tak, żeby te „dodatki” do klasycznej budowy thrillera starały się zdominować konwencję powieści czy żeby przeszkadzały w odbiorze. Choć powieść ma kilka słabszych momentów i pewne, powiedziałabym: nieudolne, próby wybrnięcia z martwych punktów, gdzie akcja zaczyna wkraczać na schematyczne tory, w gruncie rzeczy jest bardzo atrakcyjna dla czytelnika: ciekawi i trzyma w napięciu, a to najważniejsze, co thriller powinien dać czytelnikowi. Nie należy się też przejmować brutalnymi czy erotycznymi scenami, jeśli nie lubimy takich zabiegów, bo występują one naprawdę sporadycznie; nie ulega jednak wątpliwości, że jest to książka dla dorosłych czytelników, bo mocniejszych opisów co prawda nie ma za dużo, ale za to są nośnikiem dość konkretnej treści. Warto też mieć na uwadze, że powieść jest dość wulgarna, więc delikatniejszym odbiorcom raczej poleciłabym zastanowienie się przed sięgnięciem po Piękne kłamstwo.

Co mnie cieszy w tej powieści to właśnie jej struktura – autorka postanowiła poprzeć treść pomieszaniem gatunków, co powoduje, że nie jest to powieść typowa. I, co ważne, nie jest ona pretekstem do „przemycenia” wątków obyczajowych i erotycznych. Zdarza się w literaturze, że formuje się fabułę do konkretnego modelu gatunku, a potem szpikuje się ją do oporu (a czasem nawet i mocniej) czymś zupełnie innym (w znakomitej większości: erotyką lub romansem), co daje efekt raczej odrzucający, zwłaszcza dla osób, które sięgnęły po tę konkretną pozycję w innym celu. Na szczęście w przypadku Pięknego kłamstwa tak się nie dzieje, odmienne gatunki zdają się ze sobą współistnieć i wzajemnie na siebie oddziaływać, co w końcowym efekcie daje całkiem przyjemną literaturę.

Oczywiście trzeba pamiętać, że nie jest to nic fenomenalnego ani nader zadziwiającego – nie jest to ani wbijająca w fotel powieść sensacyjna, ani soczysty romans. To raczej taka wypadkowa tych gatunków, co prawda tracąca nieco na jakości względem najlepszych ich przedstawicieli, ale za to łącząca je ze sobą ze smakiem, dająca czytelnikowi coś nowego. A może nawet łącząca miłośników tych dwóch, dość różnych przecież, gatunków?

Uważam, że Piękne kłamstwo to historia warta poznania – co prawda czyta się to bez nadzwyczajnej ekscytacji czy fajerwerków, ale za to z przyjemnością. Mimo pokaźnej objętości, jest to historia na jedno posiedzenie – a to dopiero początek trylogii…
__________________________
za egzemplarz dziękuję serdecznie

Rainbow Rowell: Eleonora i Park [przedpremierowo!]

Eleonora i Park [Rainbow Rowell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Eleonora i Park. Dwa żywioły. Dzieli ich niemalże wszystko, łączy – miłość do muzyki. Czy wspólna pasja to wystarczająco dużo, żeby stworzyć silną więź i być ze sobą na dobre i na złe?

O tym, że Eleonora i Park choćby w najmniejszym stopniu zbliżą się do siebie, nie świadczyło nic. Eleonora już od swojego pierwszego dnia w szkole była postrzegana jako dziwak: czerwona burza włosów, nietypowe ubrania. Park zaś jest indywidualistą, a wręcz – outsiderem: zaszyty samotnie na siedzeniu szkolnego autobusu czyta komiksy i słucha muzyki. Jak zatem mogli zwrócić na siebie uwagę?

Prawdopodobnie tak by się nie stało, gdyby nie zadziałał przypadek, i to w wydaniu dość banalnym: Eleonora, jako nowa uczennica, nie miała swojego miejsca w autobusie. Park nie miał w autobusie swojej pary. I tak to się zaczęło: od milczenia, przez nieśmiałe spojrzenia i podczytywanie komiksów przez ramię, do rozmów i coraz bliższej znajomości. Czy jednak sam fakt, że oboje zwrócili na siebie uwagę oznacza, że czeka ich filmowy happy end?

Na to pytanie niestety nie mogę Wam odpowiedzieć, ale zapewniam, że tej dwójce nie będzie łatwo. Eleonora to żadna tam szara myszka, płacząca po kątach, że nikt nie rozumie jej odmienności: to dziewczyna z problemami, dla której szkolne nieprzyjemności to tylko kropla w morzu prawdziwych dramatów. Park zaś jest zdeterminowany, żeby te problemy rozwiązać. Czy są w stanie nieść na własnych barkach takie brzemię? Czy ich silna, ale jednak pierwsza miłość ma jakieś szanse wzmocnić się, zamiast ugiąć pod ciężarem takich doświadczeń?

Eleonora i Park to słodko-gorzka powieść dla młodzieży – a przy okazji też dla ich starszego rodzeństwa, rodziców, cioć i każdego, kto zechce po tę historię sięgnąć. Bo chociaż mowa tu o pierwszej miłości i nastoletnich problemach, wiele z wydarzeń rozgrywających się na kartach powieści to znacznie poważniejsze historie: ocieramy się o złe wybory, przemoc w rodzinie, gnębienie i prześladowanie. Ta powieść to piękny i zatrważający zarazem obraz tego, jaki wpływ może mieć człowiek na drugiego człowieka: może stworzyć mu raj na ziemi, ale może też przeobrazić ten raj w piekło.

Mimo wielu poważnych problemów, z jakimi przyjdzie zmierzyć się bohaterom powieści, jest to także bardzo pogodna historia: o tym, jaką radość może nieść zwykła codzienność, obecność drugiej osoby, jak niesamowity jest okres zauroczenia i wchodzenia w pierwsze związki. Powieść Eleonora i Park wywarła na mnie wrażenie, jakiego już dawno nie doświadczyłam – poczułam, że wciąga mnie na swój wyjątkowy sposób, zupełnie, jak robiły to książki w okresie, kiedy poznawałam literaturę. Jest to o tyle niesamowite uczucie, że obecnie czytając książki młodzieżowe albo stwierdzam, że są poważnie napisane i nadają się dla dorosłego czytelnika, albo – co jest naturalną konsekwencją – odczuwam ich prosty język, czasami pewną infantylność. W tym przypadku nie ulegało wątpliwości, że jest to książka młodzieżowa – a jednak w pewien sposób przeniosła mnie w czasie, pozwalając raz jeszcze poczuć, jak kiedyś z wypiekami na twarzy połykało się dopiero co odkryte powieści. I za to ogromny plus dla Rainbow Rowell, bo budzenie takich emocji to raczej nie jest powszechna umiejętność.

Bardzo długo można by się rozwodzić nad walorami tej powieści: ma zdecydowanie wszystko to, co powinna zawierać dobra książka dla młodzieży, a przy tym satysfakcję z lektury odczują i dorośli czytelnicy. Przyjemnej lektury!

nie mogę uwierzyć, że życie dało nam siebie nawzajem


_________________________________________________
za przedpremierowe przysłanie egzemplarza dziękuję serdecznie

Sabina Waszut, Mariusz Wieteska: Isabelle

Spontaniczne odczuwanie - tak opisuje proces powstawania powieści Isabelle jeden z jej autorów, Mariusz Wieteska. I są to chyba słowa najbliższe istocie tej historii. Owszem, jest to romans - pełen zapierających dech w piersiach scenerii i prowansalskich zapachów. Ale też, zgodnie ze słowami Ernesta Brylla, Autorzy udowodnili, że w romansach nie ma nic banalnego. Jeżeli historie miłosne zasługują na uznanie, Isabelle to najlepszy tego dowód.

To takie proste – włożyć kobietę i mężczyznę, dotychczas obcych sobie, w sam środek idyllicznego krajobrazu, w piękne prowansalskie Antibes pachnące winem, lawendą i ziołami. Do pięknej scenerii dołączyć impuls, który tylko bratnie dusze mogą ze sobą dzielić – a jego konsekwencją niech będą dni i noce pełne uniesień. Nie to jest jednak istotą Isabelle, co stanowi jej największy walor i wyróżnienie na tle historii miłosnych. Tutaj miłość jest raczej tłem dla charakterów ludzkich, aniżeli uczuciem odbierającym owe charaktery. Miłość to konsekwencja życia, która opisana została w sposób zróżnicowany, ale rozważny – bez zbędnego cukru i mdłych wzruszeń. I w tym przypadku to żaden wstyd czytać o tym, co nam w duszy gra – bo nie musimy się obawiać, że nasze uczucia zostaną spłycone nierozważnym piórem.

W historii literatury napisano wiele. Była miłość średniowieczna, przymusowa, wynikająca z obowiązku. W opozycji do niej naturalnie stała miłość zakazana, niejednokrotnie naznaczona cierpieniem, stratą i śmiercią. Z biegiem czasu, kiedy obyczaje stały się łaskawsze dla zakochanych, opisywano inne przeszkody: duchowe, religijne, światopoglądowe czy nawet cielesne. Miłość była brana na warsztat i rozkładana na czynniki pierwsze wielokrotnie, co powodowało, że niegdyś podniosłe uczucia stały się dla nas miałkie. Problemu – i zagrożenia zarazem – nie stanowiły same próby zrozumienia i opisania miłości, ale ogromna popularność tematu: o miłości chciał pisać każdy, podobnie jak każdy chciał powodować, że kobiety będą z wypiekami czytały strona po stronie zawiłą historię, a niemożnością stanie się wyrwanie z rąk pełnego namiętności opisu, który niejednokrotnie miałby dostarczyć naszemu życiu więcej niż rzeczywistość. W końcu miłość stała się produktem popkulturowym, w efekcie ukazując się odbiorcy jako cukierkowa rzeczywistość pełna górnolotnych wyznań i błahych finałów. Biorąc pod uwagę tak przykry los najpotężniejszego uczucia w historii życia ludzkiego, z pewną obawą sięgałam po Isabelle. Stawiałam przed sobą setki pytań, biłam się z myślami, aż wreszcie rozpoczęłam lekturę – i dziś, ze spokojem sumienia mogę powiedzieć, że trzymam w dłoni perełkę, która nie tylko nie zaburzyła mojego sposobu odbierania ludzkich uczuć, ale też wprowadziła mnie w świat wzajemnych relacji mężczyzny i kobiety, które, choć przebiegają w sposób absolutnie zróżnicowany, prowadzą do tego samego.

Gael i Yasmine – dwie obce sobie osoby, które los zaprowadził do Antibes, idealnego w ich odczuciu miejsca do wypoczynku i odnajdywania swojej życiowej drogi. Kiedy się odnajdują, a życie niechybnie prowadzi ich do wzajemnego uczucia, na oczach czytelnika rozgrywa się niesamowity spektakl: oto mamy okazję zajrzeć do wnętrza dwojga ludzi, których więcej dzieli niż łączy, przekonać się, jak odbierają świat i drugiego człowieka, a wreszcie: co oznacza dla nich miłość. Wrażenie dodatkowo wzmacnia dwójka autorów, którzy podzielili się fragmentami składanego przez nich świata i każdy z nich opisali na swój indywidualny sposób. Ta podwójna granica oddzielająca psychikę i świat wewnętrzny bohaterów wyraźnie przypomina o odrębności ludzi, uwrażliwia czytelnika na odbiór drugiego człowieka, a przede wszystkim stanowi historię jeszcze bardziej fascynującą niż zewnętrzny obraz związku Gaela i Yasmine.

Kim zatem jest tajemnicza Isabelle, skoro wciąż mówimy tylko o Gaelu i Yasmin? Niech to zostanie tajemnicą, bo tytułowa bohaterka to nie tylko zwrot akcji, który musi towarzyszyć każdej dobrej powieści. Jest ona przede wszystkim uosobieniem tego, co spotyka nas niejednokrotnie w życiu – koniecznością wyboru, ułudą mieszającą się z prawdą, przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

Jeśli tkwi w Was zatem, drodzy Czytelnicy, choć nutka romantyzmu, oto historia dla Was – o tym, co maluje życie, a nie o tym, co chcielibyśmy do naszego życia domalować. Przyjemnej lektury!


Za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie Dwumiesięcznikowi Literackiemu Sofa. I w kwietniowym numerze Sofy także znajdziecie tę recenzję! Wystarczy kliknąć na okładkę, aby przenieść się na stronę, gdzie bezpłatnie można przeczytać magazyn :)

Carlos Ruiz Zafon: Książę Mgły [+wideorecenzja]

Książę Mgły [Carlos Ruis Zafon]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Czy magia istnieje? W świecie Księcia Mgły – owszem, i to tylko w tym złowieszczym wydaniu. Co odkryje Max wraz z przyjaciółmi? Czemu jest to sekretem, i do tego tak pilnie strzeżonym?

Kiedy rodzina Carverów przenosi się do miasteczka malowniczo rozciągniętego wzdłuż wybrzeża Atlantyku, wydaje się, że wszystko zmierza ku lepszemu: rodzina oddala się od epicentrum wojny wstrząsającej światem, osiedla się w spokojnej wiosce rybackiej, w domku na plaży. Jednak wydzierając się ze szponów wojny, trafia na coś całkowicie nieoczekiwanego…

Jak każde szanujące się miasteczko, i nowe miejsce osiedlenia Maxa ma swoje legendy i tajemnice. W tym przypadku nie jest to sposób na reklamę miasteczka, a jednak niemalże od razu chłopiec trafia na ich ślady. Co łączy zegar działający wspak, tajemniczy ogród pełen posągów i zatopiony przed dwudziestoma pięcioma laty wrak statku? Odkrywane stopniowo elementy układanki niepokoją, a z czasem prowadzą do przerażających wydarzeń. Co to oznacza dla Maxa i jego przyjaciół? Jaką tajemnicę kryje to malownicze miasteczko?

Do tego, że Zafón jest znakomitym pisarzem, chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Cały kunszt, jaki zaprezentował w Cieniu wiatru, w Księciu Mgły nie traci na doskonałości. Są tu rozbudowane, ale przyjemne w odbiorze opisy, malowanie słowami już od pierwszej strony, które nie tylko sprawia, że świetnie odczuwamy klimat powieści, ale też czujemy się częścią historii. Tym razem u Zafona króluje nie tyle codzienność, co element magiczny, który w tym przypadku oznacza tylko czyste zło – innymi słowy, magia to nie miejsce na dobro. Ani na jego odrobinę. Takie założenie w zestawieniu z mistrzowskim posługiwaniem się słowem sprawia, że niejednokrotnie jesteśmy zaniepokojeni przeżywaną historią, a dreszczyk porównywalny jest do horrorów, które – będąc uczciwą – są dużo straszniejsze i budowane w zupełnie inny sposób. Jednak przemyślana fabuła i sposób jej prowadzenia, a także uczucie uczestniczenia w wydarzeniach sprawia, że powieść jest bezkonkurencyjna – a w wykonaniu innego autora z pewnością byłaby książką po prostu dobrą, tylko dla młodszych czytelników.

Mówiąc o młodszych czytelnikach, należy pochylić się nad wymową tekstu. Choć książka dedykowana jest przede wszystkim młodzieży, czuć pewną rozbieżność w budowie tekstu: z jednej strony sposób wypowiedzi przywodzi na myśl opowiastki dla starszych dzieci, a z drugiej autor posługuje się zdaniami złożonymi, pełnymi szczegółów i wyrazów niezrozumiałych dla młodszych odbiorców. Oczywiście całkiem odrębną kwestią jest zbudowany klimat, który momentami straszył mnie, czytelnika dorosłego – co zatem mają powiedzieć dzieci? Dla nich za to zaserwowano złagodzone dialogi (nie wiem, czy taki był zamysł samego autora, czy tylko tłumacza), które – w punkcie kulminacyjnym! – odstają od opisywanej sytuacji. Raz jeszcze należy tutaj podkreślić, że sceny, gdzie dużo się dzieje, tchną niesamowitą dynamiką dzięki zręcznemu piórowi Zafona. Jak zatem wygląda owa dynamiczna scena, gdzie toczą się losy bohaterów, walka o dobro, ba!, o ich życie – scena, gdzie nastolatek przemawia do potężnego czarnoksiężnika zdaniami typu: Czego pan chce?, Ale co dla pana jest warte życie jakiegoś chłopaka? ? Powiedzmy wprost: odziera scenę z tej pięknie uplecionej dynamiki, powoduje, że wypadamy „z roli” – i, tak naprawdę, kto w sytuacji najwyższego zagrożenia zwraca się do okrutnego czarnoksiężnika per „pan” tylko dlatego, że ów pan jest starszy od nas,  o f i a r ? Na szczęście to tylko jeden moment załamania w tekście – Księcia Mgły czyta się bardzo płynnie i przyjemnie, fabuła gładko posuwa się do przodu, a czytelnik po uszy zanurza się nie tylko w klimacie przesiąkniętym magią, ale też wybiera się na przyjemny spacer po malowniczym miasteczku. I za to Zafona cenię najbardziej.

Pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu.

Książę Mgły [Carlos Ruis Zafon]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
_______________________________________
za egzemplarz recenzencki dziękuję serdecznie

Gayle Forman: Zostań, jeśli kochasz [+wideorecenzja!]

Zostań, jeśli kochasz [Gayle Forman]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Mia jest szczęśliwa: ma kochającą rodzinę, chłopaka i ogromny talent, który może rozwijać. Pewnego dnia jednak harmoniczne życie rozpada się na kawałki: cała rodzina ulega wypadkowi samochodowemu – rodzice giną, brat walczy o życie, a Mia zapada w śpiączkę. Czy uda się jej wygrać walkę o życie?

W momencie, gdy dochodzi do wypadku, Mia ma zamknięte oczy – a gdy je otwiera, orientuje się, że stoi w przydrożnym rowie. Jakkolwiek by siła wyrzutu nie zadziałała, jest to dalece nieprawdopodobne – i szybko się okazuje, że ciało rzeczywiście leży zupełnie gdzie indziej. Mia zapadła bowiem w śpiączkę, w wyniku czego znajduje się w stanie zawieszenia między ciałem a niebytem i obserwuje tragedię z boku.

Dziewczyna zostaje zabrana do szpitala, gdzie jest niewidocznym świadkiem dramatu swojej dalszej rodziny i przyjaciół, słucha ich rozmów, wspomina czasy, które bezpowrotnie się skończyły – i rozważa, czy chce wrócić do nowej, trudnej codzienności, czy umrzeć. Czy Mia znajdzie w sobie siłę do życia? 

Khalil Gibran: Połamane skrzydła

Czysta, poetycka miłość, nagle i bez ostrzeżenia spływa na ramiona Salmy i młodzieńca zapatrzonego w nią niczym w obraz. Niestety na drodze do ich szczęścia staje przymusowe przyobiecanie dziewczyny innemu mężczyźnie; czy jednak bariera doczesności może powstrzymać to, co duchowe i wzniosłe?
Ów młodzieniec poznaje Salmę, gdy na jego drodze pojawia się Faris Karama – wieloletni przyjaciel ojca chłopaka, który okazuje się być jedynym rodzicem dla Salmy. Młody mężczyzna, często zapraszany do posiadłości rodziny Karama, popada w zauroczenie piękną Salmą, która szybko odwzajemnia uczucie. Nie mogło być inaczej – młodzieniec jest pewny, że
mylą się ci, którzy wyobrażają sobie, że miłość rodzi się przez długi okres wspólnego życia i znajomości. Prawdziwa miłość jest córką duchowego porozumienia, które albo pojawia się od razu, albo wcale.
I chociaż się nie myli, a owa prawda łączy go z Salmą żarliwym uczuciem, nie jest im dane zakosztowania radości wspólnego życia.

Haruki Murakami: Sputnik Sweetheart

Sputnik Sweetheart [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Charakterystyczna na Murakamiego duchowość, nietypowa miłość, nostalgia i tajemnica, tym razem w połączeniu z nierzeczywistością i oparami oniryzmu. „Sputnik Sweetheart”, mimo niewielkiej objętości, nie jest łatwą lekturą. I na pewno nie dla każdego.
„Sputnik Sweetheart” to przede wszystkim historia trzech osób: młodego nauczyciela, początkującej pisarki i właścicielki rodzinnej firmy. Losy tych ludzi splatają się ze sobą w sposób przedziwny: on kocha Sumire – pisarkę; Sumire natomiast nie kocha jego, mimo że jest jej najbliższym przyjacielem. Pierwsza miłość przychodzi do niej pod postacią Miu – kobiety o siedemnaście lat starszej od młodziutkiej Japonki, właścicielki rodzinnego biznesu winiarskiego. Ten bolesny miłosny trójkąt, którego motywem przewodnim przez długi czas jest miłość nieodwzajemniona, prowadzi do wielu dziwnych zdarzeń, odmieniających życie całej trójki. I o ile mniej więcej do połowy książki sama siebie prześcigałam w zachwytach, tak w dalszej części historii dzieje się coś niepokojącego. Pojawia się lekki oniryzm ze szczyptą filozofii, które szybko ustępują miejsca tworowi, który roboczo możemy nazwać transcendencją. Roboczo, ponieważ próby ubrania go w jakiekolwiek ramy pojęciowe spełzają na niczym. Może zatem po kolei.

Guillaume Musso: Papierowa dziewczyna

Co byście zrobili, gdyby pewnego dnia w waszym salonie pojawiła się kobieta twierdząca, że jest bohaterką waszej powieści? Wyśmiali ją albo odesłali do specjalisty? Wzięli za oszustkę? Prawdopodobnie. Bohater powieści „Papierowa dziewczyna” jest innego zdania – zwłaszcza, że z czasem rzeczona bohaterka literacka wyciąga go z depresji.
Tom Boyd, młody i utalentowany pisarz, odnosi wielki sukces, wydając swoją pierwszą powieść – „Towarzystwo aniołów”. Jego szczęście przypieczętowuje umowa z amerykańskim wydawcą, który chce wydać pozostałe dwie części trylogii. I o ile część druga wychodzi spod palców Boyda jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tak przy części trzeciej pojawiają się problemy. Syndrom białej kartki? Skądże – kobieta! Po burzliwym rozstaniu z światowej sławy pianistką, Aurore Valancourt, pisarz popada w depresję, z dnia na dzień pogrążając się w niej coraz bardziej.
Pewnej nocy Tom zostaje obudzony przez trzask tłuczonego szkła. Zaalarmowany niepokojącym odgłosem, udaje się do salonu, w którym zastaje młodą kobietę, podającą się za jedną z bohaterek jego powieści. Swoje pojawienie się znikąd argumentowała wadliwą serią wydawniczą drugiego tomu „Towarzystwa aniołów”, z której każdy egzemplarz został wydrukowany zaledwie do połowy, urywając treść w połowie zdania dotyczącego właśnie jej – Billie. W ten sposób biedna bohaterka miała zsunąć się z niedokończonego zdania i z kart powieści wylądować w realnym świecie – właśnie w salonie Toma. Całkowity absurd sytuacji nasz bohater postanowił zrzucić na odurzenie medykamentami (czy też alkoholem, nie wymawiając); może byłoby to słuszne stanowisko, gdyby nie fakt, że nazajutrz wszystko zaczęło wskazywać na prawdomówność kobiety.

Frédérique Molay: Witajcie w Murderlandzie

Kiedy wirtual staje się realem

Wirtualne symulatory życia to od kilku lat gorący temat – zarówno w mediach, jak i w literaturze. Internetowe duplikaty życia pochłaniają czas i uwagę, a wręcz prowadzą do zaburzeń w zakresie oddzielania fikcji od rzeczywistości. W Witajcie w Murderlandzie zatarcie granic staje się narzędziem w ręku mordercy… działającego równolegle w realu i online.
Island to gra, która staje się drugim domem dla Nathana, harwardzkiego wykładowcy. Rozwiedziony profesor znajduje w niej azyl, ucieka od dręczącej go rzeczywistości. Pewnego dnia jego wirtualny spokój zostaje jednak zburzony – nawet rzeczywistość internetowa staje się nieubłagana. Nat, bo tak nazywa się awatar mężczyzny, wraca do swojej posiadłości za miastem, kiedy niespodziewanie pod koła jego samochodu wpada kobieta. Szybko znajdują się świadkowie wydarzenia, którzy uspokajają Nata powtarzając, że widzieli, jak kobieta rzuca się pod koła.

Bora Ćosić: "Rola mojej rodziny w światowej rewolucji"

Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem...



Wyzwolony Belgrad, po ciężkich przeżyciach wojennych, staje się stolicą kraju, w którym tworzy się swoiste królestwo robotnicze. W wirze przemian znajduje się mały chłopiec – narrator i główny bohater Roli mojej rodziny w światowej rewolucji – który nie do końca potrafi odnaleźć się w takiej rzeczywistości, funkcjonując w niej na swój – dziecięcy, a więc także naiwny, ale i niewinny – sposób.

Życie w połowie dwudziestego wieku w Belgradzie nie należy do najłatwiejszych. Wraz z mamą, usposobionymi artystycznie ciotkami, wujkiem-kobieciarzem, dziadkiem-komentatorem zdarzeń wszelakich i wreszcie ojcem alkoholikiem, nasz bohater zostaje umiejscowiony w samym środku przemian społecznych i gospodarczych. Krainy dawnej Jugosławii trafiają z przysłowiowego deszczu pod rynnę: wydostając się spod nacisków wojennych, zostają ulokowani pod – wydawałoby się wówczas – opiekuńczymi pięcioma ramionami czerwonej gwiazdy umiejscowionej w centrum jugosłowiańskiej bieli, niebieskości i czerwieni. Jak pisze sam Bora Ćosić w swoim eseju Ja, parias z BałkanówMój ojciec, który dotąd zawsze tkwił za ladą sklepu żelaznego, teraz awansował na stanowisko referenta do spraw gwoździ w jakiejś instytucji, ale nadal przynależał do «klasy robotniczej» (…). Wedle tej samej systematyzacji moja mama była robotnicą w naszym gospodarstwie domowym, ja zaś robotnikiem oddającym się nauce przedmiotów gimnazjalnych. Do tego grona należy jeszcze dodać dziadka, który także był robotnikiem, niezmordowanym w dziale komentowania wydarzeń, wujka robotnika, zajmującego się uwodzeniem panienek, oraz ciotki zatrudnione w biurze opowiadania przedwojennych filmów – i wtedy będziemy mieli pojęcie o roli mojej rodziny w światowej rewolucji.